Elisabet otworzyła okno.
– Co się stało? – zawołała.
Policjant, który wiedział, że w tym domu mieszkają ludzie z wyższej sfery, uczynił jej honor i w biegu krzyknął:
– Rzeka podmyła brzeg i zniosła te nędzne chałupy razem z ludźmi, którzy w nich mieszkali, panienko. Jest wielu rannych, muszę pędzić co sił w nogach po doktora i po inną pomoc.
– Ja się znam na leczeniu – powiedziała Elisabet. – Natychmiast tam idę.
Policjant zatrzymał się stropiony.
– Panienka nie może iść, to wszystko wygląda okropnie…
– Gadanie! Idę.
Dopiero gdy zamykała okno, pomyślała o Karin. Przecież nie może jej zostawić, nawet mowy nie ma!
Karin patrzyła na nią dygocząc.
– Chcesz iść, Elisabet? Ale co ja zrobię, kto się mną zaopiekuje? Zabraniam ci…
– Ludzie potrzebują pomocy, panno Karin. Oni mogą umrzeć. Ale nie chcę pani zostawiać samej. Proszę, niech pani wkłada pelerynę i kapelusz i idzie ze mną! W każdej chwili będę się mogła panią zająć.
– Mam tam iść? – zawołała Karin i cofnęła się pod ścianę z grymasem niechęci. – Ale tam mieszkają tylko plebejusze i w ogóle hołota!
– To także są ludzie! – ucięła Elisabet. – I cierpią dokładnie tak samo jak pani, panno Karin.
– Ja przecież nie czuję ich bólu – powiedziała Karin z niesmakiem.
– Ja też nie, ale mogę go sobie wyobrazić.
Podczas gdy Elisabet zbierała potrzebne rzeczy w swoim pokoju, Karin stała na schodach i nie przestawała protestować.
Elisabet, gotowa do wyjścia, zeszła do hallu.
– No, i jak będzie?
– Jesteś bardzo uparta, Elisabet. Ja nie lubię, żeby mną ktoś komenderował!
– Ja nie komenderuję. Pytam po prostu, czy chce pani pomóc, wypełnić swój obywatelski obowiązek. Tam potrzebny jest każdy, kto mógłby pomóc.
– Czy zrobiłabym dobry uczynek?
– Bardzo dobry. Pan Bubi byłby bardzo dumny, gdyby o tym wiedział.
– Musisz mu opowiedzieć o mojej odwadze. Ale co będzie, jeżeli on uzna, że zeszłam zbyt nisko?
– Pan Bubi sam by biegł pomagać, nie sądzi pani?
Pan Bubi! Rany boskie, co za cudaczne połączenie!
– Na pewno! – oświadczyła Karin po chwili namysłu. – Włożę tę czarną jedwabną pelerynę z kapturem, żeby mnie nikt nie mógł poznać. Miałam ją na sobie tylko raz, na balu w Bode. I oczywiście rękawiczki. Czy uważasz, że powinnam położyć trochę różu na wargi?
Elisabet przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, ale panowała nad sobą.
– Nie, panno Karin. Nie należy chyba za bardzo odróżniać się od tłumu. To by mogło prowokować.
– Ale ja tam, rzecz jasna, nic nie będę robić. Będę tylko w pobliżu, żebyś mogła się mną zająć, gdybym potrzebowała pomocy.
Och, idź do diabła, pomyślała Elisabet bez krzty szacunku, ale w końcu obie były gotowe do wyjścia.
Mężczyźni, których skrzyknął policjant, biegli już ulicą. Jęki znad rzeki raniły uszy. „Pomocy! Moje dzieci toną!” – wołała jakaś kobieta. Elisabet chwyciła pannę Karin za kościstą rękę i pociągnęła za sobą.
Nad rzeką panowało zamieszanie nie do opisania. Nie było już ulic, przejść ani baraków, wszystko zdawało się jednym błotnistym kłębowiskiem. Elisabet słyszała żałosne piski spod zwalonej ściany i podniosła ją z pomocą jakiegoś mężczyzny. Wyciągnęli stamtąd niedużego szczeniaka, którego natychmiast chwyciło stojące obok dziecko i poniosło w stronę miasta. Mężczyźni wskakiwali do wody, by ratować tych, którzy walczyli o życie wśród resztek baraków, do niedawna służących im za mieszkania. Inni próbowali opanować chaos panujący na lądzie.
– Och, nie! – zawodziła Karin. – Ja nie mogę tam iść!
Cierpliwość Elisabet się wyczerpała.
