– Wiesz – powiedziała Anna, przybierając pozę światową i luźną – pan Serravalle zapraszał mnie właśnie na obiad. Pójdziesz z nami?
– Byłbym szczęśliwy – podjął Serravalle, dzielnie przyjmując cios.
Twarz komisarza natychmiast zasnuła nieskrywana, głęboka przykrość.
– Ach, gdybym tak wcześniej wiedział! Niestety, jestem już zajęty.
Wyciągnął rękę do Serravallego.
– Bardzo miło było mi pana poznać. Choć okoliczności właściwie nie pozwalają tak mówić.
Przestraszył się, że przesadził, robiąc z siebie idealnego kretyna. Za bardzo poddał się roli. I rzeczywiście, Anna patrzyła na niego oczami, w których rysowały się dwa znaki zapytania.
– Usłyszymy się, Anno, prawda?
W drzwiach komisariatu wpadł na Mimi, który właśnie wychodził.
– Dokąd idziesz?
– Jeść.
– Co wy, kurwa, wszyscy myślicie tylko o jednym?!
– Przecież jest pora obiadowa, więc niby o czym mielibyśmy myśleć?
– Kogo mamy w Bolonii?
– Jako burmistrza? – spytał zaskoczony Augello.
– Pierdolę burmistrza Bolonii! Czy mamy w tamtejszej kwesturze przyjaciela, który mógłby nam udzielić informacji w ciągu godziny?
– Zaczekaj… Guggino, pamiętasz go?
– Filiberto?
– Tak, on. Przenieśli go tam w zeszłym miesiącu. Jest szefem wydziału do spraw cudzoziemców.
– Idź i zjedz sobie swoje spaghetti z małżami i posyp je parmezanem – powiedział za całe podziękowanie Montalbano, patrząc na niego z pogardą. Bo niby jak miał patrzeć na kogoś, kto posypuje małże parmezanem?
Była dwunasta trzydzieści pięć. Miał nadzieję, że Filiberto jest jeszcze w pracy.
– Halo? Mówi komisarz Salvo Montalbano. Dzwonię z Vigaty, chciałbym rozmawiać z komisarzem Filibertem Guggino.
– Proszę chwilę zaczekać.
Po serii klikań i buczeń usłyszał wesoły głos.
– Salvo! A to niespodzianka! Jak się masz?
– Dobrze, Filiberto. Dzwonię, bo mam bardzo pilny interes. Musisz zdobyć dla mnie trochę informacji najwyżej w godzinę, półtorej. Szukam ekonomicznych motywów zabójstwa.
– Nie dajesz mi zbyt wiele czasu.
– Musisz się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, który być może należy do kręgu ofiar lichwiarzy… no, nie wiem, handlowiec, taki, który dużo gra…
– To wszystko bardzo utrudnia poszukiwania. Mogę ci powiedzieć, kto jest lichwiarzem, a nie kogo zrujnowali.
– Spróbuj. Podam ci imię i nazwisko.
– Komisarz? Mówi Giallombardo. Jedzą obiad w dzielnicy Capo, w tej restauracji nad morzem, wie pan której?
Niestety, wiedział. Trafił tam raz przez przypadek i już nie mógł o niej zapomnieć.
– Mają dwa samochody? Każde jest własnym?
– Nie, samochód prowadzi on i dlatego…
– Nie trać go z oczu ani na chwilę. Na pewno odwiezie tę panią do domu, a potem wróci do „Albergo della Valle”. Informuj mnie bez przerwy.
„Tak” i „nie” – odpowiedzieli mu w końcu w firmie, która wynajmowała samochody na Punta Raisi, choć przedtem przez pół godziny robili problemy i nie chcieli udzielić żadnej informacji, aż musiał poprosić o interwencję szefa komisariatu na lotnisku. Tak – wczoraj wieczorem, w czwartek, ten mężczyzna wynajął samochód, którym zresztą wciąż jeździ. Nie – w ubiegłym tygodniu, w środę wieczorem, ten sam mężczyzna nie wynajmował żadnego samochodu, tak wynikało z danych w komputerze.
Odpowiedź od Guggina otrzymał na kilka minut przed trzecią. Długą i skomplikowaną. Wszystko pilnie zapisał. Po pięciu minutach odezwał się Giallombardo, poinformował, że Serravalle wrócił do hotelu.
– Nie ruszaj się stamtąd – rozkazał komisarz. – Jeśli wyjdzie, zanim ja się tam zjawię, zatrzymaj go pod byle pretekstem. Zrób przed nim striptiz, wykonaj taniec brzucha, ale nie pozwól mu odjechać.
