* * *
Prawa fizyki nie obowiązywały po tej stronie. Byliśmy energią, a kształt ciała narzucała nam nasza wyobraźnia i pamięć. Walka nie polegała na zniszczeniu przeciwnika, a na pochłonięciu, odebraniu mu sił. I biada niedoświadczonym nowo przybyłym. Ogarnięta zewsząd zimną mgłą, czułam, jak Katarzyna wysysa mnie powoli, sycąc się jak tłusty pająk. Różowa poświata wyciekała ze mnie, zabarwiając widmowe żyły wampira. Szamotałam się bezskutecznie. Słabłam. Jak można zniszczyć coś, co wymyka się z rąk jak woda?
– Wodę można wypić – usłyszałam krzepiący szept. – Oddaję co wziąłem, Herrin Reshka. – Poczułam na ramionach dotyk Eryka i napływ nowych sił. W moje ręce wsunęły się małe dłonie przygarniętych sierot. Zorientowałam się, że prócz nich jest blisko cała gromada ludzi. Widziałam ich twarze jak przez mglisty opar, rozpływające się, to znów formujące się na nowo. Właściwie… co mnie powstrzymuje? Nie mam ciała, nic mnie nie ogranicza, mogę wszystko. Łyżka nie istnieje.
Szkarłatne błyskawice w jednej chwili zestaliły się w setki kolców i ostrzy, tnąc na strzępy to, co było kiedyś Katarzyną Szyft. Rozproszyła się znów w tysiące nieszkodliwych świetlików. Czerwony samum wchłonął lwią ich część – odczułam to jak uderzenie morskiej fali, która pozostawiła po sobie uczucie rześkości i siły. Reszta rozleciała się po kątach, wnikając w ściany, umykając i kryjąc w szparach niczym robactwo. Widziałam, jak moi widmowi towarzysze chwytają je, rozgniatając w palcach, miażdżąc między dłońmi. Babina (tak przedziwnie podobna z twarzy do Rajeckiego) klaskała tam i siam, jakby polowała na mole, a z każdą chwilą jej aura nabierała żywej szafranowej barwy.
Rozejrzałam się za Erykiem, siedział na podłodze, powolnymi ruchami rozpinając kołnierz swego uniformu bez dystynkcji. Wyglądał na wyczerpanego. Był blady… no cóż, jak duch.
– Wiedziałem, że pani wygra – powiedział z wysiłkiem. – Jesteście silni, bardzo silni…
– Kto? – Nie zrozumiałam.
– Wy, żywi… Idź, mało czasu – wykrztusił, wskazując ręką na scenę przy kredensie. Moje ciało już prawie dotykało desek podłogi. Andrzejowi brakowało nie więcej niż ćwierć metra do celu.
– Jak mam iść? Gdzie?!
– Powiedz… życzenie – wymamrotał, uśmiechając się słabo.
– A ty? Co z tobą?
– N-nie wiem… – Głowa mu opadła. Luśka runęła obok chłopaka na kolana, objęła go mocno.
– Zostań! – pisnęła płaczliwie. Eryk poruszył się, na jego przezroczyste policzki powrócił cień koloru. Złapałam go za rękę.
– Zostań, Eryk! Jeszcze nie! Jeszcze nie czas! Pomóż mi!
Strumień energii popłynął między nami. Strumień? Cała rzeka.
– Pani to aż nazbyt łaskawa dla tego germańca – skomentował bez złości duch wąsacza w maciejówce. – No, tośmy babę nastraszyli, nie? – Podkręcił wąsa. – Za dużo się tu rządziła, ot co.
Obejrzał się na Andrzeja i pokręcił głową.
– Trza się spieszyć, dobrze radzę.
No ładnie, ale jak? W Internecie, co prawda, natrafiałam na artykuły o podróżach astralnych, ale nie było tam instrukcji jak wrócić.
„Stopniowo” – poradziło interzwierzątko. – „Zacznij od przywrócenia normalnych kolorów, bo białe glany wyglądają na tobie badziewnie”. Miało rację.
Wystarczył niewielki wysiłek woli, wypowiedzenie „życzenia”, jak to sugerował Eryk, by otoczenie się zmieniło. Barwy powróciły na swoje miejsca, jakby ktoś chlusnął wiadrem tęczy. Czas ruszył.
Moje ciało upadło gwałtownie na deski. Ała, jeśli z tego wyjdę, będę miała straszne sińce. Z kontaktu sypały się iskry i unosił dym.
Andrzej przycisnął mi palce do szyi, potem szybko przyłożył ucho do piersi.
Hmm… Aha, sprawdza, czy bije mi serce. Sama byłam tego ciekawa.
