— Rozumiem — powiedział Gorbowski. — Znam twoje teorie i oceniam je bardzo wysoko. Wiem, w imię czego chcesz ryzykować. Ale musisz chyba się zgodzić, że ryzyko nie powinno przekraczać określonej granicy. Musisz zrozumieć, że od początku byłem po twojej stronie. Wiedziałem, że ryzykujemy, ogarniał mnie strach, ale ciągle myślałem — a nuż się uda? Co za perspektywy, co za możliwości! A jeszcze też myślałem, że zawsze zdążymy się wycofać na czas. Do głowy mi nie przyszło, że dzieciak może się okazać taki komunikatywny i że sprawa zajdzie tak daleko już po dwóch dobach… — Gorbowski przerwał. — Giennadij, a przecież kontaktu nie będzie. Pora odtrąbić odwrót.
— Kontakt będzie! — powiedział Komow.
— Kontaktu nie będzie — miękko, ale stanowczo powtórzył Gorbowski. — Przecież doskonale rozumiesz, Giennadij, że mamy do czynienie z hermetyczną cywilizacją, z rozumem zamkniętym w sobie.
— To nie hermetyczna cywilizacja, tylko quasihermetyczna — powiedział Komow. — Oni wysterylizowali planetę i wyraźnie utrzymują ją w takim stanie. Nie wiadomo dlaczego uratowali i wychowali Małego. Wreszcie dysponują zupełnie niezłą informacją o ludziach. To quasi-hermetyzm.
— No, Giennadij, absolutny hermetyzm jest pojęciem ściśle teoretycznym. Oczywiście, zawsze pozostaje jakaś tam funkcjonalna działalność skierowana na zewnątrz, na przykład sanitarno-higieniczna. Co zaś dotyczy Małego… Oczywiście, to tylko domysły, ale przecież jeśli cywilizacja jest dostatecznie stara, jej humanizm może się przerodzić w socjalny odruch bezwarunkowy, w instynkt społeczny. Dziecko zostało uratowane po prostu dlatego, że zaistniała potrzeba podjęcia takiej akcji…
— To jest niewykluczone — powiedział Komow. — Nie chodzi teraz o domysły. Ważne jest, że to quasi-hermetyzm, że istnieje furtka dla kontaktu. Oczywiście, proces zbliżenia będzie bardzo długotrwały. Być może będzie trzeba dwa, trzy razy więcej czasu niż dla zbliżenia ze zwyczajną, otwartą cywilizacją… Nie! Myślałem o tym wszystkim i chyba sam dobrze wiesz, że nic nowego mi nie powiedziałeś. Twoja opinia przeciwko mojej — i nic więcej. Ty proponujesz, żeby się wycofać, a ja proponuję, żeby tę jedyną szansę wykorzystać do końca.
— Giennadij, nie tylko ja myślę, że kontaktu nie będzie — bardzo cicho powiedział Gorbowski.
— A kto jeszcze? — z uśmieszkiem zainteresował się Komow. — August-Johann-Maria Bader?
— Nie, nie tylko Bader. Mówiąc szczerze, Giennadij, ukryłem przed tobą pewien atut… Nigdy ci nie przychodziło do głowy, że Szura Siemionow starł dziennik pokładowy nie na planecie, ale jeszcze w kosmosie — nie dlatego, że zobaczył rozumne potwory, ale dlatego, że zaatakowano go jeszcze w kosmosie i wtedy pomyślał, że na planecie panuje wysoko rozwinięta agresywna cywilizacja? Nam to do głowy przyszło. Nie od razu, rzecz jasna — początkowo po prostu wyciągnęliśmy słuszne wnioski z błędnych przesłanek, podobnie jak i ty. Ale jak tylko ta myśl przyszła nam do głowy, przystąpiliśmy do przeczesywania przestrzeni wokół planety. I oto dwie godziny temu otrzymaliśmy informację, że wreszcie go wykryto. — Gorbowski zamilkł.
Z gigantycznym wysiłkiem powstrzymywałem się, żeby nie krzyknąć „Kogo? Kogo wykryto?” Moim zdaniem Gorbowski czekał na taki okrzyk. Ale nie doczekał się. Komow milczał. Gorbowski musiał kontynuować.
