Mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jak: „Tego się właśnie obawiałem”, ale przecież niczego takiego nie mógł był powiedzieć.
– Czy wobec tego pozwolisz, że jutro porozmawiam z Braciszkiem? Powiem mu, że prosiłem w jego imieniu o twoją rękę i że twoi rodzice nie mają nic przeciwko temu.
Elisabet drgnęła.
– Nie ma chyba pośpiechu – bąknęła.
Vemund podszedł do niej i powiedział nieoczekiwanie stanowczo:
– Owszem, trzeba się spieszyć! Ja długo już tego nie zniosę i… – Przerwał i powtórzył poprzednie pytanie: – Mogę mu to powiedzieć?
Niechętnie wyraziła zgodę.
– Oczywiście, zawsze możesz mu to powiedzieć. Tylko bądź ostrożny. Obserwuj, jak on reaguje. I nie mów mu, że rodzice się zgodzili ani że ja też jestem chętna. W ten sposób zapędzisz go w ślepą uliczkę, będzie musiał się zgodzić z samej tylko uprzejmości. Chciałabym najpierw wiedzieć, co on sam o tym sądzi.
– Jesteś najbardziej upartą… – zaczął Vemund i przerwał. – No dobrze, będzie, jak chcesz. Ale jeśli będzie zachwycony?
– W takim razie powiedz mu, co chcesz. Jestem za bardzo zmęczona. Już niczego dziś nie wymyślę.
– Tak, oczywiście, rozumiem – powiedział łagodnie. – Dbaj o Karin. I o siebie też. Dobranoc!
Kiedy poszedł, w domu zrobiło się pusto. Elisabet postanowiła iść na górę, żeby zajrzeć do Karin, ale chora spała mocno. Zostawiła uchylone drzwi, by słyszeć ewentualne wołanie, i położyła się do łóżka.
Hałasy na zewnątrz ucichły. Elisabet leżała w swoim pięknym pokoju, w mroku mogła się zaledwie domyślać ścian i sufitu, i eleganckiego lustra. Myśli kłębiły jej się w głowie, nie umiała opanować wzburzenia.
I nagle powzięła postanowienie: Najszybciej jak to możliwe powinna się wybrać do Holmestrand. Musi wiedzieć coś więcej o tym okropnym przestępstwie Vemunda wobec Karin.
Przeniknął ją zimny dreszcz. To krew Ludzi Lodu, która we mnie płynie, pomyślała. Nie jestem dotknięta, nie należę też do wybranych, jestem zwyczajną dziewczyną. Teraz jednak poznałam namiastkę tego, co mogą odczuwać tacy jak Ingrid czy Ulvhedin.
To było ostrzeżenie! Nie mieszaj się w sprawy, które cię nie dotyczą, Elisabet! Pozwól Vemundowi zachować swoje tajemnice!
Ale jak w takim razie zdołam pomóc tej delikatnej, dobrej pannie Karin?
Następnego dnia zrobiła coś, czego nie miała prawa robić.
Zaraz jak tylko znalazła się w tym domu, uświadomiła sobie, że znajdzie tu wyjątkowo wiele okazji do wykorzystania dla swoich medycznych umiejętności. Panna Karin cierpiała na niezliczone dolegliwości, należała do osób wrażliwych, a przez tyle lat pielęgnowano ją byle jak. Po prostu nie było dolegliwości, która by jej nie dręczyła. Pierwsze, czym Elisabet musiała się zająć, były stopy. Chora ledwie mogła na nich stać, takie były opuchnięte i zaniedbane. A kiedy panna Karin odkryła, jakim cennym nabytkiem jest dla niej Elisabet, zgłaszała swoje cierpienia jedno po drugim. Elisabet przywiozła z domu spory zapas środków leczniczych i pomagała nieszczęsnej kobiecie jak umiała. Powoli ujawniały się jednak coraz poważniejsze sprawy. Panna Karin znajdowała się naprawdę w opłakanym stanie! Szczęśliwa, że ma przy sobie „lekarza” kobietę, zaczęła się skarżyć także na dyskretne kobiece choroby. Elisabet wyrosła jednak w surowym klimacie, nauki pobierała u Ingrid i Ulvhedina, więc się nie rumieniła, lecz robiła, co się dało, i zapisywała chorej rozmaite lekarstwa (miała je oczywiście przy sobie, ale panna Karin życzyła sobie, żeby wszystko odbywało się zgodnie z zasadami sztuki).
I dlatego właśnie Elisabet zdecydowała się postąpić wbrew woli Vemunda. Oświadczyła mianowicie pannie Karin, że pogoda jest znakomita, wobec czego powinny wyjść na mały spacer!
