Jordi powiedział głośno to, co wszyscy myśleli:
– To dla nas wielkie szczęście. Będziemy mogli w spokoju szukać „skarbu” Santiago.
– Znakomicie! – potwierdził Pedro. – No, to co? Idziemy? Zostało nam jeszcze tylko jedno wzniesienie.
– Tam stoi samochód – pokazywał Leon. – To chyba ich.
Wysiedli wszyscy z obu wozów, żeby się przyjrzeć.
– Poznaję tę kurtkę – oświadczyła Emma, która zaglądała na tylne siedzenie. – To Unni. Ta głupia mała gąska, co ona robi w Hiszpanii?
– Daleko nie zajechali – głośno myślał Alonzo. – My zresztą też nie.
– Ale jesteśmy już chyba u celu. Chodźcie, dogonimy ich – postanowił Leon.
Ruszyli rzędem coraz węższą dróżką. Alonzo i Emma na końcu. Ona, za plecami Leona, położyła rękę na najszlachetniejszym punkcie ciała Alonza. Na szczęście zdołał stłumić jęk zaskoczenia.
Znajdowali się w nierównym, skalistym terenie, droga była dziurawa, między sterczącymi co kawałek wielkimi kamieniami, które Unni i jej towarzysze musieli pokonywać, czaiły się podstępne rozpadliny. Zresztą trudno w ogóle mówić o drodze, coś, co niegdyś nią mogło być, pochłonęła roślinność i pokryły staczające się z góry kamienie.
– Patrz pod nogi, Unni! – zawołał Jordi, podając jej pomocną, choć lodowato zimną dłoń.
Zmrok zapadał, ale księżyc nabierał intensywności i świecił coraz silniejszym blaskiem. Elio zaczynał się denerwować, po części z przejęcia, ale też i ze strachu przed cieniami, które ukrywały tak wiele.
I jego lęk był uzasadniony, choć głośno o tym nie mówił.
Znajdowali się nad małą szemrzącą rzeczką. Musieli się przez nią przedostać, żeby iść dalej.
– No, trzeba przyznać, że zeszliśmy jakby trochę na manowce – stwierdził Pedro, skacząc jako ostatni po kamieniach.
– Nie, no skąd – odparł Elio z udanym optymizmem. – Zostało nam już niewiele, jesteśmy dokładnie nad posiadłością.
Ogarniało go rozczarowanie. Marzył przecież o przejęciu wielkiego dworu, dziedzictwa przodków. Miał nadzieję, że nikt tam teraz nie mieszka i nikt nie będzie sobie rościł pretensji.
Tak, dotychczas wszystko układało się po jego myśli, ale co dalej w tej sytuacji? Co miałby począć z taką ruiną? W dodatku położoną daleko na dzikich pustkowiach?
Przez cały czas tej pieszej wędrówki Unni wsłuchiwała się w wiatr, szumiący w koronach drzew. Po wietrznym dniu nastała równie wietrzna noc. Unni przyjmowała to niechętnie, jej wyobraźnia wyławiała nieustannie żałosne, monotonne zawodzenie w tonacji moll. Miała wrażenie, że słyszy w tym głosy, rozpaczliwe prośby o pomoc, złowieszcze ostrzeżenia, by nie szła dalej. „Vend om, vend om!”
I teraz, kiedy stali nad toczącą się między kamieniami wodą, zapragnęła, żeby to był potężny wodospad, który mógłby zagłuszyć szemrzące, skarżące się głosy.
Chociaż może i w huku mas wody też bym je słyszała, pomyślała sceptycznie.
Trzymała się możliwie jak najbliżej Jordiego.
Nagle rozległ się krzyk. Przejmujący ptasi wrzask, jakby z rozwartych dziobów setki drapieżników. Idylla pogrążonego w mroku lasu została zburzona, krzyk przenikał do szpiku kości.
Jordi chwycił Unni za ramię i przyciągnął do siebie. Oboje widzieli mnichów, stojących na tym samym brzegu rzeki co i oni, tylko na drugim jego krańcu – między wodą a skałami rozciągało się parę metrów porośniętej trawą gleby.
To mnisi wydali z siebie ten potworny, przejmujący krzyk zwycięstwa. Unni było na przemian to zimno, to gorąco, trzęsła się cała z wszechogarniającego strachu. Nigdy by nie pomyślała, że mnisi mogą się zdobyć na jakiś głos. I w dodatku taki!
Jordi przyciskał ją coraz mocniej. Tym razem nawet nie zwróciła uwagi na płynący od niego chłód. Jak sparaliżowana wpatrywała się w skały.
