– Jaką mają cenę na rynku? – spytał komisarz, który w odróżnieniu od rozmówcy zazwyczaj fruwał przy ziemi.
– Cenę?! Na rynku?! – powtórzył ze zgrozą maestro. – Taki instrument nie ma ceny!
– No dobrze, ale gdybyśmy jednak chcieli przeliczyć…
– Czy ja wiem?… Dwa, trzy miliardy.
Czy dobrze usłyszał? Tak, dobrze.
– Uzmysłowiłem pani Licalzi, że nie może ryzykować, pozostawiając instrument takiej wartości w niezamieszkanej praktycznie willi. Zaczęliśmy się zastanawiać nad rozwiązaniem, również dlatego, że chciałem uzyskać fachowe potwierdzenie moich podejrzeń, że był to Andrea Guarnieri. Zaproponowała, żebym je wziął do domu. Wolałem nie brać na siebie takiej odpowiedzialności, ale umiała mnie przekonać, nie chciała nawet poświadczenia. Odwiozła mnie z powrotem, a ja dałem jej w zamian moje skrzypce, które miała włożyć do futerału od guarnieriego. Gdyby je ukradli, niewielka strata: są warte kilkaset tysięcy lirów. Nazajutrz rano zadzwoniłem do Mediolanu, do mojego przyjaciela, który w dziedzinie skrzypiec jest absolutnie najwybitniejszym ekspertem. Jego sekretarka powiedziała mi, że jeździ po świecie i nie wróci przed końcem miesiąca.
– Przepraszam – przerwał mu komisarz. – Niedługo wrócę.
Wybiegł, pędem dotarł do komisariatu.
– Fazio!
– Na rozkaz!
Nabazgrał coś na kartce, podpisał, dla uwiarygodnienia przystawił pieczęć komisariatu.
– Chodź ze mną.
Wsiadł do swojego samochodu, zatrzymał niedaleko kościoła.
– Wręcz tę kartkę doktorowi Licalzi. Musi ci dać klucze do willi. Ja nie mogę tam iść; jeśli wejdę do kościoła i ludzie zobaczą, że rozmawiam z doktorem, domysłom nie będzie końca.
Po pięciu minutach jechali do dzielnicy Tre Fontane. Wysiedli, Montalbano otworzył drzwi. W środku unosił się mocny, dławiący zapach, wywołany nie tylko tym, że okna były zamknięte. Spraye sądówki również robiły swoje.
W towarzystwie Fazia, który nie zadawał żadnych pytań, otworzył kredens, wziął futerał ze skrzypcami, wyszedł, zamknął drzwi.
– Zaczekaj, chcę coś zobaczyć.
Skręcił za róg domu i poszedł na zaplecze, gdzie nigdy wcześniej nie zaglądał. Ujrzał tam jakby szkic do tego, co w przyszłości miało się stać rozległym ogrodem. Po prawej stronie, tuż przy domu, rosło duże drzewo morwowe, usiane małymi jaskrawoczerwonymi owocami o kwaśnawym smaku, które Montalbano jadł w dzieciństwie pełnymi garściami.
– Wejdź na najwyższą gałąź.
– Kto? Ja?
– Nie, twój brat bliźniak.
Fazio niechętnie się ruszył. Miał już swoje lata, bał się, że spadnie i skręci sobie kark.
– I czekaj tam na mnie.
– Pewnie, przecież jako chłopiec uwielbiałem Tarzana.
Montalbano wszedł na piętro i włączył światło w sypialni. Tutaj zapach aż dusił w gardle. Podniósł rolety, nie otwierając okien.
– Widzisz mnie?!- spytał głośno Fazia.
– Tak, świetnie.
Wyszedł z willi, zamknął drzwi, ruszył do samochodu.
Fazia nie było, został na drzewie, czekał, aż komisarz powie mu, co ma robić.
Kiedy wysadził Fazia przed kościołem i polecił mu zwrócić klucze doktorowi Licalzi („powiedz mu, że może będą nam jeszcze potrzebne”), ruszył w stronę domu maestra Catalda Barbery. Wbiegał po schodach, przeskakując po dwa stopnie naraz. Maestro otworzył. Był już bez fraka, miał na sobie spodnie i golf; biały szalik ze szpilką był ten sam co przedtem.
– Proszę wejść – powiedział Barbera.
– Nie ma potrzeby, maestro. Tylko kilka chwil. Czy to jest ten sam futerał, w którym były skrzypce Guarnieriego?
Maestro wziął go do ręki, przyjrzał mu się uważnie i oddał.
– Wydaje mi się, że tak.
Montalbano otworzył futerał i nie wyjmując z niego skrzypiec, zapytał:
– Czy to właśnie ten instrument pan dał pani Licalzi?