Szybko przejrzał papiery Micheli. Pamiętał, że widział wśród nich kartę pokładową. Znalazł – ostatni lot pani Licalzi z Bolonii do Palermo. Włożył do kieszeni, zawołał Galla.
– Zawieź mnie do „Albergo della Valle”.
Hotel znajdował się w połowie drogi między Vigatą a Montelusą. Został wzniesiony obok jednej z najpiękniejszych świątyń na świecie, na wprost rozmaitych urzędów, sprawujących funkcję gospodarza malowniczej okolicy.
– Czekaj na mnie – powiedział komisarz do Galla.
Podszedł do swojego samochodu. W środku drzemał Giallombardo.
– To był sen tylko na jedno oko, drugie wciąż miałem szeroko otwarte! – zapewnił komisarza.
Montalbano wyjął z bagażnika futerał z bezwartościowymi skrzypcami.
– Wracaj do komisariatu – rozkazał Giallombardowi.
Wszedł do hotelu. Idąc przez hall, wyglądał jak najbardziej stereotypowe wyobrażenie pierwszego skrzypka.
– Czy jest pan Serravalle?
– Tak, jest u siebie w pokoju. Kogo mam zapowiedzieć?
– Masz siedzieć cicho, masz milczeć. Nazywam się Montalbano, jestem komisarzem. I jeśli ośmielisz się podnieść słuchawkę, poślę cię do pierdla, a potem zobaczymy, co dalej.
– Czwarte piętro, pokój czterysta szesnaście – powiedział portier drżącymi wargami.
– Czy ktoś do niego dzwonił?
– Kiedy wrócił, przekazałem mu informacje o telefonach, trzech albo czterech.
– Chcę rozmawiać z telefonistką.
Telefonistka, którą komisarz, nie wiadomo dlaczego, wyobraził sobie jako młodą i ładną dziewczynę, okazała się łysym sześćdziesięciolatkiem w okularach.
– Portier już mi powiedział, o co chodzi. Od południa zaczął dzwonić niejaki Eolo z Bolonii. Nie podał nazwiska. Dokładnie dziesięć minut temu zadzwonił ponownie, połączyłem go z pokojem czterysta szesnaście.
W windzie Montalbano wyciągnął z kieszeni kartkę z nazwiskami wszystkich, którzy w ubiegłym tygodniu, w środę wieczorem, wynajęli samochód na lotnisku Punta Raisi. Zgoda, nie było wśród nich Guida Serravalle, ale Eolo Portinari owszem. A od Guggina wiedział, że jest on bliskim przyjacielem antykwariusza.
Zastukał delikatnie i przypomniał sobie, że pistolet został w schowku w tablicy rozdzielczej.
– Proszę wejść, drzwi są otwarte.
Antykwariusz leżał wyciągnięty na łóżku, z dłońmi splecionymi na karku. Zdjął tylko buty i marynarkę, na szyi wciąż miał krawat. Zobaczył komisarza i skoczył na równe nogi jak te zabawki na sprężynach, co to wyskakują z pudełka, kiedy tylko podniesie się przykrywkę.
– Proszę sobie nie przeszkadzać – powiedział Montalbano.
– Ależ jakżebym mógł, panie komisarzu! – powiedział Serravalle, szybko wkładając buty. Włożył również marynarkę.
Montalbano usiadł na krześle, futerał trzymał na kolanach.
– Słucham, czemu zawdzięczam pańską wizytę?
Skrupulatnie omijał wzrokiem futerał.
– Mówił mi pan przez telefon, że będzie do mojej dyspozycji, kiedy tylko o to poproszę.
– Oczywiście, i wciąż to potwierdzam – powiedział Serravalle i też usiadł.
– Nie przeszkadzałbym panu, ale skoro już pan przyjechał na pogrzeb, to chciałbym wykorzystać pańską obecność.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Jak mogę panu pomóc?
– Proszę mnie tylko słuchać.
– Przepraszam, nie rozumiem.
– Proszę słuchać. Chcę panu opowiedzieć pewną historię. Jeśli pan uzna, że w którymś miejscu przesadzam lub wręcz się mylę, proszę przerwać i mnie poprawić.
– Nie rozumiem, jak byłbym w stanie to zrobić, panie komisarzu. Nie znam historii, którą chce mi pan opowiedzieć.
– Ma pan rację. A więc na koniec podzieli się pan ze mną swoimi wrażeniami. Bohaterem mojej opowieści jest nieźle sytuowany mężczyzna, człowiek o wyrobionym smaku, właściciel znanego sklepu z zabytkowymi meblami, w którym zaopatruje się znakomita klientela. Antykwariat nasz bohater odziedziczył po ojcu.
Читать дальше