Potem Gorbowski powiedział:
— Zamęczyłem cię chyba na śmierć, przepraszam. Połóż się i odpocznij. Bardzo mi było przyjemnie porozmawiać z tobą. Nie widzieliśmy się jednak strasznie dawno.
— Ale niedługo, oczywiście, zobaczymy się znowu — powiedział z goryczą Komow.
— Tak, myślę, że za jakieś dwa dni. Bader już jest w drodze, Borowik również. Sądzę, że pojutrze cała Komisja będzie w Bazie.
— A więc do zobaczenia pojutrze — powiedział Komow.
— Pozdrów ode mnie twojego wachtowego… Staszka, zdaje się. Jest taki niebywale… wy-musztrowany, powiedziałbym. I Jakuba, Jakuba musisz koniecznie pozdrowić! No i oczywiście wszystkich pozostałych.
Pożegnali się.
Siedziałem cicho jak mysz pod miotłą, nadal bezmyślnie gapiąc się w ekran, nic nie widząc, niczego nie rozumiejąc. Za moimi plecami panowała grobowa cisza. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Miałem taką ochotę odwrócić głowę, że aż mi zdrętwiała szyja i coś ukłuło pod łopatką. Było dla mnie jasne, że Komow został pokonany. Ja w każdym razie byłem, i to doszczętnie. Zastanawiałem się, co odpowiedział-. bym na miejscu Komowa, ale w mojej głowie utkwiło tylko jedno bezmyślne zdanie: „A co mnie obchodzą Wędrowcy? Też mi coś, Wędrowcy! Sam jestem do pewnego stopnia Wędrowcem…”
Nagle Komow odezwał się:
— No, a co ty o tym sądzisz?
Omal nie palnąłem „A co nas obchodzą Wędrowcy?”, ale w porę ugryzłem się w język. Sekundę jeszcze siedziałem w poprzedniej pozie, żeby podkreślić wagę chwili, a potem odwróciłem się razem z fotelem. Komow z głową opartą na splecionych dłoniach patrzył na martwy ekranik. Oczy miał na wpół zamknięte i gorzki grymas wokół ust.
— Chyba będziemy musieli odczekać… — powiedziałem. — Cóż robić… Zresztą i Mały może więcej nie przyjdzie… a w każdym razie przyjdzie nieprędko…
Komow uśmiechnął się kątem ust.
— Mały to na pewno przyjdzie — powiedział. — Mały za bardzo lubi zadawać pytania. A wyobrażasz sobie, ile teraz pojawiło się nowych pytań?
To było prawie słowo w słowo to, co powiedział w mesie Van der Hoose.
— W takim razie może… — wymamrotałem niezdecydowanie. — Może naprawdę lepiej…
No, co mu mogłem odpowiedzieć? Po tym, co mówił Gorbowski, po tym, co mówił sam Komow, co mogłem powiedzieć ja, szeregowy cybernetyk, lat dwadzieścia, staż pracy — sześć i pół doby, chłopak może i nie najgorszy, pracowity, oczytany i tak dalej, ale, powiedzmy to sobie wprost, niezbyt wysokiego lotu, prostaczek…
— Być może — obojętnie powiedział Komow. Wstał, ruszył do wyjścia powłócząc nogami, ale na progu zatrzymał się. Jego twarz wykrzywił nagle grymas. Prawie krzyczał: „Czy naprawdę żaden z was nie rozumie, że Mały to unikalny przypadek, w gruncie rzeczy niemożliwy i dlatego pierwszy i ostatni! Przecież to nigdy więcej się nie zdarzy. Rozumiesz? Nigdy!!!
Wyszedł, ja zaś dalej siedziałem twarzą do radiostacji, a plecami do ekranu i próbowałem się zorientować może nie tyle we własnych myślach, ile w uczuciach. Nigdy! Oczywiście, że nigdy. Jak bardzo uwikłaliśmy się wszyscy! Biedny Komow, biedna Majka, biedny Mały… A kto najbiedniejszy? Teraz oczywiście odejdziemy stąd. Małemu będzie lżej. Majka pójdzie się uczyć, zostanie pedagogiem, tak że chyba najbiedniejszy jest Komow. Trzeba mieć naprawdę pieskie szczęście — natknąć się — osobiście! — na unikalny zbieg okoliczności, na unikalną szansę eksperymentalnego potwierdzenia swoich teorii i nagle — wszystko leci w diabły! Oto ten sam Mały, który ma zostać wiernym pomocnikiem, nieocenionym pośrednikiem, głównym taranem rozbijającym wszelkie przeszkody, staje się sam główną przeszkodą… Przecież nie można tak stawiać sprawy — przyszłość Małego albo pionowy postęp ludzkości. W tym musi tkwić jakaś logiczna pułapka jak w paradoksach Zenona… A może nie ma pułapki? A może naprawdę tak należy stawiać tę sprawę? Ludzkość, pomimo wszystko…
W zadumie odwróciłem się z fotelem twarzą do ekranu obserwacyjnego, z roztargnieniem rzuciłem okiem na okolice. Filozoficzne problemy migiem wyleciały mi z głowy.
