Po kilku serdecznych pozdrowieniach rozmowa była zakończona.
– Pedro ma to zaraz sprawdzić, oddzwoni. Uważa, że posunęliśmy się bardzo daleko.
– Ach, tak? – zauważyła Unni z ponurą miną. – Ja uważam, że drepczemy w miejscu, jakbyśmy ubijali kapustę.
– Powiedz raczej „winogrona”, to przynajmniej ładniej brzmi. I bardziej po hiszpańsku – stwierdził Mor – ten. Znów był w lepszej formie, wyraźnie ożywiony tym, że czynią postępy. – A więc nasz następny krok to wyjazd do Hiszpanii?
– Zaraz, zaraz – Antonio oblał go kubłem zimnej wody. – Przede wszystkim zaczekamy na odpowiedź Pedra… Co, Gudrun? Aha, szukasz torby, tutaj jest. Ale co ty, na miłość boską, w niej dźwigasz? Jest ciężka, jakby była z ołowiu.
– Nazywam ją młotem. To bardzo praktyczna rzecz, którą można walnąć w głowę zbyt natrętnego faceta. Tyle tylko, że z upływem lat stają się coraz mniej natarczywi, niestety.
Vesla wybuchnęła śmiechem.
– Powinieneś zobaczyć moją, Antonio, jest jeszcze cięższa!
Antonio wziął jej torebkę i udał, że osuwa się na podłogę.
– Jesteście szalone, dziewczyny, jak możecie dźwigać takie ciężary? Czy masz przy sobie wszystko, co tylko posiadasz, Veslo?
– No, cóż, zostawiłam w domu kilka kwitów kasowych, żeby przypadkiem kręgosłup mi się nie skrzywił.
Jak cudownie było siedzieć i żartować z przyjaciółmi. Nie wyjeżdżajmy stąd nigdy, pomyślała Vesla.
Zadzwonił telefon, Jordi odebrał.
Kolejna rozmowa po hiszpańsku, prędko jednak zakończona.
Jordi popatrzył na przyjaciół.
– Pod tym adresem nie ma żadnego abonenta o nazwisku Garcia Navarro albo Navarro Garcia. Nie ma też żadnego Vargasa, o to również pytałem, chociaż to byłoby bardzo nieprawdopodobne.
Wtrącił się Antonio:
– Ale to wcale nie musi oznaczać, że oni tam nie mieszkają. Jeśli dobrze znam rodzinę mego ojca, to nie zaliczają się do bogaczy, którzy mają telefon. Choć może raczej należałoby powiedzieć, że nie mają pojęcia, jak obchodzić się z pieniędzmi. To rodzina matki raczej się na tym znała. Trochę to wyglądało tak, jak w przypadku Tamilów i Syngalezów. Jeśli da się Ta – milowi koronę, za rok będzie miał milion, a jeśli da się milion Syngalezowi, za rok zostanie mu korona.
– Posłuchaj, co ma z tym wspólnego Sri Lanka?
– Nic – przyznał Antonio. – Ale spróbujmy teraz ułożyć jakiś konkretny plan, żebyśmy nie musieli posuwać się dalej po omacku.
– Dobrze! – wykrzyknęła Unni. – Mamy przecież cel. To Elio!
Ku wielkiemu rozgoryczeniu Mortena odmówiono mu udziału w wyjeździe do Hiszpanii.
– Jeszcze nie całkiem odzyskałeś formę, Mortenie – tłumaczył mu przepraszającym tonem Antonio. – Ale twój stan prędko się poprawia. I nie możemy tego popsuć kolejnymi niebezpiecznymi dla zdrowia eskapadami. Poza wszystkim po tym kolejnym uderzeniu w głowę powinieneś kilka dni spędzić w spokoju. Twojej babci, która również odniosła obrażenia podczas wypadku na łodzi, przyszli na myśl jacyś przyszywani krewni, których ma w Molde. Moglibyście pojechać do nich na kilka dni i zostać tam do czasu, aż będziecie mogli wrócić do Selje. Molde wydaje się bezpieczne, możecie tam pojechać prosto stąd.
– Ale my chcemy jechać z wami! – jęknął Morten. – I babcia, i ja chcemy jechać z wami!
– Weźmiecie udział w wielkiej ekspedycji – obiecał Antonio. – Wtedy naprawdę będziesz nam potrzebny, Mortenie. Teraz jedziemy tylko odszukać Elia. Zajmiemy się tym Jordi i ja. Mam dwa tygodnie urlopu.
