Po odwiedzinach poszedł do siebie, do nędznej chałupy, którą dzielił z innymi prostymi żołnierzami. Buran czy purga, jak mawiano w tutejszych okolicach, czyli burza śnieżna, szalała na ulicach, zapowiadając podwyższenie temperatury. Najwyższy czas, gdyż mróz trzymał już dostatecznie długo.
Właściwie Vendel powinien marznąć w swym skromnym odzieniu, ale tak nie było. Idąc miał wrażenie, że stopami ledwie dotyka ziemi.
Gdy tylko dotarł do domu, natychmiast skierował kroki do swego warsztatu. Leżała tam nieduża skórzana sakiewka, nad którą właśnie zaczął pracować. Zamierzał ją sprzedać, ale teraz zmienił zdanie. Dostanie ją Maria, nikt inny tylko ona. Postanowił, że wytłoczy na sakiewce wzór tak piękny, jakiego nikt nigdy jeszcze nie widział.
Vendel pracował przez całą noc, aż wreszcie zasnął przy warsztacie. Następnego dnia powinien pomagać przy pracach na jednej z miejskich wież, zwanej Szwedzką Wieżą. Swą nazwę miała zachować przez następne stulecia. właśnie z powodu karolińczyków, którzy stracili na niej zdrowie. Jak przewidywał, zmieniła się pogoda: purga przyniosła ze sobą cieplejsze powietrze, ale wicher dął z nie mniejszą siłą. Przy takiej pogodzie można było pracować na wieży, ale Vendelowi żal było na to czasu. Gdy przybyli strażnicy, by zabrać jeńców do pracy, zaczął strasznie kaszleć i poprosił, by wyjątkowo, ten jeden jedyny dzień, pozwolono mu zostać w domu. Prawdopodobnie po nie przespanej nocy wyglądał dostatecznie blado, gdyż strażnicy wyrazili zgodę.
Mógł więc dalej pracować nad skórzaną sakiewką.
Zajęło mu to cały tydzień, ale sakiewka była tak piękna, że trudno ją sobie wyobrazić – z wytłaczanym wzorem w kolorze lazurowoniebieskim oraz złota i skomplikowanym mechanizmem służącym do otwierania.
Co wieczór starał się znaleźć pod domem Skoghów. Przechadzał się pod nim niby przypadkowo. Pewnego dnia napotkał Marię, spieszącą do domu z dłońmi ukrytymi w futrzanej mufce. Sam zrobię dla niej mufkę, pomyślał od razu.
Zdjął czapkę i dostojnie powitał Marię. Przez moment przyglądała mu się zaskoczona, zaraz jednak go rozpoznała i zatrzymała się. Podała mu drobną rączkę, którą Vendel, choć niechętnie, musiał zaraz wypuścić ze swej dłoni, by nie przekroczyć granic ustalonych przez przyzwoitość.
– Bardzo miło was znowu widzieć, panno Mario – powitał ją dwornie słowami, których wymowę długo ćwiczył. Zaraz jednak się zaciął. – Hm… Eee… ładną mamy dzisiaj pogodę.
Naprawdę wcale tak nie było, ale zgodziła się z nim, bowiem także nie wiedziała, co powiedzieć.
Przez chwilę stali zakłopotani, po czym Maria zrobiła gest wskazujący, że chce odejść.
– No cóż, chyba już… – rzekła nieśmiało.
Na pomoc, wszyscy bogowie, sprawcie, by jeszcze została! jęknął Vendel w duchu, ale bogowie nie wykazali ochoty do współpracy.
– Pozdrówcie waszą matkę i ojca – wykrztusił zrozpaczony, a ona kiwnęła tylko głową i zniknęła.
Ale pozostawała jeszcze sakiewka. W jaki sposób, na miłość boską, ma ją wręczyć dziewczynie, by wyglądało to na zwyczajny podarunek dla córki ze znajomej rodziny, a jednocześnie by Maria zrozumiała, ile miłości kryje się w tym geście? Podświadomie żywił nadzieję, że zostanie zaproszony do Skoghów ponownie; wówczas sprawa byłaby prosta. Mógłby wtedy powiedzieć lekko, jakby od niechcenia: A co do mojego zajęcia, to mam akurat pewien drobiazg, którego wykonaniem uprzyjemniłem sobie wolne chwile. Może panna Maria miałaby nań ochotę?
Nikt by się nie obraził na taką propozycję. Ona byłaby zachwycona, dziękowałaby mu z rozgwieżdżonymi oczyma, a później wyjmując sakiewkę przy płaceniu, za każdym razem myślałaby o nim.
