– A więc – powiedział Serravalle, który zlany potem wyglądał, jakby umył sobie twarz i zapomniał się wytrzeć – pański bohater wpadł w ten minimalny margines błędu, w ten jeden procent, który przyznał maestrowi.
– Kiedy ktoś nie ma szczęścia w grze… – skomentował komisarz.
– Czy napije się pan czegoś?
– Nie, dziękuję.
Serravalle otworzył minibar, wziął trzy buteleczki whisky, wlał je do szklanki i wypił dwoma łykami.
– To ciekawa historia, komisarzu. Poprosił mnie pan, żebym na zakończenie podzielił się wrażeniami. I, jeśli pan pozwoli, zrobię to. A więc przejdźmy do rzeczy. Pański bohater nie byłby taki głupi, żeby podróżować samolotem pod prawdziwym nazwiskiem, prawda?
Montalbano wysunął z kieszeni kartę pokładową, wystarczająco, żeby antykwariusz ją zobaczył.
– Nie, komisarzu, na nic się to nie przyda. Nawet jeśli karta pokładowa istnieje, to i tak nic nie znaczy. Jeśli jest na niej nazwisko pańskiego bohatera – każdy może się nim posłużyć, nie żądają tam dokumentu tożsamości. A co do spotkania w barze… Mówi pan, że doszło do niego wieczorem i że trwało kilka sekund. Cóż, sąd nie mógłby wziąć takiego zeznania pod uwagę.
– Pańskie rozumowanie trzyma się kupy – powiedział komisarz.
– To pójdę dalej. Proponuję modyfikację pańskiej opowieści. Bohater mówi o odkryciu kochanki niejakiemu Eolowi Portinari, drobnemu bandycie. A Portinari przyjeżdża z własnej inicjatywy do Vigaty i robi wszystko to, co pan przypisuje swojemu bohaterowi. Wynajmuje samochód, pokazując prawo jazdy. Próbuje sprzedać skrzypce, które tak olśniły maestra. Gwałci kobietę, aby udać, że to przestępstwo z namiętności.
– Bez ejakulacji?
– Ależ oczywiście! Ze spermy można by łatwo odczytać DNA.
Montalbano podniósł dwa palce jak uczeń, który chce wyjść do ubikacji.
– Chciałbym skomentować pańskie rozważania. Ma pan całkowitą rację: przeprowadzenie dowodu winy bohatera będzie długie i trudne, ale nie niemożliwe. A więc od dzisiaj bohater będzie ścigany przez dwa dzikie psy: wierzycieli i policję. Jest jeszcze inna sprawa: maestro wcale się nie pomylił, oceniając skrzypce, one naprawdę są warte dwa miliardy.
– Ale przecież…
Serravalle zrozumiał, że właśnie się zdradza, i zamilkł.
– Mój bohater jest bardzo sprytny. Proszę zważyć, że wciąż wydzwania do hotelu, nawet po zamordowaniu Micheli. Ale nie wie o jednym szczególe.
– O jakim?
– Nie, ta historia jest tak niewiarygodna, że chyba jej panu nie opowiem.
– Proszę spróbować.
– Nie czuję się na siłach… No dobrze, zrobię to dla pana. Mój bohater dowiedział się od kochanki, że maestro nazywa się Cataldo Barbera, i zebrał o nim wiele informacji. Proszę teraz zadzwonić do recepcji i kazać się połączyć ze skrzypkiem, którego nazwisko jest w książce telefonicznej. Niech pan porozmawia z nim w moim imieniu i poprosi, żeby opowiedział panu tę historię.
Serravalle wstał, podniósł słuchawkę, powiedział telefoniście, z kim chce się połączyć. Czekał ze słuchawką w dłoni.
– Halo? Czy rozmawiam z maestro Barbera?
Kiedy tylko maestro odpowiedział, Serravalle odłożył słuchawkę.
– Wolę to usłyszeć od pana.
– No dobrze. Pani Michela wieczorem zawozi maestra do willi. Kiedy Cataldo Barbera widzi skrzypce, prawie doznaje omdlenia. Gra na nich i nie ma już najmniejszych wątpliwości: to skrzypce Guarnieriego. Rozmawia o nich z Michelą, mówi jej, że chciałby je pokazać słynnemu znawcy. Równocześnie radzi jej, żeby nie trzymała instrumentu w domu, w którym tak rzadko bywa. Kobieta powierza instrument skrzypkowi, który zabiera go do domu, a w zamian daje jej swoje skrzypce, które ona wkłada do futerału zamiast tamtych. Są to te same skrzypce, które później ukradnie mój bohater. Aha, byłbym zapomniał, po zabiciu kobiety bohater kradnie również worek z biżuterią i zegarek „Piaget”. Jak to się mówi: od przybytku głowa nie boli. Zabiera również ubrania i buty, ale tylko po to, żeby zmylić ślady i uniemożliwić badania DNA.
