Joanne Harris - W Tańcu
Здесь есть возможность читать онлайн «Joanne Harris - W Tańcu» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:W Tańcu
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
W Tańcu: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «W Tańcu»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
W Tańcu — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «W Tańcu», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
– Poproszę o deser – powiedział głośno. – Do tego grappę i espresso.
Na pobladłej, ściągniętej twarzy Melissy malowała się furia. Policzki Rosy czerwieniały jak maki w słoneczny dzień.
– Menu? – spytała.
Pokręcił głową.
– Lubię niespodzianki.
Przy kawie, której w ogóle nie tknęła, Melissa świdrowała Jacka szklistym, rozzłoszczonym spojrzeniem.
– Robisz to specjalnie – syknęła.
– Dlaczego tak sądzisz? – spytał Jack, popijając grappę.
– Niech cię diabli, Jack, ja chcę stąd wyjść!
Wzruszył ramionami.
– Jestem głodny.
– Jesteś świnią.
Drżał jej głos. Zaraz się rozpłacze. Po co ja to robię, pomyślał z nagłym zdumieniem Jack. Tyle się namęczył, żeby zdobyć Melissę, dlaczego jej to robi? Dlaczego robi to sobie? Owa myśl utkwiła mu w głowie niczym bryła lodu pośrodku rozmiękłego creme brulee; Jack odstawił kieliszek z niejasnym podejrzeniem, że dosypano mu coś do jedzenia. Melissa spoglądała na niego z nienawiścią w niebieskich oczach, zaciśnięte usta wyglądały jak cienka kreska.
– Dobrze. Pójdziemy.
Ależ ona jest brzydka, pomyślał. Te wytapirowane farbowane włosy. Korony na zębach. Chuda szyja, wyciągnięta jak linowa drabina aż po filety upchnięte w kosztownym staniku La Perlą. Rosa wyszła z kuchni, miękka, jasna i promienna. Postawiła tacę i przeniosła na Jacka roziskrzone spojrzenie, bursztynowoczekoladowych oczu.
– Po deserze – dodał bezwiednie.
Melissa zesztywniała. Pochłonięty widokiem Rosy Jack prawie o niej zapomniał. Zrozumiał, że gospodyni przyniosła mu nie jeden, ale wiele deserów: malutkie porcje wszystkich pozycji specjalnego menu. Było tam tiramisu oproszone czekoladą i rozkosznie wilgotne, cytrynowa polenta i czekoladowe risotto, cieniutkie płatki migdałów, kokosowe makaroniki, gruszkowe tarteletki, lody brzoskwiniowe oraz mocno przyprawione waniliowe brulee z pokruszonymi migdałami i miodem.
– Chyba żartujesz – szepnęła rozwścieczona Melissa.
Jack puścił jej słowa mimo uszu i z lubością oddał się degustacji. Towarzyszyło mu narastające uniesienie. Rosa obserwowała go z matczynym uśmiechem; ręce splecione na piersi przypominały anielskie skrzydła. Jakim cudem uznał, że jest brzydka: była olśniewająca, dojrzała niczym truskawka w pełni lata, zmysłowa jak bita śmietana. Przeniósł wzrok na kobietę siedzącą naprzeciw z kwaśną miną, usiłując przypomnieć sobie, co ona tu robi; miało to jakiś związek z pieniędzmi, perspektywami i interesem. Nieważne, Jack znowu pogrążył się w świecie smaków i aromatów, będących dziełem wspaniałej neapolitanki.
Rosa zdawała się w pełni podzielać jego zachwyt. Stała z lekko rozchylonymi ustami i roziskrzonym spojrzeniem, na jej policzkach malowały się rumieńce. Skinęła mu głową, najpierw z aprobatą, potem z tłumionym podnieceniem. Zobaczył, że drży – splata i rozplata ręce na białym tle fartucha. Skosztował kremu orzechowego i na chwilę przymknął oczy, pewien, że ona uczyniła to samo; powtórnie sięgając po łyżkę, usłyszał pełne zadowolenia westchnienie.
– Dobre! Tak! – Mimo że prawie niedosłyszalne, posłyszał je wyraźnie: ciche westchnienie, stłumiony jęk rozkoszy. Kolejny ruch łyżką, kolejne westchnienie; palce zadrgały w powietrzu. Był pełny, ale pragnął jeszcze, byle tylko móc oglądać jej twarz. Mgliście przypomniał sobie, jak mówił komuś (tylko komu?), że ryba to afrodyzjak; usiłował przywołać twarz swego rozmówcy, lecz myśl ulotniła się niepostrzeżenie.
Wciąż jadł, kiedy skwaszona kobieta wstała od stołu i zaciskając usta, opuściła restaurację. Nie zareagował nawet wówczas, gdy walnęła drzwiami. Rosa przyniosła kawę, likier i małe babeczki z kandyzowanymi owocami, po czym usiadła obok i rozpięła mu pasek, uwalniając zesztywniały brzuch. Następnie, delikatnie muskając jego ucho, szepnęła głosem jak krew, piżmo i spadziowy miód: „A teraz, caressimo, moja kolej”.