Jakby nigdy nie było huraganu. Wszystko dookoła było białe od szronu i śniegu, a Tom stał tuż obok statku, na samej granicy martwego pola, przed włazem i natychmiast zrozumiałem, że to Mały siedzi tam na śniegu i nie decyduje się wejść — samotny, rozdarty między dwiema cywilizacjami…
Zerwałem się i pogalopowałem przez korytarz. W komorze kesonowej z przyzwyczajenia złapałem dochę, ale odrzuciłem ją, całym ciałem uderzyłem w błonę włazu i wypadłem na dwór. Małego nie było. Głupi Tom zapalił światełko pytając o polecenia. Wszystko było białe i skrzyło się w blasku zórz. Ale przy samym włazie, pod moimi nogami czerniał jakiś okrągły przedmiot. Cofnąłem się. Diabli wiedzą, co za okropność wyobraziłem sobie w pierwszej sekundzie. Nawet nie od razu zmusiłem się do podniesienia tego z ziemi.
To była nasza piłka. A na piłkę nasadzono przepaskę z „trzecim okiem”. Obiektyw był rozbity i w ogóle cały aparat wyglądał tak, jakby go wyciągnięto spod lawiny.
I ani jednego śladu na śnieżnej pokrywie.
Wywołuje mnie, ilekroć ma ochotę porozmawiać.
— Czołem, Staszek — mówi. — Porozmawiamy? Dobrze?
Dla łączności wydzielono cztery godziny na dobę, ale on nigdy nie trzyma się harmonogramu. Nie uznaje go. Wywołuje mnie, kiedy śpię, kiedy siedzę w wannie, kiedy piszę sprawozdania, kiedy przygotowuję się do kolejnej rozmowy z nim, kiedy pomagam kolegom rozbierającym na czynniki pierwsze sputnik-automat Wędrowców… Nie gniewam się. Na niego nie można się gniewać.
— Czołem, Mały! — odpowiadam. — Oczywiście, porozmawiajmy.
Mały mruży oczy jakby z zadowolenia i zadaje swoje standardowe pytanie.
— Ty jesteś prawdziwy Staszek? Czy to twój wizerunek?
Zapewniam go, że to ja we własnej osobie, Staszek Popow osobiście, a nie żaden tam fantom. Wielokrotnie już tłumaczyłem mu, że nie umiem wytwarzać fantomów, i Mały moim zdaniem bardzo dawno to zrozumiał, ale pytanie pozostaje. Być może Mały w ten sposób żartuje, być może bez tego pytania nie wyobraża sobie normalnej wymiany powitań, a może po prostu podoba mu się słowo „wizerunek”. Ma swoje ulubione słowa: „wizerunek”, „fenomenalne”, „na bim-bom-bramsel”…
— Dlaczego oko widzi? — zaczyna Mały.
Wyjaśniam mu, dlaczego oko widzi. Mały słucha uważnie, od czasu do czasu dotykając swych oczu długimi wrażliwymi palcami. Wyśmienicie umie słuchać i chociaż teraz zarzucił swój dawny obyczaj i już nie lata jak kot z pęcherzem, kiedy coś nim szczególnie wstrząsa, przez cały czas czuję w nim jakieś napięcie, ukrytą namiętną pasję, nieopisaną, niedostępną mi, niestety, wielką radość poznawania.
— Fenomenalne! — chwali mnie, kiedy kończę. — Szczygiełek! Ja to wszystko przemyślę, a później zapytam jeszcze raz…
Nawiasem mówiąc te jego samotne rozmyślania nad tym, co usłyszał (wściekły taniec mięśni twarzy, skomplikowane ornamenty z liści, patyków i kamieni), nasuwają mu czasami bardzo dziwne pytania. Na przykład teraz.
— Jak się dowiedziano, że ludzie myślą głową? — pyta Mały.
Jestem nieco zaskoczony i zaczynam pływać. Mały słucha mnie równie uważnie jak i poprzednio, powoli wypływam, zaczynam czuć pod nogami twardy grunt i wszystko idzie niby gładko, i niby obaj jesteśmy zadowoleni, ale kiedy kończę, Mały oświadcza:
Читать дальше