— Był znakomicie zamaskowany. Pochłania prawie wszystkie promienie. Nigdy byśmy go nie znaleźli, gdybyśmy specjalnie nie szukali, zresztą i tak trzeba było zastosować coś zupełnie nowego — tłumaczyli mi, ale nie zrozumiałem, co konkretnie, jakiś tam próżniowy koncentrator. Krótko mówiąc, wymacaliśmy go i wzięliśmy na hol. Sputnik-automat, coś w rodzaju zbrojnego strażnika. Sądząc po niektórych detalach konstrukcyjnych, postawili go tu Wędrowcy. Bardzo dawno go postawili, setki tysięcy lat temu. Na szczęście dla uczestników projektu „Arka” był uzbrojony tylko w dwa pociski. Pierwszy został wystrzelony w niepamiętnych czasach i już teraz nigdy się nie dowiemy, do jakiego celu. Drugi zniszczył statek Siemionowa. Wędrowcy uważali tę planetę za zakazaną, nie umiem znaleźć innego wyjaśnienia. Pytanie — dlaczego? W świetle tego, co wiemy, odpowiedź może być tylko jedna — wiedzieli z własnego doświadczenia, że miejscowa cywilizacja jest niekomunikatywna, więcej — że jest zamknięta, więcej — że kontakt grozi tej cywilizacji poważnymi konsekwencjami. Gdyby po mojej stronie był tylko August-Johann-Maria Bader… Ale, o ile dobrze pamiętam, ty sam zawsze z wielkim szacunkiem wypowiadałeś się o Wędrowcach, Giennadij. — Gorbowski znowu zamilkł na moment. — Jednakże nie tylko o to chodzi. W innych warunkach nie bacząc na opinię Wędrowców moglibyśmy sobie pozwolić na bardzo ostrożne, delikatne próby rozhermetyzowania tej cywilizacji. W najgorszym wypadku nasze doświadczenie wzbogaciłoby się o jeszcze jeden negatywny rezultat. Postawilibyśmy tu jakiś znak ostrzegawczy i spakowalibyśmy manatki, żeby wrócić do domu. Byłaby to sprawa tylko między naszymi dwiema cywilizacjami… Ale rzecz w tym, że między naszymi dwiema cywilizacjami, jak między młotem a kowadłem, znalazła się teraz trzecia. I za tę trzecią, za jedynego jej przedstawiciela, Małego, już od kilku dni w całej pełni ponosimy odpowiedzialność.
Usłyszałem, jak Komow głęboko westchnął i nastąpiła długa cisza. Kiedy Komow odezwał się znowu, jego głos miał jakieś niezwykłe brzmienie, był jakby nadłamany. Zaczął mówić o Wędrowcach — najpierw wyraził zdziwienie, że Wędrowcy wystawiając wartownika poszli na ryzyko graniczące z przestępstwem, ale potem sam przypomniał sobie pośrednie dane, zgodnie z którymi Wędrowcy zawsze podróżują całymi eskadrami i każdy samotny gwiazdolot ich zdaniem może być tylko automatyczną sondą. Chwilę mówił również o tym, że i na Ziemi zbliża się do końca półwiekowa barbarzyńska epoka samotnych wypraw na wolny rekonesans — zbyt wiele ofiar, zbyt wiele głupich błędów, zbyt mało korzyści. „Tak — zgadzał się Gorbowski — ja również o tym myślałem”. Następnie Komow wspomniał o zagadkowych przypadkach znikania automatycznych zwiadowców skierowanych na niektóre planety. Ciągle jakoś nie mogliśmy się zebrać, żeby porządnie przeanalizować te fakty, a przecież teraz należy na nie spojrzeć z nowego punktu widzenia. „Słusznie! — z entuzjazmem przytaknął Gorbowski. — Jakoś o tym nie pomyślałem, a to niezmiernie interesująca myśl”. Porozmawiali o sputniku-automacie, zdziwili się, że miał tylko dwa pociski, spróbowali obliczyć, jakie w takim wypadku powinny być wyobrażenia Wędrowców o gęstości zaludnienia wszechświata, zdecydowali, że w ostatecznym rezultacie niezbyt się różnią od naszych wyobrażeń i z tego wynika niedwuznacznie, że Wędrowcy widocznie zamierzali tu powrócić, a jednak, nie wiadomo dlaczego, nie wrócili — możliwe, że rację ma Borowik, kiedy twierdzi, że Wędrowcy w ogóle opuścili Galaktykę. Komow półżartem wysunął teorię, że tubylcy to właśnie Wędrowcy, uspokojeni i nasyceni zewnętrzną informacją, zamknięci w sobie. Gorbowski znowu nawiązał do teorii Komowa i również żartem zaczął go wypytywać, jak należy oceniać taką ewolucję Wędrowców w świetle teorii pionowego postępu.
Potem porozmawiali o zdrowiu doktora M'Bogi, nieoczekiwanie przeskoczyli na uciszenie jakiegoś Wyspiarskiego Imperium i wspomnieli o roli, jaką w tym odegrał niejaki Karol Ludwig, którego nie wiadomo dlaczego również nazywali Wędrowcem, niepostrzeżenie od Karola Ludwiga przeszli do zagadnienia granic kompetencji Galaktycznej Rady Bezpieczeństwa, zgodzili się, że prerogatywy Rady dotyczą tylko cywilizacji humanoidalnych… Bardzo szybko przestałem rozumieć, o czym oni w ogóle mówią, a co najważniejsze — dlaczego o tym mówią.
Читать дальше