– Materiału. Jednego. To któryś z tych z czarną pokrywką, z carskim orłem. Nie wiem, czy panowie się orientują, ale to okazy muzealne.
Wprawiłam ich w niemałe zdumienie, więc wyjaśniłam, na ile mogłam, sprawę dotyczącą carskich zbiorów osobliwości, wykonanych przez Ruyscha.
– Co do reszty, nie wiem, kto je zrobił, ani kiedy. Kobielak nie jest ginekologiem, nie odbierał porodów i nie dokonywał aborcji, więc nie sądzę, by miał dostęp do… – zawahałam się, szukając odpowiedniego określenia -…do surowców.
Drobnica i Olczak gapili się na mnie jak urzeczeni.
– Takk… – odezwał się wreszcie Drobnica. – To bardzo ciekawe opowieści, ale my, proszę pani, potrzebujemy konkretów, a nie domniemywań i teorii.
– Konkrety da panom laboratorium – odparłam nieco zła. – A ja mówię, w jakim kierunku można szukać. Panie komisarzu – zwróciłam się do Olczaka – jak idą przesłuchania okolicznej ludności?
Zasępił się.
– Marnie – przyznał. – Szczerze, to pani jest tu jedyną osobą, która mówi dużo i chętnie, nawet jeśli nie do rzeczy. Reszta albo nic nie wie, albo konfabuluje na potęgę, albo symuluje amnezję. Nie wiem, co gorsze.
– Otóż to. Panu nie mówią, ale mnie owszem. Może nie wszystko, ale znacznie więcej niż policji, to zrozumiałe. Kiedy będą wyniki badań DNA?
– Jutro – burknął Olczak. – Doceniamy pani chęć współpracy, ale…
No tak, nikt nie lubi, jak mu się wtrącają do roboty.
– Jeśli ciało faktycznie należy do Lucyny Dziewońskiej, a tego jestem pewna na dziewięćdziesiąt procent, należy wydostać od jej rodziców list, który do nich napisała krótko przed śmiercią. Jest datowany na sierpień 2003. Jeśli Kobielak wprowadził się do Czcinki później, daje mu to całkiem solidne alibi. Nawiasem, czy może mi pan powiedzieć, co się dzieje z doktorem?
– Zatrzymany na czterdzieści osiem godzin.
– Czyli, jeśli wszystko dobrze pójdzie, jutro wróci do domu. Kwestia jeszcze, czyje odciski znajdą się na strychu – podsumowałam, zerkając na sufit. Słyszałam na górze kroki, widać spece od śladów nadal tam pracowali. Może wykuwali trupa ze skamieniałej soli. Musiała tam leżeć dość długo, chłonąc wilgoć z powietrza, bo stwardniała na beton.
– Pomieszczenie od dawna zamknięte, mnóstwo kurzu. No, nie wiem, jak oni tam zdołają zdjąć jakieś odciski – odezwał się Drobnica prowokacyjnie.
– Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Teraz się używa stroboskopu i laserów, proszpana – rzuciłam pogardliwie. Za kogo on mnie ma? – Poza tym mam przeczucie, że powinniście przyjrzeć się bliżej działalności świętej pamięci doktora Nowotnego – dodałam w natchnieniu, gdyż właśnie nowy element układanki wskoczył mi na swoje miejsce. Nowotny, choć nieżyjący od lat, dziwnie pasował do sprawy. Nie przyszło mi przedtem do głowy, by zapytać Andrzeja, w czym specjalizował się jego ekspracodawca, ale mnogość starej medycznej literatury w bibliotece dawała do myślenia.
Drobnica popatrzył na mnie jak na upiora. Olczak był twardszy.
– Dziękujemy bardzo. Na pewno wykorzystamy pani sugestie – odezwał się tonem, który dawał do zrozumienia, że powinnam się żegnać.
Akustyka w starych domach jest zabawna. Byłam już na parterze, kiedy dosłyszałam stłumione głosy policjantów:
– Piekielna baba. Szurnięta jakaś.
– Na pewno feministka. Ale chwilami gada z sensem, może się przyda.
Wzruszyłam ramionami. Jutro zaśpiewacie inaczej, panowie.
* * *
Część dnia upłynęła mi na polowaniu na Luśkę, czyli szukaniu wiatru w polu. Nie ma sposobu na przywołanie ducha, który zwyczajnie unika kontaktu. Te wszystkie historie z seansami spirytystycznymi, kiedy się sprowadza z zaświatów Napoleona i Juliusza Cezara, od razu możecie włożyć między bajki. Krzty prawdy w tym nie ma.
