– Won z łapami, zboku! – mamrocę słabo.
Trzy sekundy ciszy aż gęstej, a potem nieludzki skowyt:
– Krysiu!!
Otwieram jedno oko na próbę. Trzech zbaraniałych medyków gapi się na mnie jak na Koh-i-noora. No tak, przecież wstałam im tu z grobu. Prawie dosłownie.
– Gdzie jedziemy? – pytam, próbując podnieść głowę.
– Do szpitala.
Momentalnie odzyskałam siły.
– Żadnego szpitala!!! – wrzasnęłam. – Żadnego szpitala, nie zgadzam się! Andrzej…!
– Ależ…
– Nie jestem ubezpieczona!
Medyk walnął pięścią w przód ambulansu.
– Czesiek! Stój no!
Samochód stanął. W okienku szoferki pojawiła się fizjonomia rzeczonego Cześka.
– Co jest? Klientka schodzi?
– Klientka wy -chodzi! – rzuciłam, usiłując uwolnić się od pasów. – Mnie nie stać na szpital, wybijcie to sobie z głowy! Ja chcę z powrotem do domu.
– Do domu po badaniach – upierał się Andrzej.
– Sam się zbadaj, na głowę. Wiesz, ile kosztuje szpitalna doba? Jakbym chciała tyle wydać, tobym poszła do Hotelu Continental.
Wąsaty podsunął mi pod nos rozczapierzoną dłoń.
– Ile pani widzi palców?
– A ile mam widzieć?
– Jak się pani nazywa?
– Krystyna Szyft.
– Jaki mamy dziś dzień?
– Odwal się pan, nie mam tu kalendarza. Nie zwracam uwagi na takie duperele.
– Pacjentka splątana, słabo reaguje na bodźce! – wypalił lekarz tryumfalnie.
– Jak ci przyładuję, to dopiero zobaczysz bodźce!!
– I agresywna!
– Marcin, puść ją. Obiecuję, dopilnuję, żeby się nie zabiła – wtrącił się w końcu Andrzej.
– Dobra, wypis na własną prośbę. Czesiu, zawracamy! Jak sobie chcesz, to twoja kobita. – Wzruszył ramionami, a ja oniemiałam z oburzenia. „Twoja kobita”! No coś podobnego! Musimy sobie z panem doktorem dokładnie wyjaśnić nasze wzajemne stosunki.
* * *
Doktór Kobielak jako jedyny we wsi miał wannę i bojler. Opalany drewnem, więc znaczyło to, że już po dwóch godzinach miało się pół wanny gorącej wody do kąpieli. Sądząc z warstwy kurzu, pan Kobielak kąpał się jak średniowieczni chłopi, dwa razy do roku: na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Tym razem jednak uparł się, że nawet jeśli czuję się w miarę dobrze, nie zaszkodziłby mi masaż na porażone mięśnie (odmówiłam stanowczo) albo gorąca kąpiel. Z poświęceniem karmił żelaznego potwora drewnem, więc już o północy mogłam zanurzyć swe wdzięki w doktorskiej wannie. Jednak żadne mycie w misce po kawałku nie jest w stanie nawet w dziesiątej części dorównać łazienkowym luksusom. Było naprawdę cudownie.
A raczej byłoby, gdyby ten cholerny Kobielak nie koczował pod drzwiami i co chwila nie pytał, jak się czuję. Czy nie jest mi słabo? Czy nie mam mroczków w oczach? Może boli mnie wątroba? I czy mi serce czasem nie bije? (No cóż, skoro biło, to chyba nie powód do niepokoju, psia mać?) Albo pukał i domagał się: Odezwij się, Reszka. Żyjesz?
Odczepił się dopiero wtedy, gdy zaczęłam śpiewać.
Gdy czasem wspomnę Maję, to staje mi, oj, staje
Na Ewy widok sam też wzwodzik mam
Gdy myślę o Małgosi, to jeszcze się podnosi
Lecz myśl o Krysi już zabija wszelką chuć
Bo wzwód nie sługa stary, nie poradzisz nic… *
Sam był sobie winien.
Cała Szyftówka śmierdziała na potęgę spalonym plastykiem. Nie dało się tam spać nawet przy otwartych oknach. Wietrzenie potrwa chyba z kilka dni. Naprawdę nie mam pojęcia, co Katarzyna chciała przez to wszystko osiągnąć. Zupełnie sfiksowała. Nie byłam tego pewna, ale przypuszczałam, że cioteczka Kasia zmieniła zdanie co do mojej osoby. Plany jej się rozjeżdżały w szwach, spadkobierczyni okazała się obłąkaną wielbicielką – tfu, tfu – nowoczesności i obrzydliwą nonkonformistką. W dodatku zaczynała kombinować na własną rękę z urokami. A raczej antyurokami. To Katarzynie, która przez pięćdziesiąt lat uprawiała tu samodzierżawie, musiało się bardzo nie podobać. Próbowała mnie pozbawić sojusznika w osobie Andrzeja i wkopała się jeszcze bardziej. Tłumy policji i prasa w Czcince musiały ją doprowadzić do dzikiej furii.