– To wracaj do domu, ty wstrętna wystrojona lalko! – syknęła przez zęby. – Czy ty nic nie widzisz tymi swoimi cielęcymi oczyma? Czy nie możesz na chwilę przestać się zajmować sobą i swoim żałosnym wyglądem? Spróbuj, na Boga, zastanowić się przez moment, co odczuwają ci ludzie tutaj, bez domów, w deszczu, w zimnie, którzy nie mają się gdzie podziać! Popatrz na te dzieci! Leżą tam zakrwawione i wzywają rodziców i rodzeństwo, które zginęło. Serce się kraje, kiedy człowiek na to patrzy, a ty stoisz tu i płaczesz, bo ci się buty ubłociły!
Panna Karin stała jak porażona, nie wiedząc co począć. Wargi jej drżały, ale wyprostowała się dumnie.
– Nigdy tak do mnie nie mówiłaś, Elisabet – powiedziała oskarżycielsko. – A ja myślałam, że ty jesteś miła! Nie masz prawa już się mną zajmować, nie chcę więcej słyszeć takich wymyślań ani w ogóle takich słów. Jesteś zwolniona!
– Jeśli mam być szczera, to gwiżdżę na to – powiedziała Elisabet i odwróciła się od niej. – Wracaj do domu i przeglądaj się w lustrze, skoro niczego innego nie potrafisz!
Była tak wściekła, że nie zastanawiała się nad tym, co mówi. Vemund Tark może robić, co mu się podoba.
Elisabet stanęła teraz wobec wyboru, a wybrać mogła tylko jedno: ratować tych nieszczęśników.
Karin stała bez słowa, a Elisabet tymczasem pomagała wydostać się z błota dwóm małym dziewczynkom. Ogarnęła je, jak mogła; i wyprowadziła na wyżej położone miejsce. Zaopiekowała się tam nimi jakaś kobieta.
Teraz Elisabet mogła się zająć rannymi.
Widziała, że kilkoro poszkodowanych zostało ułożonych na pewnym gruncie. Leżeli tam w ulewnym deszczu, lecz nikt nie miał dla nich czasu. Ludzie z domów, którym nic nie groziło, tłoczyli się obok i wykrzykiwali jakieś bezsensowne polecenia, ale sami nie byli w stanie nic robić.
Elisabet zawołała, że mają być cicho, a sama, uklęknąwszy, zaczęła opatrywać potrzebujących. Karin stała i co parę minut piskliwie wołała, że nikt się nią nie przejmuje, ale Elisabet nie miała już dla niej czasu.
Przyglądający im się ludzie umilkli, a kiedy zobaczyli, że ta młoda panna o miedzianorudych włosach zna się na rzeczy, podeszli bliżej i zaczęli udzielać jej dobrych rad. Elisabet zabrała z domu Karin kilka starych prześcieradeł i poleciła jakiejś wyglądającej dość sensownie kobiecie drzeć je na pasy. Znad rzeki przynoszono kolejnych rannych i z ufnością powierzano ich Elisabet, która miała naprawdę pełne ręce roboty.
Przywołała Karin, poleciła jej rozpakować środki medyczne i podawać, co będzie potrzebne. Oczy Karin nie były już jednak tak sprawne jak dawniej, miała trudności z odczytywaniem napisów na szkatułkach. Musiał to robić ktoś inny, ale tymczasem Karin zdążyła na chwilę zapomnieć o sobie i zaczęła się interesować otoczeniem.
Na najgorsze rany nie chciała patrzeć, zajęła się natomiast jakimś płaczącym dzieckiem i starała się je pocieszyć, nieśmiała i jakby skrępowana. Może bardziej przerażała małego, niż pocieszała, ale jakkolwiek było, Karin chciała pomagać. I już samo to było niezwykle cenne.
Elisabet nie miała nawet czasu, żeby na nią spojrzeć. Dostrzegła natomiast, że przybyła jej fachowa pomoc. Nad rzeką pojawił się lekarz i ze zdumieniem przyglądał się jej zabiegom.
– Aha – mruknął z odcieniem pretensji. – Wytworna panienka robi mi konkurencję? I, jak widzę, zajmuje się tym nie po raz pierwszy w życiu!
– Nie, nie pierwszy. A poza tym pobierałam nauki u dwojga specjalistów – odpowiedziała Elisabet nie odrywając oczu od kobiety, którą opatrywała. Nieszczęsna miała paskudną ranę na ramieniu, Elisabet kończyła już opatrunek i właśnie przewiązywała ranę bandażem zrobionym z prześcieradła.
Читать дальше