Anna-Greta wpatrywała się weń, oniemiała.
Vendel usiłował ją przekonać.
– Zrozum, nigdy dotąd nikogo nie kochałem. W uniesieniu krążyłem wokół Marii Skogh, wiesz o tym. Później przyszło pierwsze miłosne doświadczenie z niemieckimi dziewczętami, które nie znaczyły dla mnie nic poza tym, że dobrze nam było razem. Potem miałem żonę, którą nakazano mi poślubić, do której nie czułem nic poza krótkotrwałym pożądaniem. Sama widzisz. Gdzie w tym wszystkim szukać miłości?
Anna-Greta bezradnie kręciła głową.
– Ale to jasne – mówił dalej. – Jeśli ty nic do mnie nie czujesz, jeśli przyszłość jawi ci się niczym bezkresny szereg lat z kaleką, któremu musisz usługiwać, nie przejmuj się mną. Bo ja pragnę twojej miłości. Nie chcę niańki ani gospodyni, chcę żony. Żony, którą będę kochał i poważał, i starał się uprzyjemnić jej życie. Żona nie może się trudzić i męczyć za mnie, wspólnie będziemy dzielić troski.
Wargi Anny-Grety drżały, ale ciągle nie mogła pozbyć się surowego, cokolwiek bezczelnego tonu.
– Nie wolno wam w to wierzyć, panie Vendelu. Pomyślcie tylko, jestem jedyną kobietą, jaka przebywa w pobliżu was. Nie macie w czym wybierać.
– Głupstwa pleciesz – nadal starał się ją przekonać, – Moja kochana matka ściągnęła tu kilka panienek, które, jak sądziła, byłyby dla mnie odpowiednie. Konwersacja z nimi omal nie zanudziła mnie na śmierć. Jedna z nich gryzła się w język i urywała w pół słowa za każdym razem, gdy wspomniała tylko, że gdzieś POSZŁA albo grała w piłkę, tak bardzo bała się mnie urazić. Druga zaś terkotała z naiwnym ubolewaniem: „Ach, jak okropnie, stracić obie nogi! Chciałam powiedzieć, że gdyby została choć jedna… Chciałam powiedzieć… A jak zakładasz buty? I czy to prawda, że mieszkałeś wśród barbarzyńców?”
Anna-Greta nie mogła powstrzymać się od śmiechu, w którym drgała jednak wyraźna nutka rozpaczy.
– Anno-Greto, posłuchaj! Przez siedem lat obywałem się bez cielesnej bliskości kobiety, wytrzymałbym i przez kolejne siedem. Ale jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Bo nie myślisz chyba poważnie, mówiąc te wszystkie nieprzyjemne słowa o mojej inteligencji i męskim sposobie widzenia świata? Ale jeśli nie możesz mnie znieść…
Wtedy zaniosła się długo powstrzymywanym płaczem.
– Czy nie lubię? Czy nie mogę znieść? Tak bardzo was kocham, panie Vendelu, jak dzień długi. Gotowam umrzeć, by dać wam choć trochę radości w życiu. Ale inaczej nie umiem tego okazać. Umiem tylko dogryzać tym, których cenię najbardziej. To sposób, by ukryć prawdziwe uczucia, zrozumcie.
– Rozumiem to w pełni – odpowiedział Vendel wzruszony. – A teraz zamknij drzwi, byśmy mogli przez chwilę zostać sami.
Podczas gdy ona pospiesznie spełniała jego polecenie, Vendel przekuśtykał do szerokiego łoża z baldachimem. Anna-Greta gorączkowo zsuwała z ramion szelki od fartucha, ale nagle zamarła w pół ruchu i zapytała niepewnie:
– Czy mam…?
Vendel, który wcale nie miał zamiaru tak prędko dojść do celu, lecz raczej przekonać ją swoją cierpliwością i czułością, rzekł spokojnie:
– Myślę, że tak.
Za nic w świecie nie chciał bowiem, by się go wstydziła.
Anna-Greta rozjaśniła się i błyskawicznie zdjęła ubranie. Z cokolwiek spóźnionym zażenowaniem wskoczyła do łóżka, znikając pod przykryciem. Uczyniła to tak szybko, że ledwie zdążył na nią zerknąć.
Jest tak samo żywiołowa jak pięć moich dziewcząt, pomyślał zachwycony. I, co najistotniejsze, ma jeszcze tę zaletę, że mogę z nią rozmawiać o wszystkim.
Ze zdumieniem uświadomił sobie, że przez tyle lat żył jak mnich. Myśl o kobiecej nagości Anny-Grety pod kołdrą wywołała wspaniały skutek. Uradowany, choć zarazem zawstydzony, siedział na łóżku plecami do niej, zdejmując ubranie.
