Lucy odwróciła się i John mocno ją objął. Courtney wstał.
– Wysadzenie domu jakoś nam uszło na sucho, ale jak wyjaśnimy to, co się tutaj stało? – spytał.
Jednak po chwili rzeźba zaczęła się zapadać w podłogę, pociągając za sobą pana Vane’a. Najpierw zniknął kikut, potem bark. Po kilku minutach nad podłogą pozostały już tylko dwa ramiona – jedno drewniane i jedno ludzkie.
Jeszcze kilkanaście sekund i także one zniknęły bezgłośnie.
– Przecież rozbiliśmy kamień – powiedział John. – Jak mogli zostać mimo to wciągnięci w podłogę?
– Popatrz… – odparł Courtney. – Kamień jest pęknięty, ale runy są całe. To nauczka na przyszłość, jak niszczyć pozostałe kamienie.
– Teraz nie marzę o niczym innym, jak tylko o pójściu do domu – oznajmiła Lucy.
Zakończyli swoje zadanie dwa tygodnie później, wyrywając kamień runiczny w dużym domu z widokiem na Derbyshire Dales. Courtney dał go Lucy ze słowami:
– Rozbij go na jak najmniejsze kawałki.
Lucy wzięła kamień do ogrodu, podczas gdy John i Courtney rozglądali się ostatni raz po domu.
– Cieszę się, że to już koniec – mruknął John, nieświadomie powtarzając ostatnie słowa pana Vane’a.
Courtney klepnął przyjaciela w plecy.
– Chodźmy stąd. Przyda nam się lunch.
Było ciepłe popołudnie i wiał przyjemny wietrzyk. Zamknęli za sobą furtkę i poszli do samochodu Courtneya. Lucy już na nich czekała.
– I co teraz? – spytał Courtney. – Uratowaliśmy świat i jesteśmy trzema bezrobotnymi agentami handlu nieruchomościami.
– Może powinniśmy założyć własną agencję? – zaproponowała Lucy. – Moglibyśmy połączyć nasze zasoby i wynająć własne biuro.
– Już to nawet widzę… – rozmarzył się Courtney. – „Tulloch, Mears i French”. Najlepsi agenci w historii. Broszury na kredowym papierze, cotygodniowe reklamy w „Country Life”…
– Nie – przerwał mu John. – Mam lepszy pomysł. „PLECIUGI – agenci handlu nieruchomościami, zdradzający przed sprzedażą wszystkie minusy nieruchomości. Głośni sąsiedzi… osuwanie się gruntu… murszejące drewno… nie ukrywamy niczego”.
– A co ze szkieletami w ścianach? – zapytała Lucy.
Nagle wielka chmura zasłoniła słońce i zrobiło się chłodno. Wsiedli do samochodu i zanim zaczęło się rozjaśniać, zdążyli przejechać parę kilometrów.
Następnego popołudnia Lucy poszła do wuja Robina. Siedział w ogródku, sypiąc orzechy i rodzynki na tacę dla ptaków. Na wietrze kręcił się mały, biało-czerwony wiatraczek.
– Zdobyłaś go dla mnie?
Podała mu miękko wymoszczoną torbę pocztową. Wziął ją do ręki, by wyczuć wagę.
– Wspaniała robota, Lucy. Jesteś dobrą dziewczynką. Zawsze taka byłaś. Wiesz co? Druidzi byli okrutni i bezlitośni, ale byli także największymi magami, jakich stworzył i stworzy ten kraj.
Kiedy weszli do kuchni, sięgnął do torby i wyjął kamień z runicznymi napisami. Zaczął go oglądać ze wszystkich stron i dopiero po dłuższym czasie odłożył.
– Nie spowoduje to żadnych problemów, prawda? – spytała Lucy. – Potrzebujesz go tylko do celów badawczych? Nie będzie już ofiar z ludzi ani nic w tym rodzaju?
– Oczywiście, że nie. – Oczy wuja jarzyły się radością. – Teraz będę mógł badać dusze druidów bezpośrednio… z pierwszej ręki. To tak, jakby znaleźć sposób komunikowania się ze starożytnymi Grekami albo ludźmi z Atlantydy. Bezpowrotne stracenie takiej cywilizacji byłoby katastrofą.
– Muszę już iść – powiedziała Lucy. – Umówiłam się z Johnem. Zabiera mnie do klubu.
– Miły chłopak. Nie zamierzasz mu chyba powiedzieć o…
Lucy pokręciła głową.
– To dobrze. Niech to zostanie naszą małą tajemnicą.
***