– Co to było? – spytał Pedro, który nie mógł widzieć mnichów.
– Czy to jakiś drapieżny ptak? – wtórował mu Elio.
– To mnisi – rzekł Jordi krótko. – Zaraz coś się stanie, nie wiemy tylko, co.
Leon i jego kompani stanęli jak wryci.
– Co to, do cholery, było? – spytał których z mężczyzn.
– Z tymi ptakami nie chciałbym się spotkać – dodał drugi.
– Nie – zaprzeczył Leon z paskudnym uśmieszkiem na wargach. – To nie żadne ptaki. Coś mi się zdaje, że nasi ubrani na czarno przyjaciele szykują się do akcji.
– Mnisi? – wymamrotał Alonzo, który nie czuł się za dobrze na tych zalanych upiornym blaskiem księżyca pustkowiach.
– Tak, mówiłem przecież, że oni coś kombinują.
– A ty wiesz, o co to chodzi? – zaciekawiła się Emma, i oczy jej rozbłysły w oczekiwaniu na sensację.
– Tak dokładnie to nie – odparł Leon niepewnie, nie wiedział bowiem nic. – Ale sami słyszeliście, mnisi są niedaleko, tuż przed nami. Moim zdaniem ruszyli do ataku na naszych wrogów.
– Oni mogą coś takiego zrobić? – zdziwiła się Emma, co bardzo zdenerwowało Leona, który nie miał ochoty na ujawnianie swojej niewiedzy.
– Osobiście nie! – syknął ze złością. – Ale już oni wiedzą, co robią, możesz mi wierzyć!
– Jezu! – wrzasnął któryś z ludzi. – Czujecie? Ziemia się trzęsie!
– Nie gadaj głupstw! – warknął na niego Leon i w tym samym momencie on też poczuł to samo. Ziemia, na której stali, drżała równomiernie i rytmicznie. I nie było to w żadnym razie przyjemne uczucie, o nie!
Jordi niezdecydowany stał na łące. Pedro i Elio znajdowali się bliżej skał, Unni jednak wolała zostać przy nim.
Uniósł rękę, by ją osłaniać, trzymać z daleka od tego, co się będzie działo.
W pewnej chwili kątem oka dostrzegł, że coś się zbliża, i odepchnął Unni w bezpieczne miejsce.
Brzegiem rzeki gnał ku nim bezgłośnie rycerz na koniu. Młody don Ramiro de Navarra, zdążyła dostrzec Unni, po raz pierwszy widzieli go bez czarnej opończy. Był w pełnej zbroi, połyskującej teraz w blasku księżyca.
Przeleciał koło nich w szalonym galopie i rzucił coś Jordiemu, po czym natychmiast zniknął.
Pedro i Elio wcisnęli się głęboko między bloki skalne. Unni zobaczyła, że Jordi chowa jakiś przedmiot pod kurtką. Stał odwrócony plecami do mnichów.
Miecz? Błysnęło coś metalicznie, zanim zdołał to ukryć. Ale nie był to zwyczajny błysk stalowego miecza. Ten otaczała migotliwa, niebieska aura, jakby pochodził nie z tego świata.
Co skłoniło Unni, by postąpiła tak, jak postąpiła, nie wiadomo. Była niczym dziecko, które waży się na niemożliwe – tylko dla samego niebezpieczeństwa, w przypływie szaleńczej odwagi.
I ze względu na Jordiego. Chciała mu pomóc. Z całą siłą woli i miłością, która dawała jej moc.
Kiedy Jordi ją odepchnął, upadła tak, że miała teraz mnichów ponad sobą. Widziała ich nieco z boku, ale odległość, jaka ją od nich dzieliła, była niewielka. Trzeba się było tylko wspiąć na kilka łatwo dostępnych skał.
Mnisi całą swoją uwagę skupiali na Jordim, jakby podejrzewali, że ma plany, których oni nie są w stanie przeniknąć ani sobie wyobrazić.
Z miejsca, w którym się znajdowała, Unni nie mogła zobaczyć Pedra i Elia. Oni zresztą byli teraz wyłącznie statystami. Nic nie rozumiejącymi, przerażonymi świadkami.
Jordi też jej nie widział. Stał do niej tyłem i wsłuchiwał się w coś innego.
Mnisi wydali z siebie ten triumfalny krzyk drapieżnych ptaków i umilkli. Oni też nasłuchiwali.
Poprzez cichy szum wody zaczął do nich docierać odgłos zbliżających się, ciężkich kroków. Nienaturalnie ciężkich. Na razie były jeszcze daleko, ale ziemia uginała się pod każdym stąpnięciem.
Читать дальше