Lekarz natychmiast zabrał się do pracy obok, co ona przyjęła z ulgą. Zbyt wielu poszkodowanych czekało, wielu mogło umrzeć nie doczekawszy się lekarza.
W końcu pozwoliła sobie popatrzeć na doktora. Był to szpakowaty mężczyzna koło pięćdziesiątki, ogorzały i najwyraźniej pozbawiony iluzji, ale świetny fachowiec. Nie ulegało wątpliwości, że Elisabet go zadziwiła.
– Rzeczywiście zna się panienka na rzeczy – mruknął zakładając szwy na czyjś rozerwany jakimś ostrym przedmiotem policzek. – Czy mogę zapytać o nazwisko?
– Jestem Elisabet Paladin z Ludzi Lodu.
Lekarz cicho gwizdnął.
– Z Ludzi Lodu? A, to teraz lepiej rozumiem! To uzdrowiciele, którzy potrafią więcej, niż dawać na przeczyszczenie. Czy pani jest jedną z tych… wie pani?
– Nie, nie jestem – odparła z uśmiechem. – Ale uczyłam się u dwojga właśnie takich.
– Ja słyszałem o Ulvhedinie. To był podobno niepospolity lekarz.
– To dziadek mojego ojca. I jeszcze żyje. Moją nauczycielką była też kuzynka ojca, Ingrid Lind z Ludzi Lodu.
– Wiedźma z Grastensholm, o tak, od niej to i ja chętnie bym się paru rzeczy nauczył!
– Więc pan wie, że nazywają ją wiedźmą? – zapytała Elisabet zatroskana. – Bardzo by ją to zmartwiło!
– W naszym zawodzie żywimy największy respekt dla nazwiska Ludzi Lodu. Z naszej strony oni nie mają czego się obawiać, zwłaszcza że zawsze współpracowali z lekarzami i nigdy nie wkraczali na nasz teren.
– Chyba że dzisiejszego dnia – powiedziała Elisabet.
– To coś zupełnie wyjątkowego. O, to naprawdę piekielny spektakl! Czy wszyscy muszą do siebie krzyczeć? Czy może mi pani pomóc i przytrzymać tutaj? Muszę jakoś pozszywać tę ranę.
Elisabet skończyła ze swoim pacjentem, wytarła ręce i wstała z błota, w którym klęczała. Usiadła okrakiem na rannym, przycisnęła kolanami jego ręce do ziemi i żelaznym uściskiem chwyciła głowę.
Ranny patrzył na nią przestraszony.
– Do diabła, to baba! – jęknął.
– Tak by można powiedzieć – syknął doktor przez zaciśnięte zęby.
Elisabet przyjęła obie te wypowiedzi jako komplementy, którymi też w istocie były.
Jak można pracować w takim chaosie, myślała, kiedy już skończyła pomagać doktorowi, a teraz szukała jakiegoś bardziej suchego miejsca dla kolejnych rannych. Deszcz zacinał w dalszym ciągu, włosy lepiły jej się do twarzy, bo przez cały czas pracowała z pochyloną głową. Wszystko było na wylot przemoczone i ubabrane w glinie, a krzyki rannych coraz trudniejsze do zniesienia. Otaczał ich gęsty tłum gapiów.
Najdziwniejsza ze wszystkiego była jednak panna Karin, która wciąż stała z założonymi rękami. Że też nie uciekła stąd już dawno, nie mogła się nadziwić Elisabet.
– Potrzebujemy więcej bandaży – powiedział doktor, ocierając z twarzy deszcz przemieszany z potem.
– Panno Karin! – zawołała Elisabet.
Wykwintna dama ostrożnie podeszła bliżej. Dumna, w dalszym ciągu głęboko urażona, ale prawdopodobnie zbyt oszołomiona, by sama wrócić do domu.
– Panno Karin, proszę mi wybaczyć te brzydkie słowa, straciłam panowanie nad sobą i nie wiedziałam, co mówię. Jeśli pani sobie tak życzy, to skończę służbę u pani, ale czy teraz mogłaby nam pani pomóc? Tylko pani może ulżyć tym nieszczęśnikom.
Tamta surowo kiwała głową.
– Tym razem mogę jeszcze okazać łaskę. Zostaniesz tylko zdegradowana. Będziesz pokojówką, a nie damą do towarzystwa.
– Niech tak będzie. Panno Karin, czy zechciałaby pani być tak dobra i przynieść z domu trochę tych pożółkłych prześcieradeł, które leżą w bieliźniarce, i ofiarować je na bandaże?
– Z bieliźniarki? – jęknęła panna Karin. – Przecież to moja wyprawa! I nic tam nie zżółkło! Jakim sposobem mogłoby do tego dojść? Ostatni monogram wyhaftowałam przecież w ubiegłym tygodniu!
