– Danke – rzekł Eryk krótko, opierając się o poręcz i patrząc na płynącą w dole wodę.
– Myślę, że on jej nie zabił – odezwał się po chwili.
– Kto?
– Młody doktor. Ja… rozmawiałem z tą Mädchen. Ona nigdy nie mówiła, że to był doktor. Nigdy.
Eryk potarł dłonią czoło, jakby usiłował sobie coś przypomnieć.
– Kiedy on przyjechał, Lucie już tu była. Smutna, sama – jak ja. Teraz jest lepiej. Więcej widzę, więcej wiem. Coś jest niedobrze. Ona kłamie. Doktor jej nie zabił.
– Wiem, że kłamie – szepnęłam, bo koło strumienia akurat przechodził sołtys i obrzucił mnie zgorszonym spojrzeniem, jakbym stojąc tak bezczynnie plamiła się grzechem nieróbstwa. – A więc kto ją zabił i czemu skłamała? Gdzie jest prawdziwy morderca?
Chłopak milczał chwilę, rozważając coś. Potem starannie przygładził włosy, strzepnął niewidzialny pyłek z mankietu i oświadczył:
– Dowiem się.
Zagryzłam wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. Germański Don Juan wkracza do akcji, drżyjcie okoliczne cmentarze. Eryk ukłonił mi się, trzaskając po wojskowemu obcasami i wybył na swoją misję szpiegowską. Nie zdzierżyłam i parsknęłam. Jeszcze chichotałam, gdy w oddali zamajaczyły znajome krępe postacie Wilczaka i Rajeckiego. Rychu i Zbychu – w identycznych koszulkach z napisem Nike na piersiach, jeszcze bardziej przypominający bliźniaków z Alicji – szli prosto do mnie, wyraźnie rozradowani. Na masywnym karku Ryśka widziałam sznureczek mego amuletu. Widać działał, gdyż przez ciemne okulary dostrzegłam wokół niego ładną, jednolitą poświatę bez żadnych zakłóceń.
– Ale żeśmy go, kurwa, popędzili! – zakrzyknął raźno Zbychu. – Fajno to pani se wymyśliła. Jak na filmie, normalnie.
– Ale chyba po pysku mu nie daliście, panowie? – zaniepokoiłam się.
– A mielim dać? – upewnił się Rychu.
– Nie. Ale dziękuję. Skurczybyk łaził i węszył. Kto wie, co sobie potem zmyśli i w gazecie będzie, że nasza wieś to same zbiry, mordercy i złodzieje. – Świadomie użyłam słowa „nasza”, by pokazać, że solidaryzuję się z tutejszymi i tak naprawdę jestem swoja. Kuzynkowie obejrzeli się odruchowo, jakby żałując, że puścili dziennikarza, nie sklepawszy go jednak na do widzenia.
– Panie Ryśku – zwróciłam się do Wilczaka. – Pan wie, gdzie mieszkają Dziewońscy?
– A co nie mam wiedzieć?
– Ale oni jeszcze nic nie wiedzą o Luśce?
– Blacharnia zakazała mówić – wyjaśnił. – Mówili co będzie ta… es… ekspreza?
– Ekspertyza. Zanim powiadomią Dziewońskich, że ich córka nie żyje, muszą to sprawdzić tak na pewno. Głupio by było, jakby się potem okazało, że Luśka siedzi gdzieś w mieście cała i zdrowa, a na strychu doktora wisiała całkiem inna dziewczyna. Mają procedury, których muszą się trzymać.
Pokiwali głowami z powagą. Racja, głupio by było.
– Wiecie co…? – zniżyłam głos. – Mnie się wydaje, że to nie Kobielak ją zabił. Coś tu śmierdzi.
Chwilę przetrawiali informację.
– To ja mu dałem wpierdol za niewinność? – odezwał się Wilczak z urazą. – No, jak to tak, pani Krysiu?
Chyba w jego oczach ubyło mi wiedźmiego prestiżu.
– Tak by wypadało. Pomylić się człowiek może – rzekłam ugodowym tonem. – Muszę o coś was spytać. To ważne. Czy doktor był żonaty?
Obaj popatrzyli na mnie z ogromnym zdumieniem.
– Panie Zbyszku, pan dość często chodził do niego na szycie. Kobielak miał obrączkę?
– Nie miał – odpowiedzieli obaj kuzynkowie chórem.
– Znaczy sie czasami to na dziewczyny chodził, co by nie. Cizie nawet na niego leciały – dodał Rajecki, lojalnie próbując ratować reputację doktora. – Ale żeby zaraz sie hajtać, to nieee, dzietam.
