Wewnętrzne zwierzątko milczało jak zaklęte, rżnąc głupa. Piętro było równie wymarłe jak parter. Jakaś ludzka postać pojawiła się nagle w korytarzu, serce wskoczyło mi do gardła i nie wrzasnęłam tylko dlatego, że się nim prawie udławiłam. Dopiero po chwili zorientowałam się, że patrzę w zmatowiałe lustro wiszące na ścianie. No, naprawdę, nie sądziłam dotąd, że jestem aż tak straszna. Któreś z drzwi w holu mogły prowadzić na wyższą kondygnację. Otwierałam każde po kolei, ale znajdowałam za nimi: znajomy gabinet starego doktora, opustoszałą sypialnię, toaletę, jakiś pokój, który służył za składowisko niepotrzebnych przedmiotów i mebli oraz równie zagraconą klitkę, być może dawną służbówkę, bo nadal, ku memu zdumieniu, straszyło tam pordzewiałymi sprężynami stare żelazne łóżko. Drogę na strych znalazłam wreszcie za załomem korytarza – proste schody z desek, wiodące stromo ku górze, prosto do kwadratowej klapy w suficie. Pokonałam kilka stopni i z niedowierzaniem dotknęłam dużej, staroświeckiej kłódki. Przez moment zbierałam myśli. Gwoździa z kluczykiem tym razem w pobliżu nie było. Wpierw czułam rozczarowanie oraz irytację z powodu niespodziewanej przeszkody. Potem przyszło zdziwienie i niepokój. Coś mi tu wybitnie nie pasowało. Cały dom praktycznie otwarty na przestrzał, a tu raptem kłódka? Zdążyłam się przekonać, że zamknięte drzwi w Czcince oznaczały, że jest za nimi coś, czego nie powinny oglądać ludzkie oczy. Tajemnicza kolekcja Katarzyny za żelaznymi wrotami w Szyftówce, zamknięta szafka z makabrycznymi wekami, zamknięty strych… Czyżby faktycznie nad moją głową spoczywały w tej chwili kości Lucyny Dziewońskiej? Szarpnęłam kłódkę na próbę, ale trzymała mocno. Z minuty na minutę rosło we mnie przeświadczenie, że muszę dostać się na górę, nawet jeśli to oznaczało włamanie. Bóg mi wybaczy, czy policja – nie wiem.
Udałam się po pomoc.
* * *
Wilczak chwilowo miał wolne – nie z powodu nowego wypadku. Po prostu czegoś im tam nie dowieźli do kładzenia asfaltu, więc z błogim wyrazem twarzy rozbebeszał swój motor przed domem. Umorusany smarem po łokcie i szczęśliwy jak prosię w kałuży. Oczywiście, z radością mógł pożyczyć mi piłkę do metalu, a nawet sam rozpiłuje oporną kłódkę. „Dla pani Krysi to ja wszystko”. Natychmiast jednak zmienił zdanie, gdy okazało się, że owa kłódka do przepiłowania znajduje się na obcym terenie, a piłowanie jest nielegalne.
– Ja bym pomógł, ale pani wie, ja nie chce iść siedzieć!
Jego obiekcje były skądinąd słuszne, więc skwapliwie zapewniłam, że w razie czego wszystko wezmę na siebie i zaprzeczę, że jakikolwiek Ryszard Wilczak miał cokolwiek wspólnego z domem doktora, jego strychem i kłódką. A nawet tę parszywą kłódkę odkupię i zawieszę przed powrotem Kobielaka.
Mosiądz łatwo poddał się stalowemu brzeszczotowi. Wilczak odczepił przepiłowany kabłąk ze skobla, a potem uniósł ostrożnie klapę. Z góry osypało się trochę pyłu, niespodzianie uderzył nas w oczy snop światła. W słonecznej poświacie wirowały złote drobinki kurzu. Pomieszczenie okazało się zaskakująco jasne, pewnie z powodu całkiem sporych okien mansardowych, które, choć brudne, wpuszczały dużo dziennego światła. Czując na grzbiecie dreszcz, dostrzegłam czarne belki idące w poprzek pod powałą. Oboje ciekawie wystawiliśmy głowy ponad poziom podłogi. Pierwsze rzuciły mi się w oczy nogi dwóch stołów i blaty, widziane od spodu. A potem…
– To kościół? – wykrztusił zaskoczony Wilczak i zaraz jęknął: – O kurwa… okurwakurwakurwa… – powtarzał póki starczyło mu powietrza. Odruchowo zacisnęłam dłoń na jego ramieniu, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Mój koszmar się ziścił.
