- Obiekt cywilny, odpada. A szkoda. Piąta Aleja... Co się tam mieści?
- Najdroższe sklepy Ameryki - wyjaśniłem. - To taki pasaż handlowy jak ulica Złota w Warszawie, tylko oczywiście dużo bardziej dziadowski. Pułkownik Sawczenko chce użyć napalmu?
- To państwowe sklepy?
- Jakichś firm, trustów i innych takich. - Wzruszyłem ramionami.
- Co on, pogłupiał? Nasza armia nie dewastuje własności prywatnej. No, chyba że trzeba. A tym razem nie trzeba. Może zamiast tego Pentagon? Tylko wytłumaczcie temu świrowi, żeby czekał na potwierdzenie naszej śmierci lub rozkaz, a nie tak jak poprzednim razem. I ma użyć kon-wen-cjo-nal-nych głowic, nie atomowych. Powtórzcie mu to po ukraińsku, jak po polsku nie zrozumie.
- Tak jest.
- Mówi William Wimsey, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej - odezwało się radio. - Jesteście otoczeni. Nie macie żadnych szans ucieczki. Poddajcie się, zwolnijcie zakładników.
- Polska armia nie bierze zakładników, wbij to sobie do łba, debilu! To kryminaliści przeznaczeni do osądzenia i likwidacji! - Kowalskiemu oczy nabiegły krwią, dopiero teraz naprawdę się wkurzył.
- Jeśli spokojnie złożycie broń, gwarantujemy wam uczciwy proces z udziałem obserwatorów Ligi Narodów.
- Spierdalaj, pachołku, najpierw nas złap, potem będziesz mógł sądzić! - Generał przełączył zakres. - Malinowski? Jak tamci?
- Strażnicy grzecznie siedzą w ładowni. Komendant trochę podskakiwał, ale zarobił po facjacie i się uspokoił - zameldował major.
- Jeśli zrobi się gorąco, przeczytasz im wyrok. Koniecznie po amerykańsku, żeby sukinsyny zrozumieli, i wywalaj po kolei za burtę. Aha, każdemu doczep stalowy tubus z kopią wyroku. Jak ich pozbierają, to będą przynajmniej wiedzieli za co. Komendanta na razie zostaw - jeśli się przedrzemy, trza by mu zrobić publiczny proces w Warszawie, pokazówka zawsze się przyda.
- Tak jest! Mam sugestię...
- Wal.
- Może lepiej wylądować w jakimś mieście i tradycyjnie powiesić na latarniach? Od strony propagandowej lepiej by to wyglądało. Zdjęcia dla gazet się niezłe zrobi. A i śmierć bardziej hańbiąca, adekwatna do popełnionych przestępstw.
- Pomysł dobry, ale nie mamy tyle czasu.
- Tak jest. Wyroki zaraz wydrukuję. Paragraf dwieście siedemdziesiąty szósty? - wolał się upewnić.
- Tak. Nauczymy Amerykańców raz na zawsze, że każdy, kto podniesie rękę na naszego obywatela, może być pewien, że mu Rzeczpospolita tę rękę odrąbie przy samych jajach. I dorzuć jeszcze coś o pogwałceniu konwencji genewskiej, kapitan Skalski był przecież jeńcem wojennym.
- Tak jest!
- Myśliwce na wprost. Z osiemdziesiąt ich tam wisi - zameldował nawigator, patrząc w ekran naprowadzania satelitarnego. - Obrona przeciwlotnicza odpaliła rakiety.
- Włączyć pola siłowe!
- Tak jest.
- Więc jednak będzie trzecia wojna światowa. - Szef korpusu z radością zatarł ręce. - Najwyższy czas...
- Warto było po mnie jednego całą armię wysyłać? - zafrasował się Skalski. - Jeszcze ludzie poginą.
- Od tego jest wojna, żebyśmy poginęli - perspektywa śmierci nie zmartwiła specjalnie generała. - A zanim nas dostaną, to zrobimy tu taki rozpierdol, że dwieście lat będą nas pamiętali.
- Nie prościej było wysłać kilku ludzi i wykraść mnie po cichu? - stary żołnierz nadal miał wątpliwości.
- Może i prościej, ale trzeba sukinsynom przypomnieć, że łamanie praw Rzeczypospolitej nikomu i nigdy nie ujdzie na sucho. A że nie rozumieją po polsku, to musimy co jakiś czas wbijać im to do pustych łbów nahajami.
*
Wszedłem do gabinetu naczelnego z kopertą w ręce. Szef akurat konferował z ożywieniem przez słuchawkę.
- Mów jaśniej, do cholery! - ryknął, aż szyby zadrżały. - Już wiem, że zerwaliśmy rozmowy z delegacją USA! Tak, wiem, że wszyscy ich dyplomaci otrzymali status persona non grata, ale dowiedzcie się, do cholery, dlaczego! Tak, wiem, była operacja w kanadyjskiej części USA, ustalcie szczegóły. Po co nasi tam polecieli? A co mnie obchodzi, że oświadczenie rzecznika rządu będzie wieczorem! Wszyscy się wtedy dowiedzą, a ja chcę, żeby dowiedzieli się z popołudniowego wydania naszej gazety!
Trzasnął słuchawką i dopiero teraz mnie zobaczył.
- Co tak zęby szczerzysz? - Spojrzał podejrzliwie.
- Mam suplement do artykułu rocznicowego.
- Numer już w składzie. Trzeba było dać trzy dni temu.
- Puści się na przemiał.
- Jaaaasne... I czterdzieści tysięcy złotych z własnej kieszeni za druk nowego wyłożę...
- I tak się kalkuluje.
- Co to za suplement? - jednak go zaintrygowałem.
- Wywiad z kapitanem Stanisławem Skalskim, człowiekiem, który zestrzelił samolot von Ribbentropa. - Uśmiechnąłem się skromnie.
- Gdzieś ty to wygrzebał? Włamałeś się do wojskowego archiwum?
- Sam mi opowiedział. Co więcej, zaklepałem dla naszej gazety wyłączność na relację z akcji jego uwolnienia...
- Co?
- Latałem do USA z korpusem ekspedycyjnym generała Kowalskiego. Przebiliśmy się z tysiąc kilometrów w głąb ich terytorium, strąciliśmy chyba połowę wszystkich samolotów, które mają na stanie...
Szef wybałuszył gały.
- Co ty bredzisz?! Naćpałeś się?
- Skalski żyje, Amerykance trzymali go od wojny w obozie pracy. Spryciula, ułożył w stepie rysunek lecącej kaczki, oznaczenie z burty swojego samolotu i numer taktyczny z czasów służby - wyjaśniłem. - Właśnie wracam z akcji jego uwolnienia. Gdyby nie śmierć generała Mariana Pisarka, odbilibyśmy go już osiemnaście lat temu. A tak przy okazji - znów się uśmiechnąłem – jeśli chce pan wrzucić informacje do popołudniowego wydania , to ich delegację handlową i dyplomatów wydaliliśmy właśnie za przetrzymywanie Skalskiego.