– Nie będziesz tu spać – zadecydował Kobielak autorytatywnie, obejrzawszy krytycznie okopcone wnętrze w świetle świecy. Instalację diabli wzięli. W całym domu nie było prądu. Andrzej przy okazji odkrył w nadpalonej skrzynce bezpiecznik naprawiony grubym drutem. Nic dziwnego, że straciłam sprzęt AGD.
– Spać będę obok, w sypialni – zaoponowałam.
– W trakcie spalania plastiku uwalniane są dioksyny. Podczas wdychania następuje uszkodzenie tkanki płucnej, trujące substancje dostają się do krwi, działając głównie na system immunologiczny, hormonalny i rozrodczy – mądrzył się doktorek.
– Kujesz na pamięć podręczniki?
– To akurat jest cytat z magisterki o wpływie mutagenów na organizmy. To co, wolisz tu spać, czy się zdrowo rozmnażać?
– Nie jestem dziś w nastroju do rozmnażania – odparłam sucho.
Kobielak złapał się za głowę.
– O, rany, przepraszam! Nie miałem tego na myśli.
– Miałeś. To się nazywa pomyłka freudowska.
Poniewczasie przypomniałam sobie o Lukrecji, która w chwili wypadku łaziła sobie luzem po domu, zwiedzając i nadgryzając meble. Mimo czułych nawoływań i wabienia chlebkiem, nie wylazła z żadnego kąta. Miałam nadzieje, że cwaniara wybrała wolność, a nie leży gdzieś pod szafą, zatruta dymem. Miałam chwilowo dość trupów.
Stanęło na tym, że zabrałam czystą zmianę pościeli z bieliźniarki w Szyftówce, zgarnęłam ze stołu komórkę, i wróciliśmy do domu Kobielaka. Andrzej odstąpił mi własne łóżko, sam zaś umościł się w gabinecie na starym materacu ściągniętym z piętra. Drzwi były pootwierane, więc doskonale słyszałam, jak niespokojnie przewraca się co chwilę z boku na bok.
– Reszka…?
Jeżu kolczasty, już prawie zasypiałam.
– Co?!
– Dobrze się czujesz?
Zabiję drania. Siądę mu na klacie i uduszę poduszką.
– Czułam się świetnie, póki mnie nie obudziłeś. Jest druga w nocy, do jasnej cholery! Śpij, bo zaraz ja cię zacznę co chwilę pytać o zdrowie. Głównie psychiczne.
* * *
Rzadko płaczę. Zdarza mi się to co najwyżej raz, dwa razy w roku. Tymczasem siedziałam jak kupka nieszczęścia przed ciemnym i głuchym „osiołkiem”, a łzy spływały mi ciurkiem po nosie i kapały na klawiaturę. Na próżno przekonywałam sama siebie, że w pełni zasługiwał na swoją ksywkę. Powolny, działał na jakimś przedpotopowym Windowsie, a odtworzenie divixa stanowiło szczyt jego możliwości. Potrafił się zawiesić podczas gry w pasjansa. Stanowił jednak dla mnie narzędzie pracy i dawał mi chleb. Bez komputera będę głodować. Ja i moje dziecko. I mój chwilowo zaginiony szczur. Pójdę na żebry, psy mnie zjedzą. W ataku czarnej depresji jakoś wtedy mi nie przyszło do głowy, że rodzina nie da mi sczeznąć, i że mam przecież jakiś zapas gotówki ze spadku. Cierpiałam piramidalnie, gorzko i bezbitowo.
Nie potrafiłam stwierdzić na pierwszy rzut oka, co właściwie się w nim przepaliło, więc moja wyobraźnia stwarzała ponure scenariusze. Płyta główna – w zasadzie komp do wyrzucenia, lepiej kupić nowy niż naprawiać ten. Dysk? Aż jęknęłam. To chyba było jeszcze gorsze. Rozbabrana praca, już nieco opóźniona. Jeśli stracę to, co zrobiłam do tej pory (a na CD miałam zaledwie nędzną jej część) rozwalę plan wydawniczy na jesień i oczywiście dostanę za to po garbie, bo moja niedyspozycja ciepnie także resztę pracowników.
Читать дальше