Unni wiedziała, że to właściwy moment. Jeszcze chwilka i będzie za późno.
Wyjęła z kieszeni pocztówkę, na której w samochodzie rysowała, i zaczęła się skradać. Wiedziała, że musi być bardzo blisko, niebezpiecznie blisko, w przeciwnym razie to nie zadziała.
I nagle krzyknęła. Zwyczajnie, po norwesku:
– Patrzcie tu!
Kartkę wyciągała w kierunku mnichów.
Oni odwrócili się błyskawicznie, obrzydliwi, odpychający. Kiedy tak patrzyła na ich twarze tuż przed sobą, robiło jej się niedobrze.
Trzech znajdowało się wystarczająco blisko. Gapili się na rysunek, najbardziej przez nich znienawidzony symbol, otwierali usta jak do krzyku, ale za późno.
Unni była śmiertelnie przerażona. Nareszcie dotarło do niej, co zrobiła. Teraz z pewnością pozostali mnisi rzucą się na nią i pociągną za sobą do świata ciemności i grozy.
Ale mnisi zniknęli. Zatrwożeni bliskością symbolu uciekli z powrotem do swojej, przenikniętej złem sfery. Zostali tylko ci trzej na ziemi, którzy wili się jak w straszliwych męczarniach, aż w końcu zaczęli pękać i rozpływać się w powietrzu.
Jordi odwrócił się, słysząc, że Unni woła: „Patrzcie tu!” Krzyknął wstrząśnięty:
– Unni, co ty robisz? Wracaj natychmiast!
Unni, potykając się, zbiegła na dół. Musiała jednak minąć kilka wielkich kamieni i wtedy straciła Jordiego z oczu. Natrafiła na Pedra i Elia, wczołgała się na chwilę do ich kryjówki.
– Unni, co się tam dzieje? – wyszeptał Pedro. – Co to tak dudni, że się ziemia trzęsie?
– Nie wiem – odparła również szeptem. – Ale ja wyeliminowałam trzech mnichów!
Uniosła w górę swoją kartkę. Pedro ujął jej rękę i mocno ścisnął.
Unni wymknęła się spod kamienia. Ostrożnie. Chciała dotrzeć do Jordiego.
Ale Jordiego nie było na dawnym miejscu.
Wyszła na zalaną księżycowym światłem, otwartą przestrzeń.
– Jordi?
Głos jej lekko drżał. Bo teraz te dudniące kroki kierowały się prosto na nią.
I po chwili ukazała się budząca grozę istota. Unni schowała się za kamieniem, postać szła wciąż prosto na nią.
Była to nienaturalnie wielka, świecąca jakimś mdłym blaskiem męska postać. Coś najbardziej odpychającego, co się Unni zdarzyło widzieć. Istota owa już za życia musiała wyglądać obrzydliwie, ale teraz każdy wstrętny szczegół został spotęgowany złem, którym potwór emanował.
Ciężki, brutalny, przedhistoryczny, takie i podobne określenia przelatywały Unni przez głowę. Ale nie, strzępy gałganów, jakie potwór miał na sobie, należały do późnego średniowiecza. Włosy i broda były jednym wielkim kołtunem, w którym aż się roiło od wszy i wszelkiego robactwa. Dwoje nienawistnych, podstępnych ślepi połyskiwało spod potarganej grzywy. Wielki czerwony nos, szerokie usta, w których brakowało wielu zębów, dopełniało obrazu tej, było nie było, twarzy. U pasa potwór nosił mnóstwo dziwacznych przedmiotów magicznego charakteru.
I nagłe Unni uświadomiła sobie, kto to jest. Toż to tajna broń mnichów!
WAMBA.
Czarownik ścigający pięciu nieszczęsnych rycerzy, przeganiający ich w nieustającym piekielnym tańcu potępionych.
Teraz jednak czarownik na Unni nie patrzył, nie szukał jej. Przebiegłe oczka wpatrywały się w coś poza nią. Roześmiał się, ordynarnie, odpychająco.
Unni odwróciła głowę.
Tam, na szczycie wzgórza, stał Jordi – jedyny, który mógł wyjść mu naprzeciw, jak równy przeciw równemu.
Wamba był upiorem z innego świata. Nikt spośród żywych nie jest w stanie go pokonać. Jordi trzymał w rękach miecz rycerzy, również przychodzących z innego świata. Wamba jednak miał swoją sztukę magiczną!
A co przeciwstawiał jej sam Jordi?
Z najgłębszą rozpaczą Unni musiała raz jeszcze uznać, że Jordi należy bardziej do świata umarłych niż żywych.
Z goryczą myślała, że do tej pory chciała widzieć jedynie jego pozytywne strony. Teraz wiedziała więcej.
To był ten Jordi, który bezlitośnie zepchnął ze schodów napastnika, by ją ratować. To ten, który niemal starł na proch człowieka na torze kolejowym. To był ten twardy, lodowato zimny Jordi, który potrafił bezlitośnie mordować. Wybrany przez rycerzy. Najsilniejszy.
Skarga wiatru przybierała na sile, zmieniała się w wycie, jakby wychodziła z gardzieli tysięcy duchów otchłani.
Ucisz się, ucisz się, nie chcę tego słuchać, zawodziła Unni w duchu.
I nagle wiatr jakby ją usłyszał. Podporządkował się… i w lesie zaległa kompletna cisza.
Jakby wszystko wstrzymało oddech.
Jordi uniósł miecz, połyskujący niebieskawo w księżycowej poświacie.
***
* Miała wrażenie, że rozróżnia słowa: „Vend om, vend om!” * Ale po hiszpańsku znaczy to pewnie coś innego, choć nie wiadomo, czy wiatr woli język hiszpański, czy skandynawski. Ale, ale… Czyż pewne miasto we Francji nie nazywa się Vendôme? Czego miałaby tam szukać? Uff, chyba wyobraża sobie za dużo. Silniejszy podmuch wiatru zawył w okiennej szczelinie, którą Unni sobie zostawiła, żeby mieć więcej powietrza. Odnosiła wrażenie, że wszystkie upiory przeszłości zebrały się pod jej oknem i wrzeszczą, jak tamten tłum na dziedzińcu, kiedy młody chłopiec… Nie! Unni wstała z łóżka, na pakach podeszła do okna i zamknęła je. Cisza niczym wata otoczyła jej wzburzony mózg. Nieszczęsna dziewczyna przegryzła na pół drugą tabletkę nasenną. Tfu! Jakie to gorzkie! Połknęła połówkę i natychmiast zasnęła. Wiatr skarżył się nadal, ale ona pozostawała na to głucha.
Gra słów. „Vend om” znaczy po norwesku „zawróć” (przyp. tłum.).