– A kiedy się tu sprowadził na stałe?
To pytanie było już trudniejsze i wersje kuzynów rozbiegły się.
– Tak ze cztery lata będzie, nie?
– Pierdolisz, dwa.
– Jakie dwa? Trzy lata nazad w łeb dostałem flachą, to mie młody szył, a nie stary Nowotny!
Spierali się o to całkiem długo, wyliczając swoje obrażenia bojowe i pokazując nawet blizny. Jedno z tej przepychanki wynikało niezbicie.
Pięć lat temu Andrzej jeszcze nie mieszkał w Czcince na stałe. Według moich informatorów wprowadził się tuż przed Gwiazdką, co kuzyni doskonale pamiętali, bo wyprawili się wtedy grupowo do Tarników na sylwestrową zabawę i musieli nabuzowanego doktóra wyciągać z zaspy. Nie mogli tylko dojść do zgody, czy był to sylwester 2002 czy może 2003.
* * *
Dziewońscy istotnie nic jeszcze nie wiedzieli. Przyjęli mnie w ubogiej ale dość czystej kuchni, zdumieni i zaniepokojeni niedawną wizytą policjantki. Wypytywała ich o córkę, z którą od lat nie mieli kontaktu i ku jeszcze większemu ich zdziwieniu, obojgu pobrała krew z palca. Z uznaniem pomyślałam, że Olczak nie zasypia gruszek w popiele.
Zanotowałam sobie, kiedy Lucyna zniknęła z Czcinki. Latem 2001 zwiała z domu jako osiemnastoletnia smarkula. Matka pamiętała doskonale datę, bo bardzo przeżyła wybryk jedynaczki. Policjanci wtedy tylko wzruszyli ramionami. Dziewczyna pełnoletnia, zdrowa na umyśle, nie było podstaw do wszczęcia poszukiwań. Rok później zjechała w odwiedziny, ubrana jak najgorsza lafirynda – Dziewoński miał łzy w oczach, kiedy o tym opowiadał – wstydu im narobiła na cały powiat. Wyszedł z nerw, przemówili się ostro, zawinęła się i wyjechała znowu.
Spytałam o list. Byli zdziwieni, że o nim wiem, ale widać uznali, że powiedział mi o nim ktoś ze wsi. Nie, policji nie pokazali. Jeszcze by zabrała, a to ostatnia pamiątka po zaginionym dziecku. Luśka pisała, że przeprasza, że pracuje w restauracji jako kelnerka, i chce przyjechać znowu, bo ma dla nich pieniądze, żeby mogli odkupić kawałek ziemi od sąsiada i posadzić aronię, bo na tym można teraz nieźle zarobić. Ale już się nie pokazała.
Z banalnej treści nie dowiedziałam się niczego pożytecznego, więcej powiedziały mi daty. Na stemplu pocztowym widniała data dwunastego sierpnia 2003, a w samym liście marnotrawna córka wyraźnie zapowiedziała, że przyjedzie dwudziestego drugiego.
* * *
Wparowałam na teren zastrzeżony, nie przejmując się zupełnie taśmami. W kuchni stał jakiś młody piesek z kromką chleba w ręku.
– Mam nadzieję, że gospodarzowi zostanie jakiekolwiek jedzenie po wizycie panów – odezwałam się ironicznie. – Czy zastałam jeszcze komisarza Olczaka, czy może wyjechał?
Gliniarczyk zacukał się lekko nad swoją kanapką. Jak sądzę, miał warować przy wejściu, lecz widać głód go przycisnął. Godny pozazdroszczenia pragmatyzm, ale chyba nie zapewni mu awansu.
– Jest na górze… Hej, a pani tu wolno wchodzić?! – ocknął się zbyt późno, bo byłam już na schodach.
Komisarza znalazłam w starym gabinecie Nowotnego, wraz z drugim facetem w mundurze oglądał zawartość szafki z makabrycznymi słojami.
– Witam. Widzę, że panowie to już znaleźli – odezwałam się od progu. – Uprzedzam od razu, że na jednym będą moje odciski.
Odwrócili się jednocześnie, zaintrygowani.
– To pani zawiadomiła służby? – spytał towarzysz Olczaka, wyciągając do mnie rękę na powitanie. – Drobnica.
– Nie powiedziałabym, że to drobnica – sprzeciwiłam się, ściskając mu prawicę. – Sprawa jest raczej grubsza, nie sądzi pan?
– Komisarz Drobnica z komendy wojewódzkiej.
– O, przepraszam. Krystyna Szyft.
– Nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się. A więc pani dotykała materiałów dowodowych?
Читать дальше