Maestro cofnął się o dwa kroki, z wyciągniętą ręką, jak gdyby chciał odsunąć od siebie jakiś koszmar.
– Ależ czegoś takiego nie dotknąłbym nawet jednym palcem! Coś podobnego! To produkcja seryjna! Obraza dla prawdziwych skrzypiec!
A więc miał potwierdzenie tego, co odkrył przed nim głos skrzypiec. Ba, wręcz wyciągnął na powierzchnię! Ponieważ nieświadomie zarejestrował to od razu: różnicę pomiędzy zawartością a futerałem. Była oczywista nawet dla niego, który na skrzypcach się nie znał. A tak dla ścisłości, to nie znał się na żadnym instrumencie.
– Nawiasem mówiąc – podjął Cataldo Barbera – te, które dałem pani Licalzi, były skromniutkiej wartości, ale bardzo przypominały guarnieriego.
– Dziękuję, do widzenia.
Zaczął schodzić.
– A co ja zrobię z guarnierim? – spytał zdziwiony maestro. Nic z tego nie rozumiał.
– Proszę na razie trzymać te skrzypce u siebie. I grać na nich tak często, jak pan tylko może.
Wkładano trumnę do karawanu, przed bramą kościoła leżało mnóstwo wieńców. Emanuele Licalzi stał w otoczeniu ludzi, którzy składali mu kondolencje. Wydawał się niezwykle poruszony.
Montalbano podszedł do niego i odciągnął go na bok.
– Nie spodziewałem się tylu osób – powiedział doktor.
– Pańska żona była bardzo lubiana. Czy otrzymał pan klucze? Chyba znów muszę o nie poprosić.
– Będą mi potrzebne od szesnastej do siedemnastej. Muszę pokazać dom agencji nieruchomości.
– Będę to miał na uwadze. Proszę posłuchać. Kiedy pan wróci do willi, zauważy pan pewnie, że w kredensie nie ma skrzypiec. Wziąłem je, zwrócę panu wieczorem.
Doktor był zaskoczony.
– Czy ma to coś wspólnego ze sprawą? To rzecz bez żadnej wartości.
– Musimy zdjąć z nich odciski – skłamał Montalbano.
– Skoro tak, to proszę pamiętać, że trzymałem je w rękach, bo chciałem je panu pokazać.
– Pamiętam doskonale. Aha, doktorze, zwykła i prosta ciekawość: o której godzinie wyleciał pan wczoraj z Bolonii?
– Jest taki samolot, który wylatuje o osiemnastej trzydzieści, potem trzeba się przesiąść w Rzymie i o dwudziestej drugiej jest się w Palermo.
– Dziękuję.
– Komisarzu, przepraszam, proszę pamiętać o twingo.
Do diabła z tym samochodem!
Wśród rozchodzących się ludzi zobaczył Annę Tropeano, która rozmawiała z wysokim, bardzo dystyngowanym czterdziestolatkiem. Musiał to być Guido Serravalle. Zauważył też Giallombarda, zawołał go.
– Dokąd idziesz?
– Do domu na obiad, komisarzu.
– Przykro mi, ale nie pójdziesz.
– Jezu, właśnie dzisiaj, kiedy żona sama zagniotła makaron!
– Zjesz sobie wieczorem. Czy widzisz tych dwoje? Tę ciemnowłosą panią i tego mężczyznę, którzy tam rozmawiają?
– Tak.
– Nie możesz go tracić z oczu. Zaraz będę w komisariacie, informuj mnie co godzinę. Co robi, dokąd idzie.
– Dobrze – powiedział Giallombardo z rezygnacją.
Montalbano zostawił go i podszedł do Anny. Nie widziała, jak się zbliża. Rozpromieniła się, kiedy przy nich stanął. Obecność Serravallego ewidentnie sprawiała jej przykrość.
– Jak się masz, Salvo?
Przedstawiła ich sobie nawzajem.
– Komisarz Salvo Montalbano, pan Guido Serravalle.
Montalbano podjął aktorskie zadanie.
– Przecież znamy się przez telefon!
– Tak, oddałem się do pańskiej dyspozycji.
– Pamiętam doskonale. Przyjechał pan na pogrzeb?
– Nie mogło mnie tutaj nie być.
– Rozumiem. Czy wyjeżdża pan dzisiaj?
– Tak, opuszczam hotel około szóstej. Mam samolot z Punta Raisi o dwudziestej.
– Dobrze, dobrze – powiedział Montalbano. Wydawał się szczęśliwy, że wszystkim wszystko idzie jak najlepiej i że mogą liczyć nawet na sprawność linii lotniczych.
Читать дальше