Ela z Dawidem kręcili się po wsi, zachwyceni, że tyle się dzieje. Szpiegowali swobodnie w domu doktora i powtarzali mi urywki rozmów policjantów, stąd wiedziałam, że pakują zwłoki do plastykowych kontenerów, i że istotnie rozkuwają solną skorupę, bo cała ta nadziewana bryła waży ponad dwieście kilo. Na razie odsłonili twarz i jest to mężczyzna. „Pan z wąsami” – wyjaśniła Ela z podnieceniem. Dawida tymczasem bardziej fascynowała „maszyna, co buczy” – sądząc z opisu, był to odkurzacz. Panowie w białych ubraniach jeździli tą maszyną po całym strychu. Aha, czyli tak jak sądziłam, będą badania mikrowłókien.
Raz w sąsiedztwie mignęła Katarzyna. Zmierzyła mnie wrogim spojrzeniem i gdzieś znikła, nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować. Na szczęście trzymała się poza granicami Szyftówki, inaczej nie wiem jak bym wytrzymała jej naloty. W końcu pod wieczór pojawił się Eryk, wlokąc ze sobą opierającą się Luśkę. Niby powinnam już przywyknąć, ale nadal mi się zdawało osobliwe, że po śmierci zachowują się tak jak i za życia. Zresztą może byłam w błędzie – w końcu jak mieliby się zachowywać? Snuć się w całunach, jęcząc i dzwoniąc łańcuchami? Dziewczyna najchętniej by zwiała, ale Eryk trzymał ją za rękę. Jąkając się i zalewając łzami wyznała, że „wcale nie chciała”.
– Co to znaczy „nie chciałaś”, kretynko ciężka?! – wysyczałam z furią. – Gadaj mi zaraz, kto cię zabił, lebiego?!
– D-do-któr…
– Kobielak?
– Nieeee…
Chyba nawet Eryk miał jej chwilowo dosyć, bo patrzył w bok, jakby raptem wróble na dachu zaczęły robić coś strasznie interesującego.
– Nowotny?
Luśka siąknęła nosem.
– Nie, ten młoodszyyy…
– Czyli jednak Andrzej? – Zwariuję z nią, serio. Dlaczego musiał mi się trafić taki głupi duch?
– Nie Andrzej… – Seria pochlipywań. – Marek…
– Jaki Marek?
– Brzeski…
Zanim wydusiłam z tej debilki, że Nowotny miał przed Andrzejem innego asystenta, potrwało dobre parę minut. De facto nie zełgała, określając mordercę jako „doktora”. Zaledwie lekko minęła się z faktami, blond zaraza. Brzeski nim istotnie był. Młody, szarmancki, łatwo zdobył jej zaufanie – ostatecznie pracował dla „starego doktora”. W jednej chwili straciła wszystko – i nie wiadomo, nad czym bolała bardziej: odebranym życiem, czy pięcioma tysiącami, którymi miała zamiar wkupić się w łaski obrażonych rodziców.
– O, tyle kasy natrzaskałaś jako kelnerka? – zdziwiłam się fałszywie. – Ale to i tak było, minęło. Coś ty chciała osiągnąć, dziewczyno, zwalając winę na Kobielaka?
Luśka spurpurowiała.
– Bo to tak było. Ten Brzeski mnie okradł, a ona mi powiedziała, że wie, gdzie jest forsa.
– Kto?
– Pani Szyfrowa… Obiecała, że załatwi, żeby moja mama dostała tę kasę, jak powiem, że to był doktor… i gdzie szukać.
Cholerna Katarzyna, czułam przez skórę, że ona tu mota.
– Ale ten facet chyba zdążył wydać twoje pieniądze?
– Nie! – zaprzeczyła Luśka z zapałem. – Nie zdążył, chuj złamany! Bo… bo wie pani, to on tam leżał koło mnie…
Poczułam, że muszę usiąść.
– Gdzie?
– Na tym stole, na strychu.
– Gość z wąsami?! To był ten Brzeski?
– No…
No nie, istna hekatomba. Brzeski zabił Dziewońską, ale kto w takim razie był mordercą mordercy? Jezu Chryste, grasował tu jakiś Freddy Kruger.
– Nowotny – powiedziała Luśka, jakby odpowiadając na moje nie zadane pytanie.
– A kto zabił Nowotnego? – jęknęłam.
– Nikt – zdziwiła się. – Sam umarł, bo już był stary, nie?
Co za ulga. Wolałam się już nie dopytywać o szczegóły działalności starego pana doktora.
Читать дальше