– Mamo – zaczęła z wahaniem. – Dużo myślałam o babci. Przykro mi było na nią patrzeć. Zostaje w kraju ogarniętym wojną, a przecież jest stara… i może nigdy jej już nie zobaczę. Irmelin wyjeżdża, więc ja mogłabym dotrzymać jej towarzystwa. Tak mnie prosiła, żebym została. Mogłabym to zrobić, mamo? Właśnie rozmawiałam z pewnym szlachcicem, który wraz z małżonką jedzie w tamtą stronę. Mogłabym się z nimi zabrać.
– Z powrotem do Gabrielshus? – spytała Gabriella wzruszona i zmartwiona zarazem. – Dziecko kochane! Co ty na to, Kaleb?
Ojciec zagryzał wargi.
– Nie mogłaś powiedzieć, kiedy jeszcze tam byliśmy? No, miałaby tam dobrze i… Tak, argumenty są przekonujące. Zgodzimy się?
– Wiem, że mama bardzo by się ucieszyła – rzekła Gabriella ostrożnie.
Po licznych za i przeciw wyrazili nareszcie zgodę. Villemo stłumiła głębokie westchnienie ulgi.
Nie chciała wyjmować swoich ubrań spakowanych razem z rzeczami rodziców. Wzięła tylko to co najpotrzebniejsze i bez żenady poprosiła ojca o pieniądze.
– Tak, powrót do babci to bardzo miły gest z twojej strony. Ale czy jesteś pewna, że ci, z którymi masz jechać, to porządni ludzie? – pytała zaniepokojona Gabriella.
– Oczywiście! Zgodzili się czekać na mnie przy Północnej Bramie.
Kuter był nareszcie gotów do drogi. Villemo stała na nabrzeżu, machając na pożegnanie. Kiedy bliscy zniknęli jej z oczu, opuściła ręce.
Została w Kopenhadze sama.
Wkrótce znalazła się w twierdzy i służący wprowadził ją do pułkownika Crone. Był to starszy już człowiek o niezdrowej cerze, oczach spaniela i obwisłych, obleśnych ustach.
Sprawiał wrażenie zmęczonego. Gdy przedkładała mu swoją prośbę, przyglądał się jej uważnie.
– Moja droga panienko – powiedział z wolna. – On jest kurierem króla szwedzkiego! Nie możemy zwolnić kogoś takiego!
– Rozumiem – zgodziła się Villemo. – Ale czy nie mógłby pan zrobić wyjątku, pan, który ma tutaj pełnię władzy? Jeśli pan tego wymaga, zapłacę odpowiednią cenę i nikomu nawet nie wspomnę, że to zrobiłam. Jestem zrozpaczona, muszę mu pomóc i nie wolno mi zlekceważyć żadnej możliwości.
– Jest panienka przynajmniej szczera.
Pułkownik wstał i podszedł do okna. Odwrócony do niej plecami powiedział:
– Nie, mnie nie można kupić. Rozumiem jednak, że los tego młodzieńca leży panience na sercu. To kuzyn, powiada panienka?
– Tak, w jego żyłach płynie wiele norweskiej krwi i jest człowiekiem honoru. Zdrada jest mu obca. Jeśli pan go uwolni, nic z tego, co tu widział, nigdy nie dojdzie do uszu szwedzkich dowódców wojskowych. Tak samo jak nie ujawni wam żadnych tajemnic swego kraju.
– Mówi panienka: człowiek honoru?
– W najwyższym stopniu!
– I panienka gotowa jest zrobić wszystko, by go wyrwać z niewoli?
– Absolutnie wszystko!
Milczał przez chwilę, po czym odwrócił się i taksował ją od stóp do głów tak bezceremonialnie, że się zarumieniła.
– Kuzyn panienki zostanie uwolniony pod warunkiem, że wyświadczy mi pani pewną przysługę.
Villemo wprost nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu.
– Wszystko. Absolutnie wszystko.
– Jest pani dyskretna?
– Może pan na mnie polegać.
– Dobrze.
Znowu milczał przez chwilę.
– Czego… czego miałoby dotyczyć moje zadanie? – spytała ostrożnie.
Najwyraźniej nie wiedział, jak zacząć.
– Ja… jestem samotnym człowiekiem. I starym. Kobiece wdzięki są już nie dla mnie. A mimo to pragnę damskiego towarzystwa. Rozumie mnie pani?
– Obawiam się, że nie całkiem.
