– Ale ja mam poważne zamiary, kapitanie! – obruszył się, zdecydowany upierać się przy swoim.
– Poważne zamiary? Co ty właściwie sobie wyobrażasz? Opętała cię mania wielkości? Ciebie, nie pochodzącego ze szlacheckiego rodu pucybuta?
Wiele wody upłynęło od czasu, kiedy Corfitz Beck nazwał go tak po raz ostatni. Od kilku lat byli jak przyjaciele. A teraz…
– Kiedy zabrałem cię do ich domu, uczyniłem to z przyjaźni… Dlatego, że twoja matka prosiła, bym miał na ciebie baczenie. Ale że ty odpłacisz mi za życzliwość w taki sposób, narażając córkę pułkownika na nieprzyjemności… Tego nigdy się po tobie nie spodziewałem, Vendelu!
– Żadną miarą nie ubliżyłem pannie Marii – odparł chłopak, czując ciężar na piersiach. – Wprost przeciwnie, zawsze trzymałem się na uboczu, nie narzucałem się jej.
– Nie? A co powiesz o tym?
Sakiewka uderzyła o stół. Vendel miał wrażenie, że kula przeszywa mu serce.
– Maria dziękuje za twą życzliwość – rzekł Corfitz krótko. – A ja uważam, że to szlachetnie z jej strony.
Vendel, zdjęty bólem, przymknął oczy.
– Sądziłem, że z czasem, gdy uda mi się zgromadzić majątek, będę mógł prosić o jej rękę – wykrztusił.
– Czyś ty całkiem postradał zmysły? Maria została już przyrzeczona mnie! A ty, syn mojej służącej, przychodzisz i… To wprost nie do wiary!
Vendel stał jak skamieniały. Bezdźwięcznie wyszeptał:
– Więcej się to nie powtórzy, kapitanie.
– Taką mam właśnie nadzieję! No dobrze – powiedział Corfitz Beck łagodniejszym już tonem. – A w przyszłości zachowuj się przyzwoicie i kieruj swe miłostki tam, gdzie jest twoje miejsce.
Po żołniersku odwrócił się na pięcie i odszedł. Pochylił się, przechodząc przez niskie drzwi, i zatrzasnął je za sobą.
Vendel został sam na sam ze swymi marzeniami, które właśnie legły w gruzach. Odruchowo sięgnął po piękną sakiewkę. Podniósł ją i pieścił obiema dłońmi, nie zważając na to, że prosto na nią płyną mu z oczu łzy.
Niczym lunatyk wyszedł z warsztatu na oślepiające letnim blaskiem słońce. Miał wrażenie, że i ono z niego drwi.
W duszy Vendela tkwiło teraz jedno tylko pragnienie: opuścić Tobolsk i wrócić do Szwecji, do Skanii. Wydawało mu się, że nie zniesie spotkania z Marią lub Corfitzem Beckiem, nie będzie w stanie spojrzeć im w oczy.
Wielokrotnie nawiedzała go myśl o śmierci. Jakże mógł żyć dalej z marzeniem o Marii Skogh, której nigdy nie dostanie? Jednak wola przetrwania okazała się silniejsza.
Pragnął jeszcze raz ujrzeć swój dom. Wojny miał już dość, król Karol będzie musiał obejść się bez jego pomocy. Poza wszystkim nikt w Tobolsku nie wiedział, gdzie w owej chwili znajduje się Jego Wysokość. Ostatnio słyszano, że utknął gdzieś w Benderze, w Turcji, ale to było już wiele lat temu.
Przez pierwszy okres pobytu w Tobolsku Vendel podejmował nieśmiałe próby ucieczki. Jednakże przedarcie się przez łańcuch straży wydało mu się niemożliwe, więc zrezygnował, zanim jego zamysły wyszły na jaw. Za nic na świecie nie chciał zostać zesłany jeszcze dalej na wschód. Przez cały czas siedział więc cicho, starając się nie rzucać w oczy Rosjanom. Pragnął, by zapomnieli o jego istnieniu.
Tak było, dopóki nie spotkał Marii.
Następnego wieczoru po tym, jak kapitan Beck pogrzebał miłosne nadzieje Vendela, zadając mu jeden jedyny cios prosto w serce, w mieście wybuchł pożar. Zdarzało się to dosyć często, nikt więc szczególnie się tym nie przejmował. Większość mieszkańców biegła na miejsce wypadku, by popatrzeć i odetchnąć z ulgą, że to nie własny dom stanął w płomieniach.
Vendel jednak nie myślał o pożarze. Był jak skamieniały, kiedy szedł dokładnie w przeciwnym kierunku, w dół rzeki Toboł, płynącej obok miasta. Nieco dalej widział, jak łączy się ona z szerokimi wodami Irtyszu. Zatrzymał się, by spojrzeć na łodzie rybackie. Akurat wyruszały na Toboł na nocny połów.