Wszystkiego się spodziewał, tylko nie takiej reakcji. Z początku myślał, że antykwariusz, który właśnie stał plecami do niego i patrzył w okno, płacze. Potem jednak odwrócił się i Montalbano zobaczył, że z trudem powstrzymuje śmiech. Wystarczyło jednak, że przez chwilę jego oczy spotkały wzrok komisarza, by śmiech wybuchł z całą gwałtownością. Serravalle śmiał się i płakał. Wreszcie, wielkim wysiłkiem, udało mu się nad sobą zapanować.
– Może lepiej, żebym z panem poszedł – powiedział.
– Serdecznie to panu doradzani – odparł Montalbano. – Ci, którzy czekają na pana w Bolonii, mają całkiem inne zamiary.
– Coś jeszcze włożę do aktówki i możemy iść.
Montalbano zobaczył, że pochyla się nad aktówką, która leżała na skrzyni. Coś w jego geście zaniepokoiło komisarza i poderwało na równe nogi.
– Nie! – krzyknął Montalbano. I doskoczył do antykwariusza.
Za późno. Guido Serravalle zdążył włożyć sobie lufę pistoletu do ust i nacisnął spust. Z trudem powstrzymując torsje, komisarz otarł rękami twarz, z której ściekała kleista, ciepła materia.
Guido Serravalle odstrzelił sobie pół głowy. W małym pokoju hotelowym strzał był tak silny, że Montalbano wciąż słyszał świst w uszach. Czy to możliwe, że nikt jeszcze nie przyszedł, nie zapukał do drzwi i nie spytał, co się stało? „Albergo della Valle” został zbudowany pod koniec XIX wieku, miał grube, solidne ściany, ponadto o tej porze wszyscy goście pewnie spacerowali i robili zdjęcia świątyni.
Komisarz poszedł do łazienki, wytarł, jak mógł najdokładniej, dłonie lepkie od krwi, podniósł słuchawkę.
– Mówi komisarz Montalbano. Na waszym parkingu jest samochód policyjny, wezwijcie kierowcę. I przyślijcie tu natychmiast dyrektora.
Pierwszy zjawił się Gallo. Kiedy zobaczył przełożonego z krwią na twarzy i na ubraniu, przestraszył się.
– Komisarzu, jest pan ranny?
– Spokojnie, to nie moja krew, tylko tamtego.
– A kto to?
– Morderca Micheli Licalzi. Tylko na razie nikomu nic nie mów. Leć do Vigaty i powiedz Augellowi, żeby zadepeszował do Bolonii: muszą mieć na oku takiego drobnego bandytę, na pewno mają go w kartotekach, nazywa się Eolo Portinari. To jego wspólnik – zakończył, wskazując samobójcę. – Aha, i potem szybko tu wracaj.
W drzwiach Gallo odsunął się na bok, żeby przepuścić dyrektora, chłopisko o dwóch metrach wysokości i proporcjonalnej szerokości. Na widok ciała z rozłupaną głową i upapranego pokoju wybąkał pytające „e?”, jak gdyby nie dosłyszał jakiegoś pytania, po czym upadł w zwolnionym tempie na kolana, aż wreszcie, bez przytomności, runął twarzą na podłogę. Reakcja dyrektora była tak natychmiastowa, że Gallo nie zdążył wyjść. We dwóch zaciągnęli go do łazienki, oparli o ścianę wanny, Gallo wziął prysznic, odkręcił wodę i polał mu głowę. Dyrektor prawie od razu się ocknął.
– Co za szczęście! Co za szczęście! – mamrotał, wycierając twarz.
Montalbano patrzył na niego pytająco, więc dyrektor wyjaśnił, potwierdzając jego przypuszczenia.
– Grupa japońska zdążyła już wyjść z hotelu.
Zanim przybyli sędzia Tommaseo, doktor Pasquano, nowy szef oddziałów specjalnych i sądówka, Montalbano musiał się przebrać, ulegając prośbom dyrektora, który zechciał mu pożyczyć swoje ubrania. W ubrania chłopiska wszedłby dwa razy – z dłońmi zagubionymi w rękawach, w spodniach, które zginały mu się na butach w harmonijkę, wyglądał jak karzeł Bagonghi. I to go wprawiało w znacznie gorszy humor niż opowiadanie wszystkim wciąż na nowo szczegółów zdemaskowania mordercy i jego samobójstwa. Po niezliczonych pytaniach i odpowiedziach, uwagach i spostrzeżeniach, rozmaitych „jeśli”, „być może”, „lecz” oraz „jednak”, mógł wrócić do komisariatu w Vigacie dopiero około wpół do dziewiątej wieczorem.
Читать дальше