– Och, milcz! – przerwał mu Vemund ostro i odwrócił się.
– No dobrze – powiedział Braciszek. – Obiecuję, że porozmawiam z mamą i ojcem jeszcze dzisiaj wieczorem. Jeżeli oni wyrażą zgodę, przyjrzę się bliżej tej kandydatce na narzeczoną, którą w swojej troskliwości mi wybrałeś. Ale co my, na Boga, zrobimy z jej włosami? Przecież nie może stale tak się pokazywać ludziom! Przez jakiś czas mogłoby to być nawet pikantne, ale w końcu ludzie pomyślą, że ożeniłem się ze służącą! Tak, mama też uważa, że ona jest miła, ale dziwna…
Braciszek nie dosłyszał, że Vemund wysyczał przez zęby długie przekleństwo. Starszy brat odwrócił się do niego plecami…
Po rozmowie Vemund poszedł do innego biura w tym samym budynku. Na jego widok zza wytwornego biurka podniósł się mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat.
– O, czyż to nie mój drogi Vemund? Taki rzadki gość w moim biurze! Kochany kuzynie, twoja droga mama się martwi, że zapracowujesz się na śmierć, ty, który mógłbyś żyć w luksusie! Ale interesami się nie przejmuj, prowadzę je jak umiem najlepiej!
Krewny Vemunda, Mandrup Svendsen, był równie urodziwym człowiekiem jak jego kuzynka i jej dwaj synowie, ale w tym przypadku cała uroda po prostu ginęła w ogromnych ilościach tłuszczu. Mandrup sprawiał wrażenie nabitego niczym gruba kiełbasa, twarz pod komiczną peruką była czerwona i błyszcząca. Ale w młodości musiał wyglądać jak Adonis, wciąż jeszcze nikt nie mógł w to wątpić.
– No i jak, ci z Drammen zapłacili? – zapytał Vemund.
Palce Mandrupa Svendsena poruszały się nerwowo i bez celu po złotej brokatowej kamizelce, z trudem dopinającej się na jego sterczącym brzuchu. Mandrup unikał spojrzenia Vemunda.
– Ech, no tak, w końcu otrzymaliśmy trochę pieniędzy, ale zdecydowanie za mało. Wciąż narzekają na ciężkie czasy, a ja nie mam serca mocniej naciskać.
– Hm – mruknął tylko Vemund.
Nie po raz pierwszy Mandrup odpowiadał w ten sposób. Vemund nie chciał go o nic podejrzewać, ale rzucało się w oczy, że zawsze biedny krewny matki miał ostatnio nadmiar pieniędzy! Sam Vemund nie bardzo radził sobie z rachunkami, ale byłoby chyba interesujące polecić zbadanie spraw fachowcowi. Tyle tylko że przedsiębiorstwa Tarków miały niemal nieograniczone zasoby, z których można było czerpać, a że Vemund nie lubił kłótni, starał się wierzyć, że wszystko jest w porządku. Było mu to zresztą obojętne.
Jedyne, co miało dla niego znaczenie, to wszechogarniający smutek z powodu tego, co uczynił Karin Ulriksby. A także troska o przyszłość Braciszka. Przedsiębiorstwa, ze wszystkimi swoimi podejrzanymi metodami wysysania z ludzi pieniędzy, niech żyją sobie swoim własnym życiem!
Minęło kilka dni, zanim Braciszek zdobył się na to, by porozmawiać z rodzicami o swoim ewentualnym małżeństwie. W tym czasie Elisabet i panna Karin odbywały codzienne spacery po lepszych ulicach w pobliżu swego domu. Każdego dnia szły kawałek dalej. Karin poprawiła się, Elisabet dbała o zdrowe pożywienie, pilnowała, żeby posiłki chorej nie składały się wyłącznie ze słodyczy i kawy. Trzeba było pannie Karin wyrwać ząb, a kilka innych spotka pewnie ten sam los, ale należało zaczekać, aż pacjentka zapomni o bólu podczas pierwszego zabiegu. Wkrótce na policzkach Karin pojawiły się rumieńce, jej kroki stały się szybsze. Chodziła wyprostowana i pod każdym względem czuła się lepiej.
Rozpadało się i trzeba było na jakiś czas zaprzestać spacerów. Lało i lało, w końcu ulica przed domem przypominała błotnistą, burą rzekę. Z biednej dzielnicy docierały krzyki i coraz gwałtowniejsze kłótnie. Elisabet nie była w stanie wyobrazić sobie, jak ci ludzie żyją w swoich nędznych chatkach przy takiej pogodzie.