Oszołomieni, jak we śnie weszliśmy na zakurzony strych. Ledwie docierało do mnie, że trzyma mnie za rękę jeden z największych zakapiorów w okolicy, a jego uścisk prawie miażdży mi palce.
W jednym końcu strychu – tak, by wzrok wchodzącego natychmiast się na niego natknął – stał wielki drewniany krzyż, a na nim, niczym makabryczną parodię Chrystusa, rozpięto martwe ciało. Wyschnięte, poczerniałe zwłoki na pierwszy rzut oka wydawały się rzeźbą, jednak już po chwili obserwator odkrywał straszliwą prawdę. A nawet gorzej, zaczynał dostrzegać szczegóły. Spływająca prosto w dół kurtyna rudawych włosów szczęśliwie kryła twarz ofiary, za to niżej jej klatka piersiowa otwierała się jak makabryczne tabernakulum. Puste miejsce po płucach i sercu zajmowało okrągłe lustro, w którym zobaczyłam swoje kredowoblade odbicie. Długie włosy, drobne stopy i brak widocznych genitaliów mogły świadczyć, że na krzyżu wisi kobieta. Minęły długie minuty nim zorientowałam się, wstrząśnięta, że niżej znajduje się coś w rodzaju ołtarza: długa skrzynia, nakryta ciemną tkaniną, na niej cztery szafki – po dwie z każdej strony centralnego krzyża. W pierwszej spoczywał łeb krowy, w drugiej rozpościerał skrzydła jakiś drapieżny ptak, chyba jastrząb, czwarta była pusta, ale za to w trzeciej zobaczyłam ludzką głowę. Gdzieś z okolic uszu wystawały jej białe gołębie skrzydła. Niewielka, z kędzierzawymi włosami i woskową skórą, należała chyba do dziecka, choć nie było pewności – rysy zniekształciły zabiegi konserwacyjne. Oczy były na szczęście zamknięte, za to usta przypominały czarną dziurę – otwarte w niemym krzyku, a może potworny artysta chciał uzyskać wrażenie, że upiorny anioł śpiewa psalm.
– Chyba nie miał pomysłu, skąd wziąć łeb lwa – usłyszałam samą siebie, jakby przemawiał ktoś zupełnie obcy. Tego już było za wiele dla mego biednego pomagiera. Poczułam, że jego uścisk wiotczeje, wydał nieokreślony dźwięk – ni to jęk, ni to stęknięcie – i upadł na deski jak ścięta lelija. Widać odkopywanie germańskich szkieletów go nie zahartowało. Faceci to są jednak beznadziejnie słabe istoty.
Odetchnęłam kilka razy głęboko, przenosząc wzrok na zemdlonego Wilczaka. Nawet szary jak beton, stanowił przyjemniejszy widok niż ta wystawka obok. Bez przekonania poklepałam go po kwadratowej szczęce. Nie miałam tu wody, mogłam go co najwyżej opluć, a na przenoszenie był o wiele za ciężki.
– Rychu, ocknij się, jak rany…
Jakoś trzymałam się jeszcze kupy, choć niewiele brakowało, bym hiperwentylowała i spłynęła na brudną podłogę obok Wilczaka. Z trudem odwróciłam się od „ołtarza” w stronę stołów. Na blacie po prawej stronie leżały w schludnych rządkach narzędzia chirurgiczne, matowe pod warstwą kurzu – skalpele, cęgi, piła do torakotomii i jakieś tajemnicze dynksy, których nazw nie znałam, bo nie pokazywali ich w „Ostrym dyżurze”. Na stole po lewej piętrzyła się pryzma szarego piachu. Był zestalony i twardy, o czym się przekonałam, dotknąwszy lekko powierzchni. Noże, piły – rozumiem, narzędzia odpowiednie, kiedy jakiś szaleniec naśladuje Fragonarda, ale piasek? Dopiero gdy dostrzegłam, że sterta osypała się w jednej strony i sterczą z niej częściowo zeszkieletowane stopy, zrozumiałam: to była sól. Szalony doktor zabawiał się mumifikacją. A sądząc z zaawansowania ekspozycji, trwało to już ładne parę lat.
Wilczak poruszył się, podniósł głowę, unosząc rękę do czoła bezradnym gestem.
– Jezu Chryste, kurwa, co to jest?! – jęknął z desperacją, podnosząc się powoli i masując stłuczoną potylicę.
– Znaleźliśmy Luśkę Dziewońską – odparłam posępnie. – I nie tylko ją.
– O mój Boże… Lusia? – Wilczak z niekłamanym przerażeniem popatrzył na makabryczny ołtarzyk. – Ale co… jak… no co…?
Читать дальше