— No i co?
— Wszystko w porządku — odpowiedziała. Oczy miała przejrzyste i jakieś takie zdecydowane na wszystko.
— Myślę, że w końcu… — zacząłem i urwałem. — Majka — powiedziałem — zgubiłaś „trzecie oko”!
— Ja go nie zgubiłam — odparła Majka.
Rozdział VIII
WĄTPLIWOŚCI l DECYZJE
Mały szedł na zachód wzdłuż linii brzegu prosto przez wydmy i zarośla. Początkowo „trzecie oko” go interesowało. Przystawał, zdejmował przepaskę, obracał ją w dłoniach i wtedy na ekranie naszego odbiornika migało blade niebo, błękitno-zielona twarz-maska, oszroniały piasek. Potem Mały zostawił „oko” w spokoju. Nie wiem, czy poruszał się inaczej niż zwykle, czy niezupełnie dobrze założył przepaskę, ale miało się wrażenie, że obiektyw patrzy nie prosto, tylko nieco w prawo. Na ekranie podrygując płynęły jednakowe wydmy, zziębnięte krzaki, czasami wyrastały siwe szczyty gór albo pojawiał się nagle czarny ocean i rozjarzona biel lodowców na horyzoncie.
Moim zdaniem Mały szedł bez określonego celu, po prostu, gdzie oczy poniosą, byle dalej od nas. Kilkakrotnie wdrapywał się na wydmy i patrzył w naszą stronę. Na ekranie odbiornika zjawiał się wtedy oślepiająco biały kadłub naszego statku, srebrzysta wstęga pasa startowego, pomarańczowy Tom sieroco przytulony do muru nie wykończonej stacji meteorologicznej. Ale Małego na ekranie nie zobaczyliśmy.
Mniej więcej go godzinie Mały gwałtownie skręcił w kierunku gór. Teraz słońce świeciło prosto w obiektyw i widoczność pogorszyła się. Niebawem wydmy się skończyły, Mały szedł rzadkim zagajnikiem przeskakując zgniłe gałęzie, wśród skarlałych pni pokrytych plamistą odstającą korą, po ziemi przesyconej lodowatą wilgocią. Raz wspiął się na samotny granitowy głaz, stał na nim chwilę rozglądając się, potem zeskoczył, podniósł z ziemi dwa czarne, oślizgłe patyki i postukując nimi poszedł dalej. Początkowo stukanie było chaotyczne, później pojawił się w nim rytm, i na tle tego rytmu usłyszeliśmy, ni to brzęczenie, ni to buczenie. Dźwięk ten, nieprzerwany i nieprzyjemny, stawał się coraz głośniejszy. Najprawdopodobniej brzęczał i buczał sam Mały — być może była to piosenka, a być może rozmowa z samym sobą.
I tak szedł stukając, bucząc i brzęcząc, a między drzewami coraz częściej trafiały się zwały kamieni, omszałe głazy i olbrzymie złomy skalne. Potem nagle zobaczyliśmy na ekranie jezioro. Mały nie zatrzymując się szedł przed siebie, na moment zobaczyliśmy zmąconą wodę, następnie obraz zmętniał i zniknął — Mały dał nurka.
Siedział pod wodą bardzo długo, już myślałem, że utopił nadajnik i nic już więcej nie zobaczymy, ale po dziesięciu minutach obraz pojawił się znowu, mętny, rozmazany, przecięty strugami wody. Początkowo nic nie mogliśmy odróżnić, ale niebawem w prawej części ekranu ujrzeliśmy dłoń, na której wiła się i rzucała dziwaczna ryba z Panty.
Kiedy obiektyw „oka” oczyścił się ostatecznie, Mały biegł. Pnie drzew pędziły na nas i w ostatniej chwili umykały to w prawo, to w lewo. Mały biegł bardzo szybko, ale nie słyszeliśmy tupotu jego nóg, ani oddechu — tylko wiatr szumiał i przez gęstwę splątanych gałęzi migało słońce. Aż nagle stało się coś niepojętego — Mały jak wryty zatrzymał się przed szarym głazem i zanurzył w nim ręce po łokcie. Nie wiem, być może był tam dobrze zamaskowany otwór. Moim zdaniem nie było. Kiedy po kilku sekundach Mały wyjął ręce okazały się one czarne i błyszczące, i to czarne i błyszczące spływało mu z palców i ciężko, z wyraźnym stukiem, kapało na ziemię. Potem ręce znikły z naszego pola widzenia i Mały pobiegł dalej
Zatrzymał się przed dziwaczną konstrukcją, przypominającą krzywą wieżę i nie od razu dotarło do mnie, że to roztrzaskany „Pielgrzym”. Teraz na własne oczy zobaczyłem, jak strasznie ucierpiał przy upadku i co z nim zrobiły lata na tej planecie. Widok nie był przyjemny. Tymczasem Mały powoli zbliżył się, zajrzał w otwartą dziurę włazu — na chwilę ekran pogrążył się w nieprzeniknionych ciemnościach — następnie równie powoli obszedł nieszczęsny statek dookoła. Znowu stanął przed włazem podniósł rękę i przyłożył czarną dłoń z rozcapierzonymi palcami do zżartej korozją burty. Stał tak z minutę, znowu usłyszeliśmy jego brzęczenie i buczenie, i wydało mi się, że spod rozcapierzonych palców unoszą się smużki dymu. Wreszcie zabrał rękę i cofnął się o krok. Na martwym poczerniałym obiