– Pani to jest fajna – oświadczył z uczuciem. – Dużo bardziej fajna od starej pani Szyftowej.
No, ja myślę… Wilczak przypominał mi w tej chwili buldoga zakochanego w biszkopciku. Gdyby mógł, machałby ogonem.
– Czy może pamięta pan Lucynę Dziewońską? Mieszkała tu parę lat temu – zagaiłam.
– Luśka? No, mieszkała. Co nie mam pamiętać? Do jednej budy żeśmy chodzili.
– Jaka ona była?
Wilczak zamyślił się na chwilę, skrobiąc usztywnionym palcem po brodzie.
– Fajna laska. Ale dzika jakaś i na forsę mocno pazerna. Cięgiem gadała, że w Czcince nie zostanie, że do miasta pójdzie.
– I poszła?
– A poszła. Z pięć lat będzie.
– Pokazała się choć raz po wyjeździe?
Wilczak zerknął na mnie podejrzliwie.
– A co się pani tak wypytywa o Luśkę?
– Taką tam mam sprawę. Ktoś o nią pytał – wymigałam się. – Była?
Rysiek wzruszył ramionami.
– Raz się pokazała, jakoś z rok po tym jak z chałupy zwiała. Wypindrzona, że nie wiem. Pazury… o takie miała. A kiecka jej ledwo tyłek zakrywała. Starego Dziewońskiego mało szlag nie trafił. Za kij się brał i na całą wieś od kurw ją wyzywał. No, ja nie powiem, Luśka święta nie była, na dyskotece to, no, wie pani… – Wilczak pokazał wilcze zęby. – Ale żeby zaraz kurwa to nie. Piniędzy nie brała, dawała tym, co ich lubiła.
Oho, ciebie też pewno lubiła, pomyślałam, oceniając posturę Wilczaka. Typowy wiejski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem – marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarcza ostry seks i tanie wino. Miałam szersze horyzonty, wysokie wymagania i może dlatego te nieskomplikowane życiowe radości omijały mnie szerokim łukiem. Los na mej drodze stawiał wyrafinowanych facetów, którym gra wstępna kojarzyła się z Cortazarem oraz absyntem, albo ostatecznie z koncertem Metalliki. I żaden nie proponował mi bimbru z kiszonym ogórkiem. Łza kręci się w oku.
– Co pani taka smutna? – odezwał się Wilczak współczująco.
Błyskawicznie przybrałam normalny, czytaj: wredny wyraz twarzy. Okazywać słabość przed jakimś samcem? Niedoczekanie.
– Więc Luśka Dziewońska pokazała się w domu tylko raz, pięć lat temu i znikła na dobre? – wróciłam do tematu. Zanim zadzwonię na policję, muszę mieć jakiekolwiek podstawy.
Wycisnęłam z Wilczaka, ile się dało. Opowiadał chętnie, widocznie nie uważając, że zdradza jakieś tajemnice. Tu wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Prawie wszystko… Nikt zapewne nie miał pojęcia o zawartości szafy Kobielaka. Dyskretnie podpytałam też o doktora, ale Wilczak nie miał żadnych rewelacyjnych informacji. Doktor Kobielak prowadził się według niego beznadziejnie normalnie. Pędził księżycówkę – ale tu każdy pędzi. Pił – ale tu to każdy pije. Miał te swoje ciągi po parę dni, kiedy nie trzeźwiał ani na moment, a potem znów wracał do przyjmowania pacjentów. Książki czytał, nie tylko gazety jak normalny chłop, ale wiadomo – doktór to coś lepszego i nawet powinien. Czasem coś w obejściu robił, od czasu do czasu wyjeżdżał do miasta, a potem wracał i płacił zaciągnięte długi. Widać coś na tych rozjazdach zarabiał. Ostatnio złamał jednak wieloletnią rutynę – wyjeżdżał częściej i szybciej wracał. Pił też chyba mniej, bo Wilczak go już dawno nie widział nad kieliszkiem (co prawda tu faceci prawdziwie po męsku używali musztardówek). I tyle.
Spławiłam swojego informatora, a potem zamyśliłam się głęboko. Znów poczułam okropny brak Internetu i możliwości wklepania w Google hasła: psychopatia. Jeśli brać za wzór Hannibala Lectera, szanujący się psychopata powinien być wyrafinowanym erudytą, wielbicielem muzyki poważnej i smakoszem ludziny. Niewyrafinowany lata z siekierą, w masce hokejowej, likwidując piersiaste blondyny. Kobielak jakoś nie pasował mi do żadnej z tych kategorii. Mroczny mistrz skalpela w T-shircie z Kubusiem Puchatkiem? Morderca zalewający wódką wyrzuty sumienia? Co ja gadam, przecież psychopaci nie miewają wyrzutów sumienia, dla nich ofiary są zwierzyną, mięsem, tak przynajmniej twierdziło Discovery Science.
Wyjrzałam przez okno, kierując wzrok na posesję pana doktora. Podejrzany właśnie wieszał na sznurku wyprane skarpetki i podkoszulki. Jak to się maskuje, zbrodniarz przebrzydły.
