Stojący na dole słyszeli, jak tamci dwaj na strychu krzyczą i wzywają pomocy, jak próbują otworzyć drzwi, ale te ani drgną jak zabite gwoździami. Pozostali, z wyjątkiem Snivela, rzucili się na ratunek, ale na schodach znów pojawiła się ta niewidzialna zapora, której nie byli w stanie pokonać. Drzwi zostały zatrzaśnięte, choć właściwie nie miały nawet porządnego zamka.
Ze strychu doszły ich jeszcze bardziej dramatyczne wrzaski:
– Och, Panie jezu! Spójrz tam!
– Co jest, do diabła…? Otwierajcie drzwi! Szybko, szybko, do diabła!
Jeden z uwięzionych niezrozumiale wrzeszczał rozedrganym jak u dziecka głosem. Pastor nie przestawał powtarzać modlitw i błogosławieństw; skrapiał drzwi święconą wodą, ale skutków nie przynosiło to żadnych.
Na strychu rozległ się znowu przejmujący krzyk, a potem wycie śmiertelnie przerażonego człowieka:
– Wynoś się! Uciekaj, ja muszę przejść… ratunku!
Słychać było pospieszne kroki, jakby ktoś uciekał, a ktoś inny go gonił po całym strychu. Nagłe, gwałtownie przerywane wrzaski coraz większego przerażenia, zdławiony charkot, tumult, trudny do porównania z czymkolwiek… A na koniec głos jednego z uwięzionych, zmieniony od nieopisanego strachu:
– Uciekaj na wieżę! Szybko!
Po czym słychać było, że wspinają się po wąskiej drabince na wieżę, wyglądało na to, że nic im w tym nie przeszkadza, ale ich histeryczne głosy nie pozostawiały wątpliwości, że musieli uciekać bardzo szybko.
Zebrani na dole z pobladłymi twarzami spoglądali na siebie w milczeniu.
– Mam wrażenie, że im się udało – powiedział proboszcz. – To znaczy, udało im się dostać na wieżyczkę.
Działo się to wszystko w chwili, kiedy Heike i Vinga wraz z eskortą zbliżali się do dworu w Grastensholm.
Już z daleka słyszeli krzyki na strychu i przyspieszyli kroku.
– Tam się coś dzieje, Vingo – powiedział Heike drżącymi wargami. Polecił towarzyszącym im ludziom, by zostali tutaj, nie chciał ich mieszać w to wszystko. Miał bowiem ponure przeczucia w sprawie przyczyn takiego zamieszania we dworze. Powiedział jednak swoim, by byli w pogotowiu. Gdyby usłyszeli, że ich woła, mają natychmiast przybiec.
– Vinga, ty też zostaniesz tutaj!
– Nie bądź głupi! Idziemy!
Heike zacisnął zęby, ale wiedział, że kiedy Vinga mówi tym tonem, to nie ma co z nią dyskutować.
Minęli drzewa w parku i ich oczom ukazał się dworski dziedziniec.
Stanęli jak wryci. W górze, na wieży, widać było dwóch ludzi, którzy wymachiwali rękami, szamotali się z czymś, padali i znowu z wysiłkiem stawali na nogi.
– Strażnicy Snivela – powiedziała Winga.
– Ale oni nie są sami. Dobry Boże, ktoś ich na tę wieżę wypędził!
Wciąż stali bez ruchu. Widzieli tłumy szarych istot, które wdzierały się na wieżę i przypierały tych dwóch do balustrady.
– Nie, nie, tylko znowu nie to – szeptał Heike zielonosiny na twarzy.
Tamci wrzeszczeli śmiertelnie przerażeni i usiłowali przejść przez balustradę, by uciec od tego czegoś, czego postronni obserwatorzy widzieć nie mogli, przełożyli nogi na drugą stronę, a wtedy jeden stracił równowagę, zamachał rozpaczliwie rękami, jakby szukał w powietrzu oparcia, po czym zwalił się w dół, nie przestając krzyczeć z przerażenia. Odgłos jego zderzenia z ziemią słychać było zapewne daleko, ale jego kszyk w tym momencie gwałtownie się urwał.
– Och, Heike – jęknęła Vinga i ukryła twarz na jego piersi. – Mam wrażenie, że zaraz zemdleję…
Drugi ze strażników wciąż stał przy niskiej balustradzie na wieży z rękami wyciągniętymi przed siebie, jakby w błagalnej modlitwie zwracał się ku mocom niebieskim, którymi nigdy przedtem się nie przejmował. Jego krótkie, urywane wrzaski przeszywały powietrze. Za nim znajdował się mur i szary ludek. Ramiona, czułki i co tam jeszcze – widać było wyraźnie, jak go opasują. Nagle człowiek złapał się za gardło, wydał z siebie charczący jęk, skulił się dziwnie i zniknął za balustradą.
