Sofia Magdalena z radością przyjęła propozycję wydzierżawienia Elistrand, bo naprawdę powodziło im się nie najlepiej. Jej mąż, który zrobił dość mizerną karierę jako kancelista, w Elistrand po prostu rozkwitł i okazał się bardzo zdolnym rolnikiem. Tak więc Elistrand znalazło się w dobrych rękach, a we dworze znowu pojawiły się dzieci. Pięcioro malców radośnie biegało po dziedzińcu, a wkrótce ich buzie nabrały rumieńców.
Tuż przed weselem Vinga dostała kolejny list od Arva.
Gunilla straciła dziecko, którego oczekiwała.
– Och, Heike – skarżyła się Vinga. – Tak strasznie żałuję tego, co powiedziałam, że teraz na nich kolej, żeby urodziło im się dziecko dotknięte. A oni nie będą mieć żadnego! Ludzie Lodu tak rzadko przecież mają więcej niż jedno dziecko.
– No, tego jeszcze nie wiemy, wszystko może się ułożyć. A może właśnie to dziecko było dotknięte?
W takim razie wszyscy moglibyśmy już być spokojni, zarówno Gunilla i Erland, jak i my, a także Ola i jego przyszła żona. Ale, oczywiście, wiem, co czujesz. Powiedziałem przecież dokładnie to samo co ty: Że teraz kolej na Gunillę.
– Och, kochany, czy nic nie możemy zrobić?
Heike roześmiał się.
– Nie, no wiesz, to powinniśmy chyba zostawić Erlandowi. On na pewno zrobi, co będzie mógł!
Vinga już jakiś czas temu przeprowadziła się do Grastensholm i ze zdziwieniem stwierdziła, że czuje się tu znakomicie! Wielu z jej dawnej służby przeniosło się wraz z nią, bo Heike zdołał ich przekonać, że w Grastensholm nie ma żadnych duchów, coś się tu rozpanoszyło za czasów sędziego; ale skąd i jak, nikt nie wiedział. Służba nadziwić się nie mogła, jak łatwo utrzymać dwór w czystości, jak dobrze się wszystko układa w tak dużym gospodarstwie, nie wiedzieli tylko, że w tym i owym otrzymują pomoc.
Nareszcie nadszedł dzień wesela i w parafii zapanowało wielkie poruszenie. Zaproszeni zostali wszyscy, w każdym razie ci, którzy związani byli z Grastensholm i Elistrand. Była też, rzecz jasna, Sofia Magdalena ze swoją liczną rodziną, ciotka Heikego, Ingela, i kuzyn Ola z narzeczoną Sarą, bardzo interesującą panną, starszą od narzeczonego i niezbyt piękną, ale niezwykle sympatyczną. Przybył też Arv Grip ze Smalandii ze swoją nową żoną Siri z Kvernbekken. Tylko Gunilla i Erland nie odważyli się wyruszyć w taką długą podróż tuż po poronieniu, tak więc Vinga nie mogła poznać swojej „rywalki”, która, rzecz jasna, żadną jej rywalką nie była, o czym też Vinga świetnie wiedziała. Ale kto potrafi zwalczyć zazdrość? Pojawia się wszędzie, żeby nie wiem jak była niechciana.
Niezwykle przyjemnie było spotkać się z rodziną. Wieczór poprzedzający dzień ślubu przegadali wszyscy razem i wszyscy odczuwali tę niezwykłą więź, charakteryzującą ich ród. Jakby się do siebie tulili, żeby znaleźć się jak najdalej od tego mrocznego cienia, któremu na imię Tengel Zły.
W kościele wszystko odbyło się bardzo pięknie, choć Heike z trudem pokonywał pragnienie, żeby zerwać się i uciec z domu pańskiego, pragnienie, które odczuwało wielu dotkniętych z Ludzi Lodu. Zostali sobie poślubieni ku radości wielu starych kobiet z parafii, mnóstwo łez szczęścia wylano w kościele, mało kto uważał, że Heike wygląda strasznie, a jeśli już, to tylko przybysze z innych wsi. Wszyscy byli tacy szczęśliwi, kiedy wiadomość o śmierci sędziego rozeszła się po okolicy i gdy okazało się, że znowu i w Grastensholm, i w Elistrand mieszkać będą Ludzie Lodu.
Przybył też adwokat Menger, który po śmierci sędziego opuścił nareszcie swoją kryjówkę. Adwokat wyglądał naprawdę marnie, trzeba to przyznać, ale na tamten świat się nie wybierał. Uważał, że młody Heike dokonał cudu z jego zdrowiem, ale Heike nawet słuchać tego nie chciał. Nic nadzwyczajnego się nie stało, miał po prostu szczęście i znalazł odpowiednie dla adwokata lekarstwo.
