Pobyt w nowych miejscach nie trwał jednak długo. Jesienią 1710 roku właśnie w Kazaniu wykryto spisek wśród szwedzkich oficerów. W obozie karolińczyków znalazł się zdrajca, który wydał zakrojony na wielką skalę plan ucieczki. Blisko dwustu Szwedów, w tym Corfitz i Vendel, zamierzało zaatakować rosyjską załogę Kazania, zebrać wszystkich Szwedów z okolic miasta i przedrzeć się do Karola XII w Benderze. Być może nawet by się im powiodło, gdyż wojska rosyjskie znajdowały się akurat w Finlandii, prowincjach nadbałtyckich i Polsce. Plan został jednak wykryty.
Spisek był kroplą, która przepełniła dzban.
Wiosną 1711 roku niemal wszyscy jeńcy zostali wysłani na wschód, za Ural, na Syberię. Ponieważ o tej porze roku drogi były nieprzejezdne, podróżowano głównie rzekami. Droga pochłonęła wiele miesięcy. Podczas tej podróży mieli wrażenie, że wokół nich zapada coraz większa ciemność. Odjeżdżali coraz dalej i dalej i gasły w nich resztki nadziei.
Wielu dorosłych mężczyzn płakało, żeglując szerokimi rozlewiskami. Twarze innych zastygły w maski obojętności, które ukrywały ich prawdziwe uczucia. Jeszcze inni popadli w całkowitą apatię.
Kiedy podróż nareszcie skończyła się w Tobolsku, Vendel miał już siedemnaście lat. Jego serce przepełnione było żalem nie tyle nad sobą, ile nad tymi, którzy nie znali jego losu, od których oddalał się coraz bardziej za każdym razem, gdy przenoszono ich w nowe miejsce.
O ile wiedział, żaden z karolińczyków nie miał szans, by kiedykolwiek opuście Syberię.
W Tobolsku czekała ich niespodzianka.
Nie byli pierwszymi jeńcami, których tam zesłano. Rosjanie już wcześniej robili wypady do szwedzkich prowincji nad Bałtykiem oraz do Finlandii, wywożąc stamtąd zarówno mężczyzn, jak i kobiety wraz z dziećmi.
Dla żołnierzy Karola XII, którzy tak długo żyli podporządkowani twardym, surowym prawom wojny, spotkanie z kobietami było niezwykłym przeżyciem – w dodatku z kobietami, z którymi mogli rozmawiać i przebywać, nie narażając się przy tym na niesławę.
Stwierdzili także, że szwedzkim więźniom w Tobolsku udało się stworzyć swego rodzaju odrębną społeczność. Wraz z ośmiuset oficerami, którzy przybyli ostatnio, w mieście znajdowało się obecnie blisko półtora tysiąca Szwedów.
W pewien sposób w Tobalsku żyło się im lepiej niż w miejscach, w których byli wcześniej. Zdarzały się jednak chwile, gdy pijani rosyjscy oficerowie chcieli „robić porządek z pogańskimi świniami”. Wtedy naprawdę bywało gorąco. Jeńcy znajdowali się pod ścisłym nadzorem i ucieczka była utopią.
Za najdrobniejszą choćby próbę spisku czy przejaw buntu groziły ciężkie kary; prowodyrów wysyłano jeszcze dalej na wschód; znikali na zawsze gdzieś w bezkresnej Syberii.
Szwedzi musieli w jakiś sposób zarabiać na życie, dlatego zaczęli jeden od drugiego uczyć się rzemiosła. Z czasem wytwarzane przez nich towary stały się nawet poszukiwane. Nauczyli się ubierać jak rosyjscy chłopi, dzięki temu łatwiej im było znieść ostry klimat, a że nie wyróżniali się spośród rdzennych mieszkańców, bezpieczniej mogli poruszać się po ulicach. Niektórzy zajęli się pędzeniem gorzałki, ale to zajęcie nie cieszyło się popularnością, gdyż na dochody pochodzące z produkcji alkoholu całkowitą wyłączność miał car.
Byli tacy, którzy poślubili Rosjanki i pragnęli osiedlić się na wschodzie. Większość jednak nosiła w duszy wieczną tęsknotę: do domu! Do domu do Szwecji lub do armii Karola XII, by wspomóc Jego Wysokość.