Vendel wyrósł na bardzo przystojnego młodzieńca, wyraźnie naznaczonego dziedzictwem wikingów: jasnowłosego, szczupłego, o pięknym, lekko brązowym odcieniu skóry i mocno niebieskich oczach. Gęste złote włosy były równie ładne jak kiedyś, spojrzenie miał otwarte i ciepłe, choć teraz odbijał się w nim smutek.
Kiedy tak stał, zapatrzony, uświadomił sobie, że Szwedzi nie byli jedynymi więźniami przebywającymi w Tobolsku. Znajdowali się tam także Rosjanie, którzy popadli w niełaskę u cara i zostali zesłani na odległe pustkowie by pracować jak niewolnicy. W ciszy wieczoru rozległa się pieśń, na której dźwięk omal nie pękło serce Vendela. Jej słowa mówiły także i o nim. Nie wiedział, skąd dochodzi go śpiew; prawdopodobnie z jednej z niewielkich chat położonych w pobliżu. Pewnie jakaś samotna dusza W ten letni wieczór dawała wyraz swemu cierpieniu. Vendel w myślach tłumaczył słowa pieśni:
Gdzieś w dolinie słowik śpiewa, a ja, nieszczęśnik, w obcym kraju, Zapomniany przez wszystkich.
Zapomniany, zatracony, tak młodo, sam, sierota. Jakże ciężki mój los!
Nad rzeką, na piaszczystej łasze, mocował się z siecią młody rybak. Wyglądało na to, że w żaden sposób nie może sobie z nią poradzić, i Vendel niemal widział jego gniew. Na drugim brzegu Tobołu rozciągały się bezkresne równiny; widok, który Vendelowi wcale nie dodawał otuchy. Słońce zachodziło już w stronie, w której, jak wiedział, leżą góry Ural. Znajdowały się one jednak tak daleko, że nie mógł ich dostrzec. Widział tylko nieliczne zagrody, rozrzucone na przeciwnym brzegu, drzewa rosnące na pograniczu tajgi i równinę. Suchą, jałową, kamienistą. Nieskończoną, wieczną.
Stał tak, zatopiony w myślach o śmierci, wsłuchany w dalsze strofy pieśni, które jeszcze bardziej pogłębiały jego smutek. Coraz bardziej pogrążał się w żalu nad samym sobą, choć wcale tego nie chciał, nie należał bowiem do ludzi roztkliwiających się nad własną osobą.
Tutaj umrę, tutaj umrę, tu mnie pochowają i nikt nie będzie wiedział, gdzie mój grób.
Do mego grobu nie przyjdzie nikt, tylko co roku wiosną zaśpiewa słowik.
Vendel westchnął głęboko, niemal zaszlochał.
Nie! pomyślał. Nie, nie umrę tutaj! Matka tak bardzo smuciła się z powodu mego wyjazdu… Musi poznać prawdę. Musi się dowiedzieć, że jeszcze żyję. Nie może chodzić w żałobie przez tyle długich lat. Chyba zaczyna się już starzeć. Tak bardzo chciałbym ją zobaczyć, ją i wszystkich moich przyjaciół z domu. Niebo nad Skanią… Ono jest takie wysokie i piękne!
Odetchnął głęboko, jakby chciał wyrzucić z siebie smutek i przygnębienie. I wola życia znów się obudziła. Zaraz jednak głucha rozpacz ścisnęła mu serce. Obejrzał się na Tobolsk. Na tle nieba wciąż jeszcze widać było łunę, choć płomienie zbladły. Vendel nie miał złudzeń; łańcuch straży z pewnością się nie przerzedził. Wiedział, że wydostanie się z miasta graniczy z cudem, a zresztą dokąd miałby pójść? Długa, mozolna wędrówka przez równiny i tajgę ku Uralowi, pełnemu dzikich zwierząt, przez góry i bezkresną Rosję nie kusiła. Blondyn mówiący z wyraźnym obcym akcentem… Jakże dałby sobie radę? Oczywiście istnieli jasnowłosi Rosjanie, ale nie w tych okolicach. Tutaj ludzie byli nieduzi i ciemni, dziwna mieszanka rozmaitych narodów.
Młody rybak…
Toboł płynął na wschód i tam łączył się z wielką rzeką, Irtyszem, kierującym swe wody ku północnemu zachodowi.
Ku zachodowi? Czyż nie pragnął podążyć właśnie tam?
Ku wolności…
Rybak wyglądał na najuboższego z ubogich. I nagle Vendel poczuł nieoczekiwany przypływ energii. Pobiegł do domu i wyciągnął zaoszczędzone pieniądze. Zabrał buty, jedzenie, skóry, nad którymi pracował, i inne należące do niego drobiazgi. Mimo że starał się to wszystko ciasno zwinąć, pakunek, który niósł pod pachą był bezkształtny i nieporęczny. Krokiem sprawiającym wrażenie spokojnego skierował się znów nad rzekę. Nikt nie mógł zauważyć, że drży z niecierpliwości.
Читать дальше