– Nie – roześmiał się Jordi w odpowiedzi na komentarz Pedra. – Nie porównuj tego ze współczesną mapą. Oni mieli zupełnie inne drogi, przeznaczone dla koni i wozów.
– Przeważnie współczesne drogi pokrywają się ze starymi szlakami – upierał się Pedro. – Tylko że teraz ludzie są bardziej brutalni wobec natury. Drogę wytycza się prosto i już, tnie góry, lasy i pola na dwoje, jeśli trzeba.
– Czy nie lepiej byłoby trzymać się opisu ojca Elia? – spytała Unni. – I pojechać do czarodziejskiego miasta Ujué. Bardzo bym chciała je zobaczyć.
– Właśnie tam jedziemy, kochanie – zapewnił Jordi łagodnie. – Czy nasz znakomity kartograf tego nie zauważył?
– Ale na początku strasznie kręciłeś, jakbyś nie mógł znaleźć drogi.
– Bo chciałem sprawdzić, jakby to było, gdybym się trzymał wyjaśnień mego przodka. On jednak zapomniał mi powiedzieć, że droga, którą znał, już nie istnieje.
– W takim razie lepiej trzymać się mapy – westchnęła Unni. – Pozostaje tylko jeszcze pytanie, skąd przybył Santiago, jego ojciec i bracia, kiedy znaleźli się w Ujué. Jechali z północy czy z południa?
– Niestety, tego nie wiem – szepnął Elio z żalem.
– Tak, to bardzo ważne pytanie – przytaknął Pedro. – Po prostu rozstrzygające.
– Wcale nie! – zaprotestował Jordi. – Don Ramiro powiedział mi bowiem dokładnie gdzie, w stosunku do Ujué, leży posiadłość.
– No, jeśli był równie dokładny, jak przy opisie drogi, to nie mamy się czym martwić – mruknęła Unni z przekąsem.
Nie trwało jednak długo, a znaleźli się w okolicy Ujué i Jordi postanowił wjechać do miasteczka. Unni była zachwycona, podskakiwała na swoim siedzeniu, to paplała radośnie, to przenikał ją dreszcz grozy. I chyba słusznie, z rynku miasteczka bowiem rozciągał się widok na niemal przerażająco dziki krajobraz.
– Jestem przytłoczona – westchnęła Unni. – Jakie to wszystko wielkie, nieskończenie wielkie, chciałoby się powiedzieć. I jakie piękne w tej surowości. – Odwróciła się. – Spójrzcie na ten kolosalny kościół! A ruiny zamku górujące nad… miasteczkiem duchów!
– No, no – mitygował ją Pedro. – Miasteczko duchów to to nie jest. Choć muszę przyznać, że wszystko razem imponujące, łagodnie mówiąc. I magiczne! Czy wiecie, że każdego roku, w niedzielę po dniu świętego Marka, przychodzą tu tysiące pokutników? Bosi, ubrani na czarno, idą w procesji dookoła kościoła.
I to pomaga? chciała zapytać Unni, ale zrezygnowała. I Pedro, i Elio mogą być katolikami. Nie chciała powiedzieć niczego, co by uznali za bluźnierstwo.
– No, to dokąd teraz? – spytał Pedro, wpatrując się w majestatyczny krajobraz. – Gdzie leży posiadłość?
Jordi pokazał ręką.
– Tam, za tymi wzgórzami.
– Tak daleko? – Pedro był rozczarowany.
– Owszem. I droga może być kiepska. W czasach Santiago można tu było chyba przejechać jedynie furą lub powozem. Pojedziemy, dokąd to będzie możliwe, potem pójdziemy.
– Przecież musiały być drogi do takiej wielkiej posiadłości – upierał się Pedro.
Elio był wzruszony.
– Mój Boże, tam leży majątek moich przodków – westchnął. – No i twoich, Jordi, także – dodał pospiesznie.
– Tak, wygląda na to, że po tamtej stronie wzniesień może być równina – zgodził się Pedro. – Tak jak mówił twój ojciec, Elio.
– Posiadłość ma leżeć tuż za wzniesieniami – wtrącił Jordi. – Dlatego stąd nie możemy jej widzieć.
Przez chwilę podziwiali widoki, potem ruszyli z powrotem w stronę samochodu.
Pojawił się jakiś człowiek z psem. Pedro zapytał go, czy to prawda, że po tamtej stronie gór znajduje się duża posiadłość.
– Posiadłość?
– Tak. W swoim czasie należała podobno do rodu de Navarra.
