– Jeannette! – Madame traci cierpliwość. – Woda!
Jeannette tłumaczy, że Marie dokłada do pieca, i obiecuje, że zaraz przyniesie gorącą wodę. Przyprowadziła Sza – firka, małego mopsa madame, w nadziei, że tymczasem rozbawi panią, ale madame jest poirytowana.
– Gdzie suknia? – pyta. – Wyczyszczona i wyprasowana?
Gotowa na wieczorny bal?
Jeannette zapewnia, że suknia jest przyszykowana.
– No to ją przynieś, niemądra dziewczyno! – krzyczy madame.
Po pięciu minutach przynoszą suknię. Dwie pokojówki muszą przecisnąć ją przez drzwi; jest ciężka nawet bez wiklinowych obręczy, które pójdą pod spód. Spódnicę wykonano z karmazynowego żakardu, ozdobionego w całości złotą nicią. Madame założy ją na wielką tiurniurę oraz ciemnozłotą halkę. Rozkołysany stelaż na wysokości bioder nada jej podczas tańca grację wschodniej kurtyzany, a wielbiciele – zwłaszcza monseigneur de Rochefort – oniemieją z zachwytu.
Lecz strój jest ciężki, dodatkowo obciążony czterema livres złotych nici, a buciki madame to chopines na modłę wenecką, zaprojektowane raczej, by cieszyć oko, niż zapewniać wygodę, zaopatrzone w platformy, które pomimo niskiego wzrostu madame nadadzą jej iście królewską posturę. Aby je zasłonić, specjalnie przedłużono spódnicę; pomysłowy stołek ukryty wewnątrz lewej obręczy pozwoli madame dyskretnie przycupnąć, jeśli pantofle zaczną uwierać.
Wiem też (gdyż na moim skromnym stanowisku nic nie jest tajemnicą), że stołek odgrywa podwójną rolę: zawieszony na zawiasach, umożliwiających wepchnięcie go do obręczy bądź wypchnięcie na zewnątrz, pełni również funkcję nocnika. Dzięki temu madame nie musi kucać w krzakach (ani, co gorsza, siusiać w zrolowane pończochy) i może bez przeszkód przetańczyć całą noc z którymś ze swoich kochanków.
– Jeannette, kąpiel!
Biedna Jeannette krząta się żywo; balia pomieści minimum pięćdziesiąt wiader, a madame lubi, kiedy jest pełno wody. Pozostałe pokojówki też nie próżnują: jedna ma przynieść kolekcję wachlarzy, aby madame dokonała wyboru, trzy pozostałe zajmują się peruką.
Jak przystało na prawdziwie elegancką damę, madame ma głowę ogoloną do skóry. Włoży perukę imponujących rozmiarów, o wyrafinowanej konstrukcji. Żadną tam niemodną Chien Couche ani staroświecką Venus; sploty udekorowane piórami i wypchane końskim włosiem mierzą całe trzy stopy wysokości. Szary puder uwieńczy dzieło; pomimo silnej woni piżma i olejku różanego całość nadal zalatuje myszami. Wątpię, by madame zwróciła na to uwagę. Smród nieświeżej bielizny, w połączeniu ze stęchłym potem, rybim klejem oraz sikami zaschniętymi na nocniku ukrytym pod suknią, skutecznie maskuje inne zapachy.
Rozgniewana opieszałością Jeannette madame czeka na kąpiel. Szafirek, równie zniecierpliwiony, warczy i poszczekuje na pokojówki, które pomagają madame wybrać wachlarz. Kolekcja jest imponująca; zawiera egzemplarze z kości słoniowej, piór, cienko wyprawionej skóry kurczaka, sprytnie pokrytej farbą. Te ostatnie wydzielają szczególnie przykry zapach – ich pudełka z daleka śmierdzą kurnikiem. Madame przyjmuje to obojętnie. Za moją radą wybiera złoto-purpurowy wachlarz pod kolor sukni, po czym oddaje się miłym marzeniom o bilłets-doux, które otrzyma na balu. Może młody monseigneur de Rochefort prześle jeden w bukieciku albo serwetce. Ostatnio stał się bardzo kapryśny i skacze z kwiatka na kwiatek, ale dziś wieczorem madame jest pewna zwycięstwa.
– Jeannette, woda!
Kolejny niemiły obowiązek, ale nie ma rady. Raz na pół roku to jeszcze nie tak źle, zresztą za parę godzin zjawią się panowie i madame musi być gotowa na ich przyjęcie. Ogląda swoje nogi. Bąble po ostatnim przypalaniu prawie się zagoiły i włosy, chociaż ciemne, są bardzo nieliczne. Madame usuwa je pincetą. Być może uda się na przechadzkę po ogrodzie z monseigneurem de Rochefort; zaloty z owłosionymi nogami są nie do pomyślenia.
– Madame? Kąpiel? – Nieszczęsna Jeannette ocieka potem. Przydźwiganie wiader zajęło jej ponad czterdzieści minut. Woda nieco ostygła; skropiłem ją stefanotisem [Nazwa rodzajowa pnączy pochodzących z Peru, Madagaskaru, Malezji i południowych Chin. (Przyp. tłum.).] i szyprem. Kolejną chwilę zabiera nam unieruchomienie Szafirka, który szczeka i kłapie paszczą, zaraz jednak ląduje w letniej wodzie i Jeannette sięga po szczotkę.
Tymczasem madame dokonuje ostatnich poprawek przed lustrem. Tym razem monseigneur de Rochefort padnie jej do stóp. Za plecami pani Jeannette przy mojej pomocy z wysiłkiem owija Szafirka w ręcznik. Odrobina esencji fiołkowej raczej wzmaga, niż tuszuje smród mokrej sierści.
Otrzepując odzież, przyznaję w duchu, że to prawdziwy zaszczyt służyć tak pięknej i wytwornej damie. Jestem dotkliwie świadom swej osobliwej wrażliwości – delikatność powonienia w połączeniu z chłopskimi przyzwyczajeniami mimo wielu starań nie skłaniają mnie do należytego respektu wobec dam (i panów) dworu. Z Bożą pomocą kiedyś to się zmieni. Tymczasem muszę sumiennie wypełniać swoje obowiązki. Pozwólcie, że się przedstawię: nadworny parfumier, monseigneur de Chanel, do usług.
***