Doktor raptem złapał mnie za głowę i przycisnął swoje usta do moich.
Ej, bez poufałości!
Teraz, według wszelkich prawideł telenowelowych powinnam zatrzepotać rzęsami, zarzucić mu ramiona na szyję i powinniśmy zatonąć w pocałunku długim a namiętnym. W fajerwerkach iskier z wadliwej instalacji. Ewentualnie mogłabym dać mu w pysk. Nic z tego – byłam nadal tu a nie tam.
Zorientowałam się, że zaczynają hajcować się kable. Plastykowy dzbanek fałdował się i spływał w dół, jakby był zrobiony z plasteliny. Niefajnie… Czyżby tu nie było korków?
Andrzej uporczywie przeprowadzał reanimację, a tymczasem kłęby dymu gęstniały. Wynieś mnie stąd, idioto! No, nareszcie jakieś sensowne działanie. Nawet ładnie wygląda z omdlałą kobietą w ramionach, tak romantycznie. Szkoda, że tego nie czuję.
I nie słyszę…
Oglądałam niemy film ze sobą w roli głównej. Żadnych dźwięków, żadnych zapachów. Ciekawe, czy to normalne. Machinalnie rozejrzałam się za Erykiem. Przebywa w tym stanie od pół wieku z górą, więc niech mi wyjaśni to i owo. Nikogo, byłam sama, jakby odgrodzona niewidzialnymi szybami zarówno od życia, jak i świata duchów.
Na podwórzu Andrzej położył mnie na ziemi i podjął sztuczne oddychanie. Easy! Matko jedyna, nie tak mocno, zęby mi wybijesz, człowieku!
Musiał chyba wzywać pomocy, bo pojawił się skądś biegnący Rajecki, a zaraz za nim jakiś młody glina – pewnie posterunkowy z Tarników. Widziałam, jak czcinkowianie wychodzą przed chałupy, wywabieni rejwachem. Sołtys przybiegł z wiadrem do pożaru. Zbychu wyrwał mu kubeł, zanurzył jednym ruchem w potoczku płynącym koło Szyftówki i rzucił się do drzwi. Zmartwiałam, o ile to dobre określenie w moim stanie. Czy ten kretyn chce gasić wodą przewody pod napięciem? Jeszcze tylko brakowało nam drugiego trupa! Naturalnie poleciałam za nim z wrzaskiem. I naturalnie mnie nie słyszał. W środku było już ciemno od dymu, więc pewnie tylko dlatego Rajecki wstrzymał się z chluśnięciem na oślep, co mu pewnie uratowało życie.
Jak to powiedziała Katarzyna? „Można ich używać tak samo wygodnie jak własnych butów”? Dojrzałam niebieski dres Zbycha i desperacko zanurzyłam ramiona w jego szerokich plecach. A potem głowę, skulona, jakbym nurkowała w studni. Natychmiast runęła na mnie lawina dźwięków i potworny smród palącego się plastyku. Mój laptop! Potknęłam się niezdarnie o coś, ciężkie wiadro walnęło mnie w goleń. Ała! Kurczę, czyj to gruby ryk? Kaszląc, starając się nie oddychać, na oślep brnęłam naprzód, jedną ręką zasłaniając twarz a drugą macając przed sobą. Wpadłam na coś, co musiało być stołem. Okno było na wprost, otworzyłam je i wywiesiłam się na zewnątrz, łapiąc chciwie powietrze. Dym zaczął się ulatniać. Popatrzyłam na swoje ręce. O, fuj! Przypominały szufle, zakończone brudnymi paznokciami. Czułam, że zepchnięty do defensywy Rajecki awanturuje się gdzieś w głębi. Sorry, sorry! Nie mam zamiaru w tobie zostawać dłużej niż to konieczne! O Jezu, mam… ała… nie, to obrzydliwe.
Nadal iskrzyło. Biedny dzbanek elektryczny zwisał z nadpalonego kredensu jak model do obrazów Salwadora Dali. Złapałam drewnianą kopystkę i zaczęłam odrywać sczerniałe przewody od ściany. Przez ścierkę chwyciłam pełną garścią i szarpnęłam zdrowo. Przerwały się łatwiej niż makaron, poczułam tylko w ramieniu nieznaczne mrowienie ładunku. Chłopczyk ma krzepę, pomyślałam z uznaniem. Skrzynka z korkami była umieszczona nad drzwiami. Poleciało stamtąd jeszcze kilka iskier i w końcu wszystko się uspokoiło. Zerwałam dymiące kable do reszty i wywaliłam za okno. Tlący się kredens przydusiłam ręcznikiem.
Читать дальше