Załóżmy, że And… Kobielak nie jest zabójcą, tylko jakaś osoba zupełnie hipotetyczna.
Narysowałam na nowej kartce duży znak zapytania.
?
Wyglądał jakoś tak bardzo samotnie na papierowej bieli.
Co wiem o tym bydlaku?
Nic.
Ejże, nic?
Luśka go znała, a on znał Luśkę. Dobrze wychowany, niósł jej bagaż. Tu pasuje Kobielak. Musiał się zetknąć z tą dziewoją choćby w podstawówce, bo są – czy raczej byli – zbliżeni wiekiem. W sensie, że była z jego pokolenia.
Zabójca mieszka w Czcince – trupy na strychu Kobielaka nie wzięły się z powietrza. Doktor pasuje? Pasuje aż za dobrze, niestety.
Wykształcony. Na bank jest po studiach, skoro umiał tak dobrze zakonserwować zwłoki, a do tego upozował je na wzór prac Honore Fragonarda – osiemnastowiecznego francuskiego anatoma. Studia medyczne Kobielaka też pasują jak ulał. Również do zawekowanych niemowląt, ohyda. Zwykły, prymitywny degenerat dokonałby gwałtu, potem poćwiartowałby zwłoki (albo i nie) i zakopał gdzieś w lesie. Ten był kolekcjonerem pamiątek. W tym momencie nadpłynęło jakieś niejasne skojarzenie, ale zaraz mi uciekło.
Co dalej? Luśka…
Wysiliłam szare komórki. Powrócił obraz leśnej przecinki o zmierzchu, pięść zmierzająca ku mej twarzy i błysk złotego kruszcu… Tamten facet nosił obrączkę! Obrączkę lub sygnet. Desperacko szperałam w pamięci, przypominając sobie ręce Andrzeja. Nigdy nie widziałam u niego ozdoby w tym guście, nie był „sygnetowym typem”, a obrączkę zapamiętałabym z pewnością.
Czyli nie pasuje. Z drugiej strony, mógł obrączkę nosić kiedyś. Miał jakąś babkę. Anna? Agata…? Adrianna! Ale czy była żoną, czy po prostu żyli na kocią łapę? Nic nie wspominał o rozwodzie, co jednak nie znaczy, że nie był to związek usankcjonowany prawnie. Z drugiej strony, czemu miałby nosić obrączkę po rozwodzie? Hmm…
Rozpaczliwie potrzebowałam informacji.
Zaproszenie samotnej dziewczyny na spacerek po lesie to byłaby dla niego pestka. Ta mała dziwka wyraźnie na niego leciała i…
Mało nie spadłam ze stołka. To było to!
Jak żywa stanęła mi przed oczami scena sprzed paru tygodni. Siedzimy z Andrzejem na ganku. Mały Weiss bawi się na jabłoni, na słupku wygrzewa się okazały czarny kocur. Drogą nadchodzi zjawa Luśki, tak jak za życia wyelegantowana w różowy sweterek o dwa numery za mały, spod miniówki prawie widać jej majtki. Obciąga bluzkę, opiera się łokciami o płot, prezentując przedziałek między piersiami i patrzy na doktora tak, jakby chciała go oblizać od stóp do głów.
Nikt zdrowy na umyśle nie wdzięczyłby się do swojego oprawcy.
– Zełgała, małpa… – wyszeptałam z osłupieniem. – Ale dlaczego? Co jej to daje?
Czyżby za życia kręciła z doktorkiem, puścił ją kantem, a teraz ona mści się zza grobu, zręcznie wykorzystawszy moją osobę? To by znaczyło, że jest cwańsza niż na to wygląda. Ale takim jak ona obce są podstępy, panienki tego pokroju załatwiają swoje porachunki otwarcie, w koci sposób wydrapując wrogom ślepia tipsami. Ta sprawa, jak dla mnie, nosiła znamiona ręki kogoś takiego jak moja nieodżałowana spadkodawczyni. Dałabym głowę, że Katarzyna znów wkracza na scenę, tym razem w roli suflera.
Poczułam, że jeśli zaraz nie zapalę, to umrę. Co prawda od palenia też się umiera, ale wolniej. W pośpiechu wepchnęłam swoje notatki pod kapę na łóżku i poleciałam do sklepu.