Menger przywiózł też wiadomości, że w Christianii i innych częściach Snivelowego imperium ludzie odetchnęli. Wielu, bardzo wielu na własnej skórze odczuło metody i chciwość sędziego, ale nikt nie odważył się nawet mruknąć. Widziano przecież, jak skończyli ci, którzy próbowali!
Teraz wszyscy byli wolni. Nikt podobny do sędziego nie powinien już dostać w Norwegii wysokiego urzędu.
Na wesele przyjechał także Nils. Napisał nawet przemówienie, które zamierzał odczytać wieczorem, kiedy nastrój nie będzie już taki podniosły. Piękne przemówienie o miłości, która zwycięża wszystko. Taki był jednak zdenerwowany, że nieustannie miął kartkę w kieszeni i później przypominała raczej chusteczkę do nosa niż arkusz papieru.
Heike wiedział, że w uroczystościach bierze udział jeszcze czworo wyjątkowych gości. Stoją na podeście schodów i z radością przyglądają się weselnikom. Ingrid, kiedyś właścicielka dworu. Jej stary kompan, Ulvhedin. Dida, mistyczna kobieta z odległej przeszłości. I młody, jeszcze niedojrzały Trond, on, który w doczesnym życiu zdołał dojść tylko do siedemnastu lat.
Kiwali i uśmiechali się do Heikego, dawali mu znaki, że są z niego zadowoleni, choć on sam nie bardzo podzielał ich zdanie. I radowali się ogromnie, że znowu mogą wrócić do Grastensholm.
Heike także się cieszył, że ich tu widzi. Może oni potrafią trochę poskromić ten niemożliwy szary ludek? Choć musiał przyznać, że współżycie z szarymi istotami układało mu się lepiej niż przypuszczał.
Goście zebrali się na dziedzińcu przy długich, suto zastawionych stołach, bo był piękny, słoneczny dzień, a tymczasem Vinga poszła do salonu, by poprawić swój ślubny strój. Już chciała usiąść w ulubionym fotelu, gdy podskoczyła jak oparzona.
– No nie! – syknęła i strzepnęła z fotela kilka małych szarych istot. – Czy nie mówiłam, że nie wolno wam się kręcić po pokojach? Jazda stąd, ale już!
Małe paskudztwa wytoczyły się przez szparę w drzwiach. W tej samej chwili weszła Ingela.
– Vinga, goście czekają na pannę młodą. Z kim ty tu rozmawiałaś?
– Och, musiałam przepędzić kota.
– Przecież wy nie macie kota!
– To od sąsiadów. Chodźmy!
– Jesteś szczęśliwa?
Vinga uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– A jak ciocia myśli? Jutro zasadzimy na dziedzińcu drzewo. Heike znalazł naprawdę śliczną młodą lipkę.
– Tylko nie zróbcie tak jak Tengel Dobry! Nie zaczarujcie jej.
– Nie, nie, żadne z nas tego nie chce. Ale i tak będzie miło patrzeć, jak rośnie wraz z naszym pierwszym dzieckiem.
Goście przyjęli obie panie okrzykami i brawami.
Kiedy wszyscy najedli się już i napili, wstał stary Eirik i długo chrząkał.
– My wszyscy, drobni gospodarze i komornicy z parafii, mamy dla was niespodziankę, specjalnie czekaliśmy na dzisiejszy dzień… Nie, to nie jest prezent ślubny, prezent już dostaliście.
Państwo młodzi spoglądali po sobie. Co to może być?
Eirik przywołał jakąś starszą kobietę. Poznali ją natychmiast. To ta sama staruszka, która prosiła Heikego o pomoc tego dnia przed napadem. Ciało miała przeżarte przez raka.
Letni wiatr bawił się białymi obrusami, a Eirik mówił cienkim starczym głosem:
– Chciałem tylko powiedzieć, że Borghild jest zdrowa, panie Heike! Wszystkie guzy i narośle zniknęły, nic już jej nie boli, Borghild biega jak młoda dziewczyna. Wszystko po tym, jak położyłeś swoje ręce na chorych miejscach. Dobrze mówię, Borghild?
– Tak, to prawda – Borghild pokazała w uśmiechu bezzębne dziąsła.
– No to zjawił się w parafii nowy Tengel Dobry – oświadczył Eirik, a wszyscy krzyknęli: hurra!
Читать дальше