O Boże, przestraszyła się Elisabet. Znowu popełniłam nieostrożność!
Wyprawa panny Karin nie była ruszana od lat!
– Tak, oczywiście, proszę mi wybaczyć – rzekła pospiesznie. – Ale gdyby pani wiedziała o jakiejś zniszczonej bieliźnie pościelowej w domu…
– Przecież ja nie mogę sama iść do domu, chyba to rozumiesz! To nie wypada, a poza tym ci młodzi chłopcy, którzy ciągle włóczą się koło mojego domu, będą mnie zaczepiać.
Elisabet rozejrzała się i znalazła w tłumie kobietę budzącą zaufanie.
– Czy mogłabyś towarzyszyć pannie Karin do domu i zaczekać na zewnątrz, dopóki nie znajdzie jakichś starych prześcieradeł? Tylko pilnuj jej dobrze! Panna Karin jest bardzo wrażliwa i potrzebuje opieki.
Kobieta skinęła głową, a Karin po kilku nieśmiałych protestach pozwoliła się poprowadzić.
Doktor patrzył na Elisabet pytająco. Ona właśnie uspokajała rozkrzyczane dziecko, któremu jakiś ostry przedmiot rozerwał powiekę. Rana wyglądała na groźniejszą, niż w istocie była.
Próbowała wyjaśniać ponad głową dziecka:
– Panna Karin przeżyła wielki szok, w wyniku czego pomieszały jej się zmysły. To w gruncie rzeczy niezwykle miła osoba, tylko zatraciła poczucie czasu i wszelkich proporcji.
– Słyszałem, jak pani ją beształa, przyszedłem akurat wtedy. Zdumiało mnie, że sobie nie poszła.
– Ona ma niestety tylko mnie – wyjaśniła Elisabet krótko. – Pominąwszy pewnego młodego pana, który się o nią troszczy, ale on rzadko do niej przychodzi. Jest nieznośna z tym swoim zapatrzeniem w siebie, ale ja myślę, że to tylko taki pancerz, za którym się ukrywa.
– Bardzo możliwe. Pozwoli mi pani kiedyś ją zbadać? Mam na myśli jej psychikę.
– Tak, dziękuję. Będę panu za to wdzięczna. Żeby pan tylko nie chciał jej zamknąć w domu wariatów. Już spędziła w takim miejscu sporo czasu i była to dla niej prawdziwa tragedia. Ten młody człowiek, który mnie u niej zatrudnił, powiada, że lepiej nie ożywiać jej pamięci. Twierdzi, że to by ją zabiło.
– A co jej się stało?
Elisabet wzruszyła ramionami.
– Bóg wie. Ale, panie doktorze, czy nie ma nikogo, kto by się zajął tymi bezdomnymi? Oni po prostu krążą bez celu i rozpaczają, ale co to da?
– To już nie nasza sprawa.
– Możliwe, ale przecież trzeba znaleźć jakieś miejsce pod dachem, gdzie możnaby ich umieścić.
– Gdzie?
Przyglądała się otaczającej ją nędzy. Małym ubogim chatynkom, które wciąż jeszcze stanowiły mieszkania ludzi…
– Nie, to nie było rozsądne pytanie.
Karin Ulriksby wróciła i z dumą wręczyła Elisabet trzy używane prześcieradła. Doktor podziękował gorąco i bardzo ją chwalił. Karin promieniała.
Jaki to rozsądny człowiek, pomyślała Elisabet, szczęśliwa, że nie musi sama brać za wszystko odpowiedzialności. Ale jeśli chodzi o Karin, to trudno być mądrym. Zwymyślałam ją, że nic nie jest warta, a ona wróciła! Naprawdę nie rozumiem!
Nagle ponad głową Elisabet rozległ się wściekły głos:
– Co ty tutaj wyprawiasz?
Podniosła wzrok. Przed nią, niczym byk gotujący się do ataku, stał Vemund Tark.
– Z czym mianowicie? – zapytała Elisabet wojowniczo.
– Przyprowadziłaś Karin tutaj?
– Panna Karin jest dla nas nieocenioną pomocą – oświadczył doktor krótko.
Dzięki, pomyślała Elisabet.
Sama Karin promieniała niczym słońce. Stała w otoczeniu dzieci, które chciały dotknąć jej pięknego stroju, i dumna pokazywała im swoją suknię.
Vemund posłał doktorowi nieprzyjazne spojrzenie i mówił dalej przez zaciśnięte zęby:
– Przecież ona nie powinna się pokazywać między ludźmi. Pomyśl, co by było, gdyby spotkała kogoś znajomego. Albo kogoś, kto by ją poznał.
Читать дальше