Ponury uśmiech, lepiej byłoby powiedzieć grymas, wykrzywił twarz nieznajomego.
– Ach, ta posiadłość, tak. Ale to było bardzo dawno temu.
I ruszył przed siebie.
Pedro zapytał uprzejmie, czy można się tam dostać samochodem.
Mężczyzna znowu przystanął.
– No, owszem, idzie tam droga… – Pokazał gdzieś daleko, Unni uznała, że w kierunku południowym. – Ale w jakim jest stanie, to ja już nie wiem.
Mężczyzna zniknął im z oczu, pies powlókł się za nim.
Jordi zesztywniał. Powoli odwracał się znowu w stronę twierdzy.
– Spójrzcie tam – szepnął.
Pedro i Elio nie powiedzieli nic, zrobiła to natomiast Unni.
– Mnisi – wykrztusiła zdławionym głosem.
Stali wysoko na krawędzi ruin i patrzyli w dół na czworo wędrowców, z ich postaci emanował jakiś ponury triumf.
– Więc oni tu są? – szepnął Pedro, a Elio zrobił się trupio blady. Nasłuchał się o tych mnichach od samego dzieciństwa.
– Owszem, stoją sobie tam na górze, ale nic nam zrobić nie mogą. Bo są w stanie nas dosięgnąć jedynie w chwili naszej śmierci. Unni i mojej. Wy jesteście bezpieczni. Zawsze byłem ciekaw, czy Leon albo ktoś inny utrzymuje z nimi kontakt – rozgadał się Jordi.
– Jedźmy już stąd – mruknął Pedro.
– Elio – zaczęła Unni, kiedy jechali już na południe bardzo dobrą drogą. – Oj, jak tu ślicznie! Ta droga musi być na mojej mapie zaznaczona na zielono.
Sprawdziła, jak jest w rzeczywistości.
– O, jest! – zawołała zadowolona. – Zielony oznacza wyjątkowo piękne krajobrazy.
– Czy to właśnie chciałaś mi powiedzieć? – spytał Elio, odwracając się ku niej.
– Och, nie! Przepraszam! Zapomniałam! Elio, ja się często zastanawiam… W jaki sposób właściwie Santiago umarł?
– Umarł w swoje dwudzieste piąte urodziny.
Unni spojrzała na ukochany profil Jordiego, myślała o młodym Santiago, który był taki do niego podobny, i zrobiło jej się bardzo smutno.
– Ale w jaki sposób umarł? – spytał Pedro.
Elio odpowiedział:
– Ojciec raz o tym wspomniał. To było straszne. On się powiesił. W piwnicy.
– W waszym domu w Granadzie, prawda? – włączył się do rozmowy Jordi.
– Owszem. Ale ani ojciec, ani dziadek nie mogli pojąć, dlaczego to zrobił. Był tak blisko rozwiązania zagadki. Zaangażowany w tę sprawę, doprowadziłby ją do końca przed upływem swojego czasu. Nie, ja też nie wiem, dlaczego on to zrobił.
– Ale w tym czasie Emile już od was uciekł?
– O, tak, na długo przedtem. Ojciec widział go potem jeszcze tylko raz. Wtedy Emile był już w pełni dorosły.
– To było w Granadzie?
– Chyba tak. Ojciec miał rodzinę. Bliźniaczki skończyły rok, więc zaprzestał już podróży.
Elio umilkł.
– Poczekajcie chwilę – powiedział wolno.
Czekali.
– To mogło być… Emile był młodszy niż Santiago i ojciec. Pedro, czy ty dajesz do zrozumienia, że Emile mógł mieć coś wspólnego ze śmiercią Santiago?
– Myślisz, że to jest do pomyślenia?
– Trudno mi rozstrzygać, jeszcze mnie przecież nie było wtedy na świecie. Ale czas mógłby się zgadzać.
– Emile nie był u twojego dziadka szczęśliwy, prawda?
– Tak. Bądź co bądź dziadek zabił mu ojca. Podobno Emile był okropnym bachorem, miał w sobie wiele zła. Właściwie to wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy uciekł.
– Pytanie moje brzmi: Czy on uciekł z powrotem do posiadłości, która przez jakiś czas należała do jego ojca?
– Mam nadzieję, że zdołamy to dzisiaj wyjaśnić – westchnął Elio.
Jordi zwolnił tempo jazdy, rozglądał się za boczną drogą, ale na razie żadnej nie widzieli.
Читать дальше