– Nie potrafię wyrazić słowami, jak niezmiernie się cieszę, że spotkałem cię na mojej drodze, Anno-Greto – rzekł nieswoim głosem, niezgrabnie mocując się ze spodniami. – Uważam, że może nam być razem cudownie. Kiedyś, całą wieczność temu, umiałem dowcipkować i żonglować słowami jak ty teraz. Później o tym zapomniałem na wiele lat. Teraz mam wrażenie, jakby wypuszczono mnie z więzienia, w którym mury zbudowano z powagi i smutku. Mój Boże, dziewczyno, pierwszy raz z uśmiechem patrzę w przyszłość, raduję się na myśl o życiu! Ponieważ zdobyłem twoje zaufanie. Przy tobie mogę czuć się bezpieczny, prawda?
– Oczywiście, panie Vendelu… to znaczy Vendelu. Nie można mówić „panie” do kogoś, z kim jest się tak blisko.
Vendel ze śmiechem rzucił się jej w objęcia. Jaką cudowną była kobietą, jak wyjątkowo ciepłą i hojną w uczuciach!
– Anno-Greto, szalona dziewczyno, chyba jestem poważnie zakochany! Nareszcie, już najwyższy czas, zaczynałem sądzić, że nie potrafię żywić tak silnego uczucia do żadnej kobiety! Ach, będę dla ciebie dobry, uczynię dla ciebie wszystko! Wszystko, najdroższa!
Uśmiechała się uszczęśliwiona i pozwalała mu, by dotarł tam, gdzie dotrzeć pragnął. Strzegła się jednak pilnie, by nie wspomnieć nic o dzieciach. Pragnęła dać mu dużo, dużo dzieci. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że na zawsze pozostanie pewien cień, którego nie będzie umiała usunąć mu z oczu. Wiedziała, że czeka ją wiele ciężkich chwil, gdy będzie porównywał jej dzieci z tym, którego nigdy nie zobaczy. A jej będzie przykro w imieniu jej własnego potomstwa.
To była jednak cena, którą musi zapłacić. I uczyni to chętnie, byle tylko być przy nim, przy człowieku, którego pokochała najbardziej na świecie!
Vendel nie zgodził się na przeprowadzkę wraz z rodziną Corfitza Becka. Tutaj był jego dom. Uznał, że dość już zrobili dla rodu Corfitza Becka.
Christiana nie podzielała jego zdania, postanowiła jechać wraz z Beckami. Teraz wiedziała już, że Vendel odzyskał spokój; w bardziej bezpieczne ręce niż Anny-Grety nie mógł się dostać. Nawet przez moment nie pomyślała o prostym pochodzeniu swej synowej. Znaczenie miał tylko jej charakter. A poza tym decyzja Vendela, by pozostać, miała jeszcze tę zaletę, że babcia Lena będzie miała w pobliżu kogoś z rodziny.
W bezwstydnie krótkim czasie po ślubie Anna-Greta powiła ślicznego synka, którego nazwali Orjan po ukochanym dziadku Vendela. Christiana wstrzymywała się z wyjazdem, dopóki nie zakończy się całe radosne zamieszanie, i patrząc na wnuka jaśniała niczym słońce. Vendel natychmiast nadał chłopcu przezwisko „Żabka”.
– Zobacz, mamo, na dole pleców ma niebieskawą plamkę. Czy to znamię?
– Wkrótce zniknie. Ty miałeś taką samą, i ja, i babcia Lena. Wszyscy z Ludzi Lodu rodzą się z takim znakiem. Nazywa się go mongolską plamą. Mają go wszyscy, w których żyłach płynie mongolska krew.
– No cóż, to niezbity dowód, że Ludzie Lodu przybyli z bardzo daleka, ze wschodu – stwierdził Vendel.
Chłopiec natychmiast stał się oczkiem w głowie, a Anna-Greta na próżno szukała oznak żalu na twarzy Vendela. Wydawał się niepodzielnie szczęśliwy, jak gdyby istotna dla niego była tylko teraźniejsza chwila. Jakże ją to radowało!
Vendel sam zdecydował, że chłopiec i wszyscy jego potomkowie w przyszłości nosić będą nazwisko Grip z Ludzi Lodu. Stwierdził bowiem, że dumny jest z tego nazwiska. Wszak Ulvhedin i jego syn Jon nazywali się Paladin z Ludzi Lodu. W ten sposób zaznaczą łączące ich więzi. Ród rozgałęził się tak mocno i rozpostarł na wielkie obszary; niewiele też było w nim dzieci i dlatego w przyszłości trudność mogło sprawić odnalezienie krewniaków. Dodanie do nazwiska „z Ludzi Lodu” mogło wiele ułatwić.
Читать дальше