– Ja jestem… znawcą. Dawniej byłem smakoszem, jeśli chodzi o kobiecą urodę. Teraz moje szwankujące zdrowie nie pozwala mi zabiegać o względy pięknych pań. A pani, panno Elistrand, jest niezwykłej urody. Absolutnie wyjątkowej. Kuzyn pani będzie mógł wyjechać statkiem o północy, jeśli pani przyjdzie wieczorem do mojego domu, by… mnie rozerwać.
Twarz Villemo płonęła. Oczekiwała zadań szpiegowskich, czegoś w tym rodzaju, ale nie… Jak on śmie, coś tak osobistego, tak intymnego!
Z trudem dobierała słowa.
– Panie pułkowniku…Proszę pana! Przyrzekłam sobie, że dotrwam nietknięta do nocy poślubnej.
Zniecierpliwiony machnął ręką.
– Dotrzyma pani obietnicy.
– W takim razie źle zrozumiałam.
– Powiedziałem przecież, że nie jestem w stanie rozkoszować się kobiecymi wdziękami. Pragnę tylko oglądać panią. I żeby pani wyświadczyła mi pewne niewinne przysługi.
Milczała wstrząśnięta, cała jej natura chciała krzyczeć: nie!
– Dawniej otaczały mnie tłumy kobiet – powiedział zmęczonym głosem. – Moja lubieżność, moje pragnienie rozkoszy były niezmierne. A teraz jestem stary i brzydki, rozpustne życie wycisnęło piętno na moim ciele. Żadna kobieta nie chce już mieć ze mną do czynienia. Ale moja tęsknota jest wciąż wielka. Czy zechce pani, panno Elistrand, pocieszyć mnie dziś wieczorem?
Poczuła mdłości. Spoglądała na niego rozszerzonymi z przerażenia oczami.
– Zapewniam panią – rzekł pułkownik. – Nie będzie to dla pani żadnym obciążeniem.
A szacunek dla samej siebie? Co się z nim stanie? Jak później spojrzę ludziom w oczy? I na czym miałyby polegać te drobne usługi?
Zaraz jednak pomyślała o Dominiku.
Co stanie się z nim w niewoli, nietrudno było sobie wyobrazić. Od jak dawna Leonora Christina siedzi zamknięta w Błękitnej Wieży? Od trzynastu lat? A Dominik? Czy też będzie siedział tak długo? Czy jego młodość ma zgasnąć za więziennymi murami we wrogim kraju?
Mogła go uratować, oszczędzić mu tego losu.
W tej sytuacji cena nie wydawała się wysoka.
Odetchnęła głęboko, by pozbyć się ucisku w gardle.
– Przystaję na tę transakcję – powiedziała z wysiłkiem.
Dwie godziny przed północą Villemo została wpuszczona do domu pułkownika Crone. Przedtem zjadła w gospodzie kolację, wykąpała się i przystroiła jak mogła. Ułożyła włosy i skropiła się odrobiną kosztownych perfum, które dostała od matki na ostatnie urodziny.
Serce biło jej mocno jak przed ważną życiową próbą.
Drzwi otworzył dyskretny służący i poprowadził ją do pokoju pułkownika. Wyraźnie było to mieszkanie żołnierza. Z wyjątkiem łóżka: wspaniałe łoże z baldachimem, osłonięte aksamitną draperią, zajmowało znaczną część pokoju.
W pomieszczeniu nie było nikogo, jeden niewielki kandelabr rozpraszał mrok.
Spojrzała pytająco na służącego.
– Mój pan rozkazuje, żeby panienka położyła się do łóżka…
Villemo otworzyła usta, chcąc zaprotestować, lecz on powstrzymał ją ruchem dłoni.
– Tak jak mój pan powiedział, nie ma się panienka czego obawiać. Zostanie panienka tutaj sama, ja już opuszczam pokój. Wkrótce przyjdzie mój pan i będzie… panienkę oglądał…
– Oglądał mnie?
– Tak. Popełniłem zresztą błąd, mówiąc, że mój pan przyjdzie. On tu nie wejdzie. Będzie panienkę oglądał z innego pokoju. Chce, żeby się panienka rozebrała.
Villemo spodziewała się czegoś takiego, a mimo to poczuła się teraz źle. Daleko jej do Sol, jeśli chodzi o swobodę obyczajów.
– Musi to jednak panienka robić powoli. Zmysłowo, podniecająco.
– Niech mnie Bóg broni – zaczęła. Była tak wzburzona, że aż drżała. Uspokoiła się jednak natychmiast, gdy tylko pomyślała o Dominiku. – No… dobrze. Mogę to zrobić. Wasz pan wspominał o jakichś „drobnych przysługach”. Na czym by to miało polegać?
Читать дальше