* * *
Stary Fryszkowski był wniebowzięty. Dawno już nie miał tu takiego tłumu. Ludzie przychodzili nawet z Tarników pod pretekstem kupowania jakichś drobiazgów, a w rzeczywistości pragnąc poznać najnowsze plotki, gdyż sklepik był doskonałym centrum wymiany informacji. Do grona klientów dołączyli również policjanci i ekipa od odcisków palców, która zjechała bladym świtem. Policjant też człowiek i też musi jeść. Wśród tego całego towarzystwa kręcił się jakiś facecik w charakterystycznej kamizelce z mnóstwem okrutnie wypchanych kieszeni i cyfrówką na szyi. Pstrykał co tylko się dało. Ludzie dokoła komentowali rozwlekle najnowsze wydarzenia, ale solidarnie milkli, kiedy tylko komuś podsuwał pod nos dyktafon.
O dziwo, Fryszkowski błyskawicznie zareagował na wymogi rynku i prócz straszliwych „Męskich”, miał dziś także czerwone „Tigery”. Nie mogło być to gorsze świństwo, więc kupiłam od razu dwie paczki. Dziennikarska pluskwa natychmiast zwróciła na mnie uwagę. Wyróżniałam się dość jaskrawo na tle rdzennych mieszkańców Czcinki.
– Dzień dobry, czy pracuje pani może w ekipie dochodzeniowej?
A jakże, w swojej.
– Nie.
– Czy mogę więc pani zadać kilka pytań na temat tego, co się tu wydarzyło?
– Nie.
Usiłowałam faceta wyminąć, ale przyczepił się jak rzep.
– Jak pani sądzi, czy mamy tu do czynienia z drugim Hannibalem Lecterem?
Lecter zjadał ludzi, idioto.
– Nie.
– A czy…
Gość wyraźnie nie znał słownikowej definicji słowa „nie”. Na szczęście dostrzegłam wyłaniającego się z opłotków Rajeckiego i wrzasnęłam:
– Zbychu!!! Chodź tutaj!
Chwała Bogu, posłuchał, chociaż wezwanie było obcesowe. Widać osobom noszącym nazwisko Szyft faktycznie dużo wolno. Podszedł, kołysząc się jak goryl, bicepsy niemal rozrywały mu rękawy podkoszulki.
– Zbychu, ten pan – wskazałam kciukiem na dziennikarza, który jakby stracił rezon – wraca właśnie do domu. Odprowadź go, mój drogi, kawałek w stronę Tarników, żeby mu się nic po drodze nie stało.
Mrugnęłam do Rajeckiego porozumiewawczo i natychmiast włożyłam swoje lustrzanki.
– Ochmm… Z kim mam przyjemność? – spytał facet z dyktafonem, tonem o wiele mniej agresywnym. Nie wpychał mi też już mikrofonu pod nos.
– Kobra – odparłam chłodno, wydłubując tigera z paczki. – Proponuję panu eskortę i radzę z tego skorzystać. Okolica, jak widać, trochę niebezpieczna.
Zbychu położył mu łapę na ramieniu.
– Chodź pan – mruknął niedźwiedzim basem. Pismak przezornie nie protestował. Zapewne niebawem w „Fakcie” czy jakimś innym szmatławcu, obok artykułu o polskich ludożercach pojawi się też notatka o czcinkowskiej mafii. Reklama dźwignią handlu, może tubylcy zaczną obracać w szerszym zakresie tutejszym Samogon Labelle.
Stałam sobie na mostku przed Szyftówką, cieszyłam się nikotyną i układałam sobie w głowie wątki śledztwa, kiedy ponownie objawił się Eryk.
– Guten Morgen, Fräulein.
– Morgen, Erich – mruknęłam cicho, na wypadek, gdyby ktoś obcy znalazł się w zasięgu głosu.
Podobnie jak Luśka, Eryk odkrył ostatnio pozytywne strony stanu astralnego. Zamiast wyszmelcowanego munduru polowego miał na sobie teraz białą, idealnie odprasowaną koszulę, bryczesy i czarne oficerki, w których można się było przejrzeć jak w lustrze.
– Wysłałam ma… list do Niemiec. – Mało nie powiedziałam „maila”, a chłopak, choć ostatnio wydawał się o wiele przytomniejszy i bardziej zorientowany w rzeczywistości, nie miał przecież pojęcia, czym jest Internet. – Może znajdą twoją rodzinę.
Faktycznie zaś odnalazłam w necie stronę rodzinnego miasta Eryka (żył przed wojną na przedmieściach Frankfurtu) i na podany tam mail posłałam wiadomość – po angielsku – o znalezionych w Polsce dokumentach oraz prośbę o kontakt z kimkolwiek, kto kiedykolwiek słyszał o szeregowym Liebke Erichu Arnoldzie, synu Franza Johanna i Marie Liebke. Sądziłam jednak, że szanse są nikłe po tej straszliwej burzy, jaka przemieszała dokładnie wszystkich ludzi w Europie.
Читать дальше