Nigdy nie dawaj draniowi równych szans
Pisząc swą pierwszą powieść „Złe nasienie”, doszłam do wniosku, że literatura o wampirach jest bardzo elitarystyczna. Miejsce akcji jest zawsze romantyczne, sami krwiopijcy zaś niezmiennie atrakcyjni, arystokratyczni i eleganccy. To, rzecz jasna, nasuwa pytanie o wampirów innego typu. Wampirów pospolitych, wampirów z klasy robotniczej oraz wampirów z kiepskim PR. I tak pewnego dnia pojechałam na wycieczkę do Blackpool…
Będę walił prosto z mostu: wampirzy interes diabli wzięli. Nie tylko w Whitby, choć stamtąd rozeszła się zgnilizna, i bynajmniej nie z braku zainteresowania społeczeństwa (wręcz przeciwnie). Podobno popyt przekracza podaż. Wreszcie padliśmy ofiarą systemu rynkowego, ulegliśmy naciskom na dostosowanie, modernizację oraz wykreowanie odpowiedniego wizerunku w oczach klientów.
Na przykład ja. Reggie Noakes. Siedemdziesiąt pięć lat w branży, obecnie zepchnięty na margines. Nie bierz tego do siebie, Reggie, mówią. Po prostu już tutaj nie pasujesz. Nie ten typ.
Spójrzcie na moją twarz. Okrągła i czerstwa, twarz handlarza ryb z Grimsby, którym niegdyś byłem. Spójrzcie na moje krótkie nogi, żałośnie obwisły brzuch. Dawniej nie miało to znaczenia. Człowiek się cieszył, gdy go nie zauważano. W obecnych czasach trzeba odpowiadać wizerunkowi. Wiktoriańskie ulice. Mgła. I nowe pokolenie klientów, w skórze, z czarną szminką na ustach, którzy przyczajają się przy cmentarzach w nadziei, że zobaczą któregoś z nas. Trudno nawet dostrzec różnicę między żywymi a umarłymi. To jakiś obłęd. Poza tym wszyscy nie mogą bez przerwy afiszować się, z kłami i w czarnych pelerynach, rozprawiając o bezbożnej ekstazie i nieopisanej zgrozie. To dopiero byłby ubaw.
Nie będę przepraszał za to, że się zasymilowałem. Tak jest tu łatwiej. Chodzi tędy mnóstwo ludzi. Nikt nie zadaje pytań. Zresztą po przyjeździe nasuwała mi się niekiedy myśl, że Whitby było dla mnie zbyt ekskluzywne. Od razu powinienem był pojechać do Blackpool. Hałaśliwego, wesołego Blackpool, z arkadami i sklepami rybnymi (nadal z przyjemnością raczę się dorszem w panierce) oraz plażą zapchaną rozgrzanymi, spoconymi ciałami, w których, tak jak we mnie, buzuje szczęście, wściekłość, zazdrość i głód. Nigdy nie chodziło mi tylko o krew. Prawdę mówiąc, niezbyt za nią przepadam, a poza tym trudno liczyć na jej zdobycie, kiedy jest się łysawym tłuściochem, którego żadna dziewica nie zaszczyci choćby spojrzeniem. Ale w tłumie jestem szczęśliwy. Tutaj dotknę, tam uszczknę. Nic wielkiego. Nie, żeby zabić. Raczej zebrać z wierzchu, jak pianę z piwa, bardzo delikatnie. Dziewczyna krzycząca w wagoniku lunaparku. Jej chłopak, który nie może utrzymać rąk przy sobie, myślami błądząc gdzie indziej. Dwóch wyrostków okładających się przed pubem. Jednym słowem, okolica tętni życiem, dlatego siedzę na molo, popijając piwo, w oczekiwaniu na cieplutką rodzinkę, z której wyssam trochę energii życiowej.
Idą w moim kierunku, jest ich czworo. Dwoje dzieci o zdrowych, pucołowatych buziach, jedno pałaszuje kanapkę przełożoną frytkami, drugie lody. Rodzice: jej schodzi skóra z zaczerwienionych, pulchnych ramion, on ma na sobie podkoszulek i czapkę baseballową. Oddadzą mi odrobinę, myślę sobie. Mają mnóstwo.
Opatentowałem starą sztuczkę. Kiedy mijają mnie dosłownie o krok, na wpół odwracam się, po czym tracę równowagę i upuszczam puszkę. Napój chlapie na bluzkę matki i spodnie ojca.
– Przepraszam, kochani. Najmocniej przepraszam. – Schylam się, żeby niby podnieść puszkę, i niepostrzeżenie podchodzę do dzieci. Czuję ich zapach: zapach oleju do smażenia frytek, gumy do żucia i życia.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «W Tańcu»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «W Tańcu» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «W Tańcu» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.