Po długim główkowaniu nie doszłam jednak do żadnych konstruktywnych wniosków, poza jednym: jeśli nie chcę się doszczętnie ośmieszyć, wpierw muszę obejrzeć strych Kobielaka. Czyli wyczekać okazji, kiedy znów nie będzie go w domu.
* * *
Sen wyciekał z mej pamięci jak woda z dziurawej miski. Zaciskając powieki, usiłowałam zatrzymać jakieś szczegóły. Las, mroczny i chłodnawy, czerwona tarcza zachodzącego słońca za czarną koronką gałęzi, rozmowa o niczym, mężczyzna; desperacko próbowałam zapamiętać jego głos, twarz – na próżno. Ostatnim elementem, jaki zdołałam zatrzymać w świadomości, była męska pięść zmierzająca ku mej twarzy i błysk złota na jej palcu. Otworzyłam oczy, czując pod policzkiem szorstkość lnianego prześcieradła. Czy to było prawdziwym zapisem minionych wydarzeń, który wiedźmim talentem zdołałam ściągnąć z eteru – tak jak kiedyś śniłam o Eryku – czy zwykłym koszmarem, podsuniętym przez pobudzoną wyobraźnię?
* * *
– Proszę pani! – Nad kuchennym parapetem pojawiła się zaaferowana buzia Eli Weiss. – Poszedł! Zabrał torbę i poszedł drogą do lasu!
– Dziękuję, kochanie – uśmiechnęłam się znad klawiatury, a potem przechyliłam do okna, by podać dziewczynce garść cukierków. Słodycze i tak zostawały, rzecz jasna, tam gdzie je położyłam, ale ten swoisty rytuał jakimś sposobem sprawiał dzieciom niemałą przyjemność. W tym świetle grobowe ofiary starożytnych Egipcjan czy Scytów, wkładających do kurhanów łby zabitych koni, nabrały całkiem nowego sensu. Inna sprawa, co taki martwy Scyt mógłby robić z kawałkiem konia.
Odszukanie rodzeństwa było sprawą najprostszą pod słońcem. Nadal mieszkali u mnie pod podłogą, nie przyjmując do wiadomości śmierci rodziców ani własnej. Trwając w zawieszeniu między tym a tamtym światem, nadal czekali, kiedy wrócą mama i tata. Nie miałam pojęcia, jak ich skierować na właściwą ścieżkę do nieba. Że jakieś niebo istniało, nie miałam już żadnych wątpliwości. Gdzieś ci wszyscy ludzie musieli iść po śmierci, inaczej w samej tylko Czcince potykałabym się o miliony duchów. Na razie jednak próbowałam odrobinę uprzyjemnić dzieciom pobyt na ziemskim padole. Lizaki, cukierki, parę kolorowych nalepek z kiosku nastroiły Elę i Dawida przychylnie. A kiedy zawiesiłam im na ścianie w starym schronie z trudem wykonane w Tarnikach wydruki zdobycznych fotografii, dzieci westchnęły unisono: Mamusia…! Tatuś…! I już mogłam prosić je o wszystko.
A poprosiłam o rzecz drobną – zabawę w szpiegowanie pana doktora z sąsiedztwa.
* * *
Kobielak domu nie zamykał – a raczej zamykał w sposób zupełnie debilny w pojęciu zdeklarowanej mieszczki, jaką byłam. Przekręcał klucz w zamku, a potem najspokojniej wieszał go na gwoździu wbitym w futrynę. Cud, że jeszcze nikt nie wyniósł mu niczego z chałupy, ale może miejscowi byli bardzo honorni i wzorem przysłowiowego Cygana nie kradli tam, gdzie spali. Tak więc do środka dostałam się bez najmniejszego trudu. Strych, jak logika nakazuje, powinien być na górze. Po drodze jednak zajrzałam do kuchni, która nadal była głównym pomieszczeniem użytkowanym przez lokatora. Od mojej ostatniej wizyty wnętrze zmieniło się o tyle, że na wierzchu stało o wiele mniej brudnych naczyń, resztki jedzenia lądowały w kuble, ku żalowi much, a papiery na stole, zamiast kłębić się w pierwotnym chaosie, leżały w schludnych stertach. Zwróciły też moją uwagę jakieś tajemnicze pudełeczka, rozrzucone na szafce. Stimuloton, przeczytałam znajomą nazwę. Obok leżało pudełko prozacu, deprim, raphacholin, buteleczka z nalepką „Artecholin” i napoczęty kartonik herbaty z melisą. Poza tym parę listków ibupromu. Niektóre opakowania były nienaruszone, w innych brakowało po kilka tabletek, a stimuloton był wyjedzony niemal do końca. Nie wiedziałam na co jest deprim, ale nazwa prozac była znacząca. Raphacholinem pasł się mój ojciec przy dolegliwościach wątrobowych, a stimuloton natomiast sama brałam całkiem niedawno, wyciągając się z przewlekłej depresji. Ciekawe… Czyżby panu doktorowi wysiadł organizm? Faszerował się psychotropami, dlaczego? W domostwie panowała upiorna cisza, a w każdym razie mnie wydawała się upiorna. Mimowolnie zaczynałam wstrzymywać oddech i skradać się idiotycznie, choć byłam tu sama jak palec.
Читать дальше