Jednakże nie zaproszono go więcej do Skoghów, Upłynęła cała wiosna, wiatr od tajgi stawał się coraz łagodniejszy, nadciągnęły wędrowne ptaki, a za miastem tu i ówdzie zaczęły się pokazywać nieliczne, lecz tryskające kolorami polne kwiaty. Vendel ich jednak nie widział, nie przekraczał bowiem granic Tobolska. Czuł tylko we krwi intensywną gorączkę wiosny, która zawsze dręczy zakochanych, gdy nie mogą przebywać z umiłowaną osobą. Nigdy dotąd żaden młodzieniec nie uczestniczył tak gorliwie w życiu jenieckiej społeczności, tak często nie pojawiał się na spotkaniach, modlitwach i naradach (tu przychodził na próżno, gdyż kobietom zabroniono wstępu). Usilnie starał się nie przeoczyć żadnej okazji, gdy istniało prawdopodobieństwo spotkania Marii Skogh.
Naturalnie widywał ją od czasu do czasu, w tak niewielkim mieście nie dało się tego uniknąć. Zdarzało się, że zamienił z nią parę słów, ale akurat wtedy nie miał przy sobie sakiewki i później długo martwił się z tego powodu. Czasami nie było odpowiedniej sposobności, by wręczyć jej podarunek, lub też po prostu brakowało mu odwagi. Przez jakiś czas nosił sakiewkę w kieszeni, bezustannie sprawdzając, czy jeszcze jej nie zgubił, aż z przerażeniem zobaczył, jak bardzo się pobrudziła. Wyczyścił ją więc i odświeżył kolory, ale potem już bał się ją nosić cały czas przy sobie. Serce rozrywał mu rwący ból, a radość życia powoli gasła. Nie dowcipkował już i nie żartował jak dawniej z towarzyszami przy pracy; stał się zupełnie innym Vendelem Gripem niż ten, jakiego poznali.
I nagle… Całkiem nieoczekiwanie pojawiła się sposobność, o jakiej marzył.
Było lato 1715 roku, Vendel skończył dwadzieścia jeden lat i uważał się za już zupełnie gotowego do żeniaczki. Jeńcy zorganizowali letni zjazd; określenie uroczystości słowem „zabawa” byłoby raczej nie na miejscu. Tam właśnie spotkał Marię i, szczęśliwie, miał przy sobie sakiewkę.
Nadarzyła się też okazja, by wręczyć jej podarek. Vendel wykorzystał zamieszanie, jakie powstało, gdy zebrani zaczęli opuszczać uroczystość, podczas której on sam nawet na chwilę nie spuścił oczu z dziewczyny. Uważał, że Maria sprawia wrażenie jeszcze bardziej rozpromienionej niż zazwyczaj. Odniósł wrażenie, że radość wprost z niej tryska. Oczywiście dlatego, że znów mnie widzi, myślał Vendel.
Nagle, popychani przez tłum kierujący się do wyjścia, znaleźli się bardzo blisko siebie. Vendel, rzecz jasna, z całych sił starał się dopomóc przypadkowi.
Drżącymi rękami podał jej sakiewkę, mamrocząc przy tym niewyraźnie kilka słów. Niestety, w żaden sposób nie przypominały one tych, których wymawianie ćwiczył od dawna… Niemożliwe, by Maria cokolwiek z tego zrozumiała.
Pożegnał dziewczynę jak najszybciej, przez cały czas mając przed oczami jej zdumione, pytające spojrzenie.
Przez trzy dni chodził z głową w obłokach.
Czwartego dnia przyszedł do niego kapitan Corftz Beck.
Pragnął rozmawiać z Vendelem na osobności. Sprawiał wrażenie podenerwowanego, wręcz rozgniewanego.
Weszli więc do pustego warsztatu.
Ona sama nie może przyjść, to przecież jasne, myślał Vendel. Nie wypada. Dlatego przysyła kapitana Becka, który jest przyjacielem domu. Corfitzowi Beckowi na pewno nie w smak rola chłopca na posyłki. Cóż, muszę przez to przejść.
Kapitan odwrócił go ku sobie i zimno spojrzał mu w oczy.
– Posłuchaj, Vendelu, musisz z tym skończyć!
Chłopak miał wrażenie, że nagle przygniata go jakiś wielki ciężar.
– Z czym, kapitanie?
– Z tym bieganiem wokół Marii na podobieństwo chorego z miłości kocura. Bardzo ją to zawstydza i budzi wielki gniew jej ojca. I dla mnie także jest to nadzwyczaj przykra sytuacja. Czy tego nie rozumiesz?
Vendelowi pociemniało w oczach. Miał jednak zamiar się bronić, jego miłość była tego warta.
Читать дальше