– Atak serca – szepnęła Vinga przerażona. – Heike, co myśmy zrobili?
Heike nie odpowiedział, ale wyraz jego twarzy był aż nadto wymowny.
– Chodź – powiedział, biorąc ją za rękę. – Musimy się spieszyć.
– Czy myślisz, że nasi ludzie widzieli, co się stało?
– Nie wiem. Myślę, że nie. Drzewa zasłaniają dom. Poza tym szary ludek może być widoczny tylko dla tych, których chce przestraszyć.
– Ale my widzieliśmy!
– My tak. Ale my byliśmy wewnątrz czarodziejskiego kręgu, przecież wiesz.
Ten przeklęty krąg! Żebyż go nigdy nie byli nakreślili! Po raz tysięczny Heike gorzko żałował tego, co się stało.
W górze na wieży szary tłum znikał pospiesznie.
Drzwi na strych otworzyły się z trzaskiem, po czym zaległa tam cisza. Ludzie zebrali się znowu przy schodach, ale ani lensman, ani proboszcz nie kwapili się z wchodzeniem na górę.
Wszyscy wolno, bez słowa, jak senne mary zeszli do hallu na parterze.
– Ten dom jest naprawdę nawiedzony – westchnął proboszcz z udręką.
– Nie! – zaprotestował Heike, który właśnie stanął w drzwiach. – To niewłaściwe określenie. To jest zemsta samego dworu. Spokój zapanuje w domu, gdy tylko znajdzie się on w rękach prawowitego właściciela.
Snivel ruszył ku niemu z wściekłością.
– Co? Tych dwoje tutaj? Aresztować ich, lensmanie! Za naruszenie spokoju domowego! Za czary i gusła czynione na oczach uczciwych ludzi. On pochodzi przecież z Ludzi Lodu, którzy od niepamiętnych czasów znani byli z czarów i herezji. A przede wszystkim proszę go aresztować pod zarzutem morderstwa!
Lensman ze zdenerwowania przestępował z nogi na nogę, to robił krok do przodu, to się cofał, ale nie mógł wykrztusić ani słowa. Oskarżenie o czary w biały dzień, jakie sformułował sędzia, było ponętną perspektywą, to by wyjaśniło wszystkie niepojęte wydarzenia, i to w taki prosty sposób. Ale jak wytłumaczyć zniknięcie tamtych dwóch ludzi! A i panna Vinga była blada jak ściana!
Heike nie przejmował się ani sędzią, ani lensmanem. Zwrócił się natomiast do proboszcza:
– My właśnie szukaliśmy wielebnego pastora. Wczoraj też szliśmy na plebanię. Ale zaczaili się na nas w zagajniku ludzie sędziego. Napadli na nas i wtedy jednemu z nich przytrafiło się nieszczęście. Teraz z żalem stwierdzam, że jego dwaj kompani też stracili życie. Jeden leży na dziedzińcu ze skręconym karkiem, a drugi, też prawdopodobnie martwy, gdzieś na wieży. Może pan, panie lensmanie, by się nimi zajął wraz z tymi, którzy jeszcze pozostają na służbie u sędziego Snivela?
Spoglądał to na zarządcę, to na Larsena. Żaden z nich nie sprawiał wrażenia specjalnie chętnego. Gapili się jak zaczarowani na podrapaną twarz Heikego.
On zaś mówił dalej:
– Proszę księdza, chcielibyśmy dać na zapowiedzi. Vinga Tark i ja zamierzamy się pobrać i osiąść w Grastensholm, które jest moim dziedzictwem i żadną miarą nie należy do sędziego. Zwłaszcza że nie zapłacił za nie ani szylinga.
– Co takiego? – Snivel aż podskoczył.
– O tej sprawie dyskutowaliśmy już dość – odparł Heike zmęczony. – Niech pan sędzia będzie tak dobry i przedstawi dowody na to, że nabył Grastensholm zgodnie z prawem!
– Oczywiście, że mam na to dowody, ale nie zamierzam zniżać się do tego, żeby je pokazywać…
Nareszcie lensman znalazł rozwiązanie swego dylematu.
– Panie sędzio, tak byłoby najprościej – oświadczył z naiwną prostodusznością. – Pan pokaże tylko to świadectwo, to jest list od pani Ingrid, prawda? I raz na zawsze rozstrzygniemy tę nieprzyjemną historię.
Читать дальше