Obie dziewczyny stały ze zwieszonymi głowami. Vesla myślała o upokarzającym powrocie. Znów w domu, bez pracy, zbyt śmiałe słowa wypowiedziane przy pożegnaniu. Żałosne tłumaczenia…
Jordi zadumany patrzył na Unni. Ich myśli krążyły podobnym torem:
Teraz byli wszyscy razem, potem Unni zostanie bez jakiejkolwiek ochrony. Jordi widział, jak bardzo dziewczyna się boi. I jak ogromnie jest smutna. Nie chciała jednak nic mówić, nie chciała przyklejać się na siłę.
Również Antonio rozumiał rozterki dziewcząt, szczególnie Vesli.
– Spaliłaś za sobą wszystkie mosty, prawda?
Vesla kiwnęła głową.
– Prawie. Mam jeszcze mieszkanie. Mogę się tam zakopać.
Bracia popatrzyli po sobie.
– Nie możemy zostawić ich samych…
– Mogę lecieć pod siedzeniem w samolocie – zapewniła natychmiast Unni. – Będziecie tylko musieli usunąć stamtąd kamizelkę ratunkową, ale przecież samolot i tak nie spadnie.
– Ach, bądźcie aniołami, zabierzcie nas ze sobą! – poprosiła Vesla. – Będziemy bardzo, ale to bardzo grzeczne.
– To one mają jechać, a ja nie? – zazdrośnie oburzył się Morten. – Czy któryś z was nie mógłby zostać w domu i ich przypilnować?
To jednak zdaniem braci Vargasów był bardzo kiepski pomysł. Ich wyjazd już był postanowiony.
– Wiesz, braciszku – powiedział Jordi. – W całym naszym planie jest tylko jeden drobny szczegół. Nie mamy za co jechać!
Unni bardzo by chciała im pomóc, lecz miała tylko odrobinę pieniędzy przeznaczonych na tę wyprawę. Tyle żeby starczyło na colę i inne niezbędne drobnostki.
W tym momencie jednak Gudrun okazała wielkoduszność. Wiedziała, że z czasem otrzyma całkiem niezłe odszkodowanie za łódź, mogła więc co nieco uszczknąć z oszczędności, spoczywających na koncie bankowym.
– Funduję tę podróż całej czwórce – obiecała szczodrze. – Gdy tylko znajdziemy jakiś bank, dostaniecie pieniądze.
Uściskali ją wszyscy z wyjątkiem Mortena, który wciąż się złościł.
Gudrun trochę się zakłopotała.
– Wiem, że nie powinnam o to prosić, ale…
– Proś o co chcesz, a na pewno to dostaniesz – obiecywał Antonio.
– Wiem, że będę wam tylko przeszkadzać, ale tak strasznie chciałabym wziąć udział w tym, co określasz wielką ekspedycją. Jeśli to oczywiście możliwe…
Zapadła dość kłopotliwa cisza.
– Cóż, nie wiemy, czy będą w ogóle jakieś kolejne wyjazdy – stwierdził Antonio trochę zaskoczony. – Nie wiemy przecież, czego szukamy. A jeśli w istocie dojdzie do jakiejś wyprawy, to może się ona okazać niebezpieczna, Gudrun.
– O niebezpieczeństwa nie dbam, czasami przecież nawet sama ich szukam. Ale jestem od was o wiele starsza i…
– Tej różnicy wieku jakoś szczególnie nie poczułam do tej pory – szybko zapewniła Unni.
Pozostali jej zawtórowali. Obiecali, że jeśli tylko znajdzie się miejsce, Gudrun będzie bardzo mile widziana w ich gronie. Na razie jednak niczego jeszcze nie byli pewni. Może wyjedzie jedynie trójka dotknięta przekleństwem, Jordi, Morten i Unni? Może tylko Jordi i Antonio, a może w ogóle Jordi sam? To zależało od tylu rzeczy.
Vesla nieco ucichła. O niej nikt w ogóle nie wspominał. Czyżby już ją skreślili? Może się nie sprawdziła?
Antonio postanowił działać.
– Powinniśmy zamówić bilety, żeby nic nie opóźniało naszej podróży. Teraz, kiedy już minął pierwszy szał radości, wywołanej wielkim podarkiem Gudrun, ktoś powinien chyba zacząć myśleć. Ale nie wiem, kto mógłby nam załatwić bilety. Nie znam żadnego adresu ani numeru telefonu do linii lot…
Unni mu przerwała.
– Mówiłeś kiedyś, że moglibyśmy wykorzystać do czegoś Jørna i tę jego znajomość komputerów. Mogę do niego zadzwonić i poprosić, żeby wszystko załatwił, tak abyśmy odebrali przygotowane bilety już na lotnisku.
– Wspaniale, Unni! – powiedział Jordi.
Otrzymała dokładne instrukcje, o co ma prosić, o czym ma pouczyć Jørna i czego absolutnie nie wolno jej mówić.
Читать дальше