Król musiał być niezwykłą osobowością. Choć prowadzonymi przez siebie niezliczonymi wojnami ściągnął na swój kraj nieszczęścia, choć nigdy nie było go w królestwie, wciąż pozostawał bohaterem, przede wszystkim w oczach własnych żołnierzy i wszystkich współczesnych mu dowódców, także tych, którzy byli jego wrogami. Być może przyczynił się do tego jego ascetyczny styl życia, dotrzymywanie słowa i silna wola. Kiedy się odzywał, choć czynił to z rzadko, znać było, że jest inteligentny i kształcony. Historia uznała go za największego milczka w dziejach. Jeśli chodzi o jego osobiste sprawy, na zawsze pozostał zagadką. Dla żołnierzy jednak był jakby bogiem. Dzielił ich los, nigdy się nie oszczędzał, nie dogadzał sobie czymś, co dla innych pozostało niedostępne.
Wobec równych sobie był uparty i pewny siebie, ale wszyscy musieli chylić czoło przed zaletami jego bystrego umysłu i doskonale przemyślaną strategią wojenną.
Tak było i teraz… Połowa jego żołnierzy znalazła się w niewoli we wrogim kraju, żyjąc w niezwykle trudnych warunkach, a ich jedynym pragnieniem było wrócić i walczyć u boku swego króla. Rzecz niepojęta!
I rzeczywiście ucieczki organizowano. Zdarzało się to głównie podczas podróży do Moskwy i z samej stolicy, ale temu i owemu udało się zbiec z niewoli nawet z Syberii. Ci, co pozostali, wiele myśli poświęcali towarzyszom, którzy zniknęli, choć o ich losie nic nie wiedziano. Przedostanie się do Szwecji lub do armii Karola XII nie odbywało się jednym skokiem…
Młody Vendel Grip szybko postarał się nauczyć rzemiosła. Mógł wybierać między kowalstwem, garncarstwem i stolarstwem, mógł też zostać siodlarzem, grawerem lub złotnikiem, mógł szyć piękne czapraki dla koni lub szlifować szlachetne kamienie. Bystry i pojętny szybko nauczył się sztuki wyprawiania skór z myślą o zawodzie siodlarza, ale wkrótce odkrył, że o wiele większą przyjemność sprawia mu zdobienie skór ornamentami. Szło mu to tak świetnie, że wnet otrzymał polecenie przyuczania w niedziele do zawodu dwunastu mniej uzdolnionych żołnierzy. Zwykle robili to oficerowie, którzy opanowali już rzemiosło.
Vendelowi powodziło się nieźle, także finansowo. Sprzedawał pięknie wyprawione skóry lub wymieniał je na potrzebne mu produkty u mieszczan i u chłopów, przybywających do Tobolska w dni targowe. Oczywiście nie zarabiał kroci, ale pilnował każdego grosza i chował pieniądze w domu, który dzielił z innymi karolińczykami.
Corfitz Beck nie widywał go już tak często jak dawniej. Kapitan zaczął odwiedzać jedną z rodzin, przybyłą tu z prowincji nadbałtyckich. Ojciec rodziny nazywał się Claes Skogh, był pułkownikiem, dzielnym wojakiem i władczym mężczyzną.
Raz zaproszony został także Vendel. Skoghowie mieli córkę, Marię, dokładnie w tym samym wieku co on. Dziewczyna była śliczna, wręcz prześliczna, i w romantycznym sercu Vendela zapłonął ogień. Przy obiedzie posadzono go obok niej. Nigdy jeszcze nie znalazł się tak blisko kobiety i nagle okazało się, że jego dłonie, wielkie i niezgrabne, z trudem utrzymują szklankę, a język odmawia posłuszeństwa. Vendel zaczął się jąkać, z pamięci uciekły gdzieś wszystkie błyskotliwe powiedzonka. Skąd wzięły się banały, które plótł?
Nikt jednak zdawał się nie zwracać uwagi na jego męki. Maria uśmiechała się słodko, jakby trochę nieobecna duchem, i równie często odwracała się do niego, jak do Corfitza siedzącego u jej drugiego boku. Za każdym razem jednak, gdy spoglądała na Vendela, chłopakowi wydawało się, że coś w jego duszy umiera. To umierało jego dzieciństwo; czuł, że właśnie staje się mężczyzną. W wieku dwudziestu lat. Naprawdę nie za wcześnie!
Skoghowie mieszkali w jednym z lepszych domów spośród tych, które przydzielono szwedzkim jeńcom. Naturalnie i tak nie był to więcej niż barak i z trudem dało się policzyć, ile gnieździło się w nim rodzin. Na tyle, na ile było to osiągalne w tak prymitywnych warunkach, starali się utrzymać pewien poziom. Dla Vendela jednak po długich latach znoju i tułaczki wizyta u rodziców Marii była jak powrót do prawdziwego domu.
Читать дальше