– Na dwór? – zapytała jej podopieczna i aż usta otworzyła ze zdumienia. – Ależ ja nie wychodziłam na dwór od czasu, kiedy wyjechałam z Bode.
Bode! Tę nazwę Elisabet powinna zapamiętać!
– No więc najwyższy czas, żeby wyjść. Wie pani, organizm źle się czuje w ciągłym zamknięciu. Cała maszyneria zaczyna działać nie tak jak trzeba i człowiek zaczyna chorować, właśnie tak jak pani.
– O, tak. Ja jestem strasznie chora – westchnęła Karin żałośnie, pełna współczucia dla siebie samej.
– Ale chce pani być zdrowa, prawda? A zatem spróbujemy zrobić nieduży spacerek. Na początek tylko kilka kroków w dół ulicy.
– A moje nogi?
– Trzeba je poćwiczyć. Z początku będzie to oczywiście trochę boleć, ale szybko przestanie.
– Ale co się stanie z moją piękną białą cerą? To szkodliwe dla cery wychodzić na wiatr i deszcz albo na zbyt ostre słońce.
– Jest różnica między ładną białą cerą a cerą bladą, chorobliwą – rzekła Elisabet i trzeba z uznaniem przyznać, że zdołała zachować cierpliwość. – Odrobina świeżego powietrza sprawi, że cera pani stanie się zdrowa i młoda, ale trzeba wychodzić codziennie. Chodźmy!
– A jeżeli on przyjdzie, kiedy nas nie będzie? I zastanie drzwi zamknięte? Może już nigdy nie zechce wrócić? Muszę tu być…
– Nie odejdziemy daleko, przez cały czas będziemy widziały dom.
– No, dobrze – zgodziła się Karin bezradnie. – Skoro uważasz, że mogę…
– A czy nie pomogłam już pani na te powrastane paznokcie? I nie czuje się pani lepiej na żołądek? Niech mi pani wierzy, panno Karin, ja się na tym znam i wiem, co mówię. Przeszłam przez dobrą szkołę!
Panna Karin posłusznie skinęła głową. Żeby ona wiedziała, u kogo się uczyłam, pomyślała Elisabet. Moimi mistrzami byli najprawdziwsza wiedźma i potwór, który potrafi przywoływać na ziemię upiory. Ale o tym lepiej pewnie tutaj nie rozpowiadać.
Kiedy ostrożnie zeszły ze schodów, Karin mrużyła oczy porażone słonecznym światłem.
– Och, nie! – zawołała piskliwie. – Moje oczy! Oślepnę!
– Tylko na chwileczkę – uspokajała ją Elisabet. – Pójdziemy wolniutko w tamtą stronę.
Elisabet uważała, żeby się nie zbliżać do dzielnicy nędzy. Zrobiły kilka kroków. Karin ostrożnie stawiała obolałe nogi i kurczowo trzymała się ramienia swojej damy do towarzystwa. Na początek zbyt była zajęta wymijaniem sterczących na chodniku kamieni, by zwracać uwagę na otoczenie.
Elisabet była wstrząśnięta widokiem swojej chlebodawczyni w pełnym świetle dnia. Jej stan był naprawdę opłakany – to staromodne ubranie, te rzadkie, zwisające żałośnie włosy, ta szarobiała twarz, która wyglądała teraz dwadzieścia lat starzej. Miała wrażenie, że prowadzi jakiegoś tragicznego upiora, wychudłego tak, że aż przezroczystego.
Co takiego Vemund zrobił tej kobiecie? I co robi teraz?
On na pewno chciał dobrze, ale przecież nikt nie wygląda dobrze, jeżeli żyje w zamknięciu, nawet gdyby klatka była pozłacana.
– Jak się nazywa pani narzeczony, panno Karin? – zapytała ostrożnie.
– Bubi – odparła Karin ożywiona. – To z niemieckiego, znaczy po prostu „mały chłopiec”.
Elisabet wiedziała, co to znaczy, ale milczała.
Karin szła teraz chętnie. Wciąż posuwała się naprzód w ślimaczym tempie, ale jakby zapomniała o bolących nogach.
– Wiesz, Elisabet, on jest ode mnie trochę młodszy, ale niedużo. Naprawdę niedużo! Jest taki chłopięcy i słodki, a jaki zakochany! Na pewno go polubisz, on przyjdzie dziś wieczorem, musi tylko znaleźć konwalie do mojego ślubnego bukietu. Wszyscy go kochają i wszyscy mi go zazdroszczą. Ale on powiada, że to jemu powinni zazdrościć. Czy to nie ładnie z jego strony? Och, jaka jestem zmęczona…
Читать дальше