– Chodź maleńka, pobawimy się w doktora. Wypiszę ci receptę – wymruczał mi we włosy.
– Gdzie? – wykrztusiłam.
– Wszędzie… I będę stawiał pieczątki!
– Brutalu! Czy nie możesz delikatnie muskać kwiatu mej kobiecości?
– Ja jestem chirurg, nie ogrodnik. Ale muskać mogę. Uwielbiam puszyste kobiety.
– Zwierzę!
– Co najwyżej króliczek…
I dalej w ten deseń. Był tak szczupły, że miałam wrażenie, jakbym trzymała w objęciach kaloryfer. Rozśmieszeni, zmęczeni, nasyceni niewinnymi w sumie pieszczotami, zasnęliśmy w końcu na wąskim, starokawalerskim materacyku, mocno wtuleni w siebie.
W kategorii seksu było beznadziejnie, natomiast w każdej innej super.
Rano kochaliśmy się naprawdę (w sensie technicznym). Po wszystkim zażenowany doktorek spytał, czy nie jestem rozczarowana. Eks zapytałby: „Dobrze ci było?” tonem takim, że odpowiedź „nie” przeszłaby mi przez gardło z trudem, albo wcale. Ach, ci faceci i ich ambicje bycia macho. Tymczasem z zatroskaną miną misia przytulanki Jędrek był po prostu komiczny i wzruszający.
– Gdyby to miał być szybki numerek po sobotnim clubbingu, spuściłabym cię po brzytwie. Ale, panie doktorze, mamy przecież mnóstwo czasu na studia anatomiczne. Dopuszczę pana do egzaminu warunkowego. Jednoczesne orgazmy są kultem nastolatek, a my, emeryci, mamy inne priorytety.
– A może to kwestia, ehm, twoich preferencji? Ja bym nie chciał cię do niczego zmuszać…
– Jakich pref… O matko! – jęknęłam. – Skłamałam. Jestem hetero.
I szybko go zakneblowałam, nim zdążył wybuchnąć świętym oburzeniem.
– Wiedźma – oświadczył, kiedy skończyliśmy się całować. – Koszmar każdego faceta. Po prostu wiedźma.
– Ażebyś wiedział, kochanie.
* * *
To był rok wielkich zmian. Utwardzona droga została doprowadzona do samej Czcinki, która zaistniała wreszcie na mapie, a w pobliże wsi po raz pierwszy zawitał gimbus. Wilczak doczekał się powrotu swojej Mariolki z truskawek, ożenił się i zamieszkał w Tarnikach – pracuje w tamtejszym punkcie napraw samochodowych jako mechanik i złota rączka. Obaj z kuzynem rozmyślają o otwarciu interesu w branży surowców wtórnych.
Siedziba Nowotnego wiele miesięcy stała pusta, a okoliczni mieszkańcy omijali ją jak siedlisko eboli, nawet nie próbując zagospodarowania na dziko. Wreszcie sołtys uznał, że budynek powinien się na coś przydać, zebrał się do kupy, zainterweniował i dwa pokoje na piętrze zajął… ksiądz. Wiadomo, kościoły są w Polsce artykułami pierwszej potrzeby, więc podniszczona kaplica w Czcince znów otworzyła podwoje. Teraz wieś ma i wiedźmę, i księdza, co stanowi swego rodzaju złotą równowagę. Usiłował mnie nawracać, ale szybko go uświadomiłam, że ma się zająć czymś innym. Niebawem zresztą zajęły go inne problemy, bo parter plebanii zajęła rodzina zastępcza z pięciorgiem różnokolorowych dzieci, psem nowofundlandem, parą królików i psychopatycznym kanarkiem – ku wielkiej radości mego syna, który natychmiast ponawiązywał przyjaźnie z całym tym towarzystwem.
Spełniłam swoją groźbę i mam w domu Internet, choć limitowany tylko na sprawy zawodowe – w drogiej wersji przez bluetooth, więc jestem na odwyku. Podobnie jak mój aktualny facet.
Andrzej wprowadził się do mnie po dwóch miesiącach. Nie pije od dziesięciu – lub czterech, jeśli mu policzyć jednorazowe załamanie w okolicach lutego. Nie wiem, co bardziej go postawiło na nogi: bezgraniczne zaufanie, jakim go obdarzył mój syn, czy praca w tarnickiej przychodni. Po staremu opatruje urazy, ale też zajmuje się wszystkim innym po trochu i doucza z zakresu pediatrii.
Po pamiętnej rozprawie z Katarzyną nie ujrzałam już nigdy Eli ani Dawida. Rozpłynęli się w niebycie, jakby oddali mi całą pożyczoną energię i nie zostało już nawet iskry, która by lgnęła do spraw ziemskich i wspomnień. Dzieci Weissów w końcu przestały czekać na mamę i tatę – zamiast tego poszły za nimi. Został mi zegarek Henryka Weissa. Pod srebrną kopertą kryje się maleńki odłamek kości Eryka, włosy Jeremiego, Andrzeja i moich rodziców – w całości tworzą pamiątkę, talizman, metafizyczną broń, z którą się nigdy nie rozstaję. Mściwy duch Katarzyny czai się gdzieś na granicy światła i cienia; upłynie wiele czasu nim do reszty pozbędziemy się tego, co z niej zostało w ziemi, murach domu, przedmiotach. Osłabiona, rozproszona – nadal się buntuje przeciw zmianom i pragnie odwetu, czuję to czasem całkiem wyraźnie.
* * *
Biała sukienka dziewczyny stojącej na mostku powiewa lekko, choć niezgodnie z kierunkiem wiatru. Lili Marleen czeka na swojego żołnierza.
Lucynę Dziewońską i Eryka Arnolda Liebke pochowaliśmy blisko siebie na małym wiejskim cmentarzyku. Teoretycznie spoczywają w spokoju. Praktycznie wpadają całkiem często – na pogaduszki i papierosy. Czasem widuję ich, jak spacerują objęci po okolicznych sadach. Być może gdzieś tuż za progiem naszego wymiaru stoi mały domek wśród kwitnących drzew i kwiatów. Być może wypełnia go muzyka ze starego patefonu. Światło świec wylewa się przez weneckie okna, a dzikie wino oplata ganek, sięgając aż pod sam dach. Zasypia się tam z uśmiechem na ustach i budzi z głową pełną mądrych myśli. A może wprost przeciwnie, jest to gwarna willa z wielkim telewizorem, gigantyczną garderobą oraz garażem pełnym lśniących motocykli?
Być może każdy ma swoje prywatne niebo.
Albo piekło – to zależy tylko od nas.

***
*Przepraszam, nie mam pracy domowej, gdyż byłam chora.
*We wsi Emilcin w 1978 roku doszło do najsłynniejszego polskiego spotkania III stopnia z UFO.
*N.N. – (łac.) nomen nescio – imienia nie znam, termin używany w policji na określenie osoby o nieustalonej tożsamości.
*Georges Brassens „Maja”