– Wprowadź go – rozkazał z grymasem zadowolenia na swojej złej twarzy.
Kiedy gość wszedł do pokoju, Snivel znowu odniósł wrażenie, że już go kiedyś spotkał, nie mógł sobie tylko przypomnieć ani gdzie, ani kiedy. To musiało być bardzo dawno temu… Bardzo dawno. Ale ten człowiek wcale nie wyglądał staro. Może to syn tamtego?
Aasen?
Kiedy? I gdzie?
Przywitał go serdecznie. Z tą fałszywą serdecznością, na którą tylko Snivela było stać.
– No i jak? – zapytał gość. – Przemyślał pan moją propozycję?
– Owszem, Przemyślałem – odparł Snivel w nadziei, że tamten nie odkryje, jak mu się spieszy po tym całym zamieszaniu w domu. Nie, w tym salonie wszystko było jak zawsze. – Owszem, przemyślałem i gotów jestem sprzedać. Na określonych warunkach, rzecz jasna.
– Co do tego na pewno się porozumiemy. jedyne, o co bym prosił, to żeby poszedł pan ze mną na wzgórza. Określimy teren, który chciałbym nabyć.
Sędzia był człowiekiem praktycznym.
– Czy to konieczne? Nie mógłby tego załatwić mój ochmistrz?
– Chyba nie – uśmiechnął się gość. To straszne, jaki był siny na twarzy! – Tylko pan posiada tę inteligencję i te kompetencje, jakie uważam za niezbędne.
Snivel westchnął. Pamiętał jednak, ile może z tego wyciągnąć dla siebie.
– Dobrze. Jak trzeba, to trze ha. Ale pod jednym warunkiem: że ewentualną transakcję zawrzemy dzisiaj. Jutro muszę wyjechać i nie będzie mnie dość długo. Prowadzę skomplikowany proces…
– Naturalnie, rozumiem. Mam przy sobie gotówkę.
– Znakomicie! Larsen! Pracuj nadal, tylko niczego nie przegap. Ja wkrótce będę z powrotem.
Z ciężkim westchnieniem spojrzał ku wysokim szczytom wzgórz. Wydawały się i wysokie, i bardzo odległe. Może powóz? Nie, nie wjedzie po stromym zboczu.
Snivel nie lubił transportować swego potężnego cielska na własnych nogach.
Ale skoro tak łatwo można zdobyć sporo pieniędzy, to chyba warto się poświęcić…
Weszli do lasu i zaczęli wspinać się w górę. Obcy sprawiał wrażenie, że zna się na skałach, warunki sprzedaży uzgodnili bez trudu. Kupiec płacił dobrze, niewiarygodnie dobrze. Teraz tylko Snivel musiał zadbać, żeby sprzedać jak najwięcej. Tu można było zarobić mnóstwo pieniędzy, więc już nic nie szkodzi, że trzeba narazić się na ciężki wysiłek.
Sędzia co chwila wycierał nos. Przez cały czas odkąd opuścili Grastensholm, dręczył go jakiś nieprzyjemny zapach. Obrzydliwy odór zgniłych korzeni czy coś takiego. Chyba coś mu się dostało do nosa albo może w jakiejś zagrodzie palili stare szmaty i inne śmieci.
Snivel przystanął, żeby odetchnąć. Posuwali się wolno, bardzo wolno, sędzia nie był przyzwyczajony do wysiłku. Las stał wokół nich mroczny, dzień był ponury, niebo szare.
– Jestem pewien, że już pana widziałem, panie Aasen – wykrztusił sędzia z wysiłkiem.
W oczach tamtego pojawił się jakiś nieprzyjemny błysk.
– Zgadza się, panie Snivel. Tylko że pan nazywał się wtedy Sorensen.
– Gdzie? I kiedy?
– Tutaj, w parafii Grastensholm. Bardzo dawno temu.
– Nie mogę sobie przypomnieć…
– Skazał mnie pan na śmierć. I odebrał mi wszystko. A ja byłem niewinny i pan o tym wiedział.
Sędzia wpatrywał się w mówiącego. Nie wydawało mu się to specjalnie zabawne.
– Aasen… Nie pamiętam takiego nazwiska.
Tamten potwierdził cicho:
– Rzeczywiście. Bo naprawdę nazywam się Lunden. Aasen wymyśliłem teraz, to od tych wzgórz [As – w języku norweskim: podłużne wzniesienie, łańcuch wzgórz (przyp. tłum.)]
Jakieś niejasne wspomnienie zaczęło ożywać w głowie sędziego. I nagle przypomniał sobie. Zesztywniał, a na plecach poczuł lodowaty dreszcz.
