Tego samego wieczoru, kiedy siedzieli nad basenem, Susan przysunęła się do niego, pocałowała go w usta i lekko ugryzła w ucho.
– Wiesz – wymruczała mu w ucho – kiedy tylko cię zobaczyłam… zakochałam się w tobie od pierwszego wejrzenia.
Uśmiechnął się, pocałował ją i nic nie powiedział.
– I wiesz co? Miałam dziś taki okropny atak kichania. Chyba coś mnie podrażniło – mówiła dalej. – To było zaraz po lunchu… po naszej rozmowie. Kichałam, kichałam i nie mogłam przestać. Czułam się tak, jakbym nawdychała się pieprzu.
Jim nadal uśmiechał się lekko. Wcale nie pieprzu. Proszku pamięci. I teraz pamiętasz, że zakochałaś się we mnie; tak samo jak ja pamiętam, że pokochałem ciebie.
Węgiel drzewny na palenisku jeszcze płonął, ale już zaczynał dogasać. Jim wysunął się z objęć Susan i powiedział:
– Muszę coś załatwić. Zaczekaj momencik.
Odszedł od basenu i ruszył na parking. Otworzył bagażnik samochodu i wyjął laseczkę loa.
Przechodzący opodal Myrlin spojrzał na nią i zapytał:
– Masz kłopoty ze stawami, Jim?
Jim obdarzył go cukierkowatym uśmiechem.
– Masz kłopoty z włosami w nosie? – odpalił.
Myrlin zmieszał się i czmychnął.
Jim wrócił do grilla niosąc laseczkę loa. Przez chwilę trzymał ją w ręce i patrzył na wieńczącą ją srebrną czaszkę. Nie miał pojęcia, jaka moc kryje się w tym kawałku drewna, ale wcale nie chciał tego wiedzieć. Uderzeniem o kolano złamał laskę na pół i rzucił ją na palenisko grilla.
Płonęła tam przez chwilę, a Jim i Susan leżeli obserwując to. Nagle buchnęła żywszym płomieniem i zaczęła sypać skrami jak sztuczne ognie. Nad grillem uniósł się gęsty szary dym i uleciał w wieczorne niebo. Jim mógłby przysiąc, że przez moment ten dym przybrał postać Umbera Jonesa.
– Kocham pana, panie Rook – powiedziała Susan i znowu go pocałowała.
Jim nic nie odpowiedział, tylko patrzył na dym unoszący się nad gąszczem juki; po chwili nadleciał łagodny wietrzyk i na zawsze porwał go z ich życia.
***