Vemund odwiedził je dwa czy trzy razy, zobaczył, że obie panie mają się dobrze, załatał dziurę w dachu, przyniósł drewno na opał, bo w domu panował chłód. Za każdym razem zostawał do późnego wieczora i zjadał kolację w towarzystwie Elisabet. To były niezwykle przyjemne chwile, kiedy siedzieli przy stłumionym świetle i rozmawiali półgłosem o wszystkim, co myślą i co ich interesuje w życiu. Ku wielkiemu zdumieniu Vernunda za ostatnim razem Karin została z nimi. Prawie nie poznał tej istoty.
– Och, panno Karin! – zawołał zachwycony. – Jak pięknie pani wygląda!
Karin uśmiechnęła się kokieteryjnie.
– Naprawdę tak sądzisz? Czy nie za bardzo ogorzałam na twarzy?
– Wprost przeciwnie! Ma pani śliczne rumieńce na policzkach i blask w oczach. To tak bardzo ożywia pani twarz, że wprost nie można się na panią napatrzeć!
– No, no, Vemund, jesteś naprawdę uroczym chłopcem – zachichotała i z szelmowskim spojrzeniem wymierzyła mu klapsa w dłoń. Coś, co mogłaby jedynie zrobić czternastolatka, żeby się nie wydawało śmieszne. Ale nie osoba czterdziestopięcioletnia…
Elisabet przestraszyła się, że Karin może uznać jego komplement za nietaktowny, odczytać to tak, że przedtem nie było w niej nic godnego oglądania, ale ona przyjęła wszystko z zachwytem. Naprawdę była bardzo spragniona komplementów.
Vemund przesłał Elisabet pełne uznania spojrzenie. „Niezła robota”, zdawały się mówić jego oczy. Ona uśmiechnęła się ukradkiem na znak, że dziękuje.
Karin z ożywieniem i przejęciem opowiadała, że jej ukochany przesłał przez Elisabet wiadomość, iż jeszcze przez jakiś czas nie będzie mógł przyjść. Musiał wyjechać do Niemiec w interesach. Ale obiecał wrócić na tyle wcześnie, by zdążyć na ślub, tak że Karin nie ma się czym niepokoić.
Tym razem Vernund nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. „Nie składaj jej pustych obietnic”, mówiły jego oczy. „Nie pobudzaj jej szaleństwa!”
Elisabet wiedziała jednak więcej. W chwili największej rozpaczy Karin wyznała jej mianowicie, że tamte kobiety, które się przedtem nią zajmowały, bezdusznie próbowały pozbawić ją iluzji. „Niech pani sobie nie wmawia głupstw – mówiły brutalnie. – Ten facet nigdy więcej się nie pojawi!” Z tego powodu Karin mogła leżeć godzinami i szlochać rozpaczliwie, co przecież nie było dla niej najzdrowsze. „Dlaczego one tak mówiły, Elisabet? Dlaczego były dla mnie takie okrutne? Nie zrobiłam im przecież nic złego!”
Potem jednak gotowa była zapomnieć, że w ogóle istniały jakieś kobiety. Znowu z egzaltacją mówiła, że Bubi przyjdzie i zapuka do drzwi i że ostatnio był tu nie dalej niż wczoraj. Pożegnał ją pocałunkiem w policzek, a poszedł tylko dlatego, że musiał znaleźć konwalie do jej ślubnej wiązanki.
Czyli to straszne, co pozbawiło Karin zdrowych zmysłów, a przynajmniej przesłoniło rzeczywistość gęstą zasłoną, musiało się stać po ich ostatnim spotkaniu. Bubi zniknął, został zamordowany, prawdopodobnie w barbarzyński sposób, zgadywała Elisabet. A Karin nie była w stanie przyjąć tego do wiadomości. Rozpaczliwie uczepiła się marzenia.
– Tak, on zawsze zajmował się interesami, nic więc dziwnego, że Niemcy także chcą z nim handlować – mówiła Karin zadowolona.
Czuła się spokojniejsza teraz, kiedy wiedziała, że dzisiejszego wieczora nie powinna na niego czekać. Ze wzroku zniknął wyraz nieustannego napięcia. Bubi miał poważne powody, musiał wyjechać.
Elisabet zastanawiała się niekiedy, ile Karin naprawdę pojmuje, oddzielona od świata zasłoną marzeń.
Następnego dnia po tym miłym wieczorze, który spędzili we troje, rozpętało się piekło.
Elisabet szczotkowała właśnie rzadziutkie włosy Karin w jej sypialni na piętrze, gdy na odległych od ich domu ulicach rozległy się rozpaczliwe krzyki wzywające pomocy. Obie podeszły do okien i zobaczyły policjanta, który biegł i dął w trąbkę na trwogę.
Читать дальше