– Ale… Ale pan nie został…?
– Powieszony? Owszem. Wasza wysokość okazał mi tę łaskę, że osobiście był obecny przy egzekucji. Nigdy nie zapomnę pańskiego obleśnego, zadowolonego uśmiechu. To był ostatni obraz, jaki za życia widziałem.
Nagle bardzo trudno było oddychać. A więc to dlatego nie mógł sobie przypomnieć tego człowieka! Bo przecież ów elegancki, kulturalny pan powinien był nie żyć!
Jeszcze jedna kropla potu spłynęła sędziemu po plecach.
Nie, to musi być syn tamtego. Stoi tu sobie i szydzi z niego!
– Ja… Ja myślę, że ja…
– Że pan zawróci? Oj, chyba nie. Idziemy dalej! Chce pan sprzedać te wzgórza, prawda? Chociaż wcale do pana nie należą i nigdy nie należały. Jest pan najbardziej chciwym sędzią, jakiego Norwegia kiedykolwiek miała, panie Snivel. Przynosi pan wstyd swojemu zawodowi, to niepojęte, że tak długo wszystko uchodziło panu płazem!
To nie żaden zawód, to bardzo wysokie stanowisko, i chciał Snivel z dumą sprostować, ale to chyba nie był odpowiedni moment na słowne przepychanki. Odwrócił się więc na pięcie, żeby jak najszybciej znaleźć się znowu w pobliżu ludzi. Larsen…
Nonsens, on, sędzia, dał się zwieść tym samym pospolitym przesądom, co wszyscy w parafii. Ów Lunden musi być synem tamtego powieszonego. Każde inne przypuszczenie jest po prostu śmieszne.
Nagle jęknął. Na wąskiej ścieżce pomiędzy gęsto rosnącymi sosnami zaroiło się od przypominających cienie, a mimo to wyraźnie widocznych istot różnego rodzaju, najobrzydliwszych, jakie można sobie wyobrazić. A wszystkie uśmiechały się łakomie.
– Nie! – dyszał Snivel, a serce biło mu boleśnie ciężko.
Najbliżej podszedł jakiś wysoki, odpychający człowiek z pętlą makabrycznie opasującą mu szyję. Wśród drzew, po obu stronach ścieżki, majaczyły przed oczyma sędziego elfy, męskie i kobiece, piękne, ale z gniewnymi oczyma. Dostrzegał jeszcze innego mężczyznę, także z tutejszej parafii i także skazanego na śmierć, i uświadomił sobie, że to właśnie ten człowiek szeptał mu wczoraj polecenia do ucha, widział dwie małe dziewczynki z ranami od ciosów siekiery w głowach, a także młodą piękną dziewczynę, która wyglądała tak, jakby od niepamiętnych czasów leżała w wodzie, dalej tłoczyły się jakieś potworne stworzenia, na wpół ludzie, na wpół zwierzęta, prawdopodobnie demony, widział…
Nie, o, nie, cóż za zgroza! To ta sama mara, która gwałciła go w taki upokarzający sposób! Wisiała nad ścieżką na grubej gałęzi, pełzała po niej niczym bezkształtna masa, a potem usiadła, wbiwszy szpony w drzewo, i uśmiechała się nad jego głową szyderczo z uporczywym, płonącym spojrzeniem.
U stóp sędziego wprost roiło się od małych, szarych paskudztw, których nie umiałby nawet w przybliżeniu określić.
Za tymi, które stały najbliżej niego na ścieżce, dostrzegał sędzia inne obrzydliwe i odpychające stwory; nie miał ochoty przyglądać im się dokładniej, absolutnie nie!
– Droga dla sędziego Jego Królewskiej Mości! – zawołał władczo, ale to nie odniosło żadnego skutku.
Bezczelny wisielec powiedział z ironicznym uśmiechem:
– O ile wiem, pan sędzia umówił się z naszym przyjacielem Lundenem. Będzie więc najlepiej, jeśli wejdzie pan na wzgórze, tak jak zamierzał.
Snivel nie należał do ludzi szczególnie chętnie oddających cześć Panu Bogu. Teraz jednak, skoro widział, że z trudem udaje mu się utrzymać na powierzchni, chwytał się wszelkich możliwości ratunku.
– W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego nakazuję wam odejść ode mnie, diabelskie pomioty!
Sam zdawał sobie sprawę z tego, że jego głos nie brzmi zbyt imponująco. Jakoś nie udawało mu się opanować drżenia.
Wisielec powiedział:
– Błędem jest sądzić, że te imiona mają jakąkolwiek władzę nad szarym ludkiem. Proszę iść dalej na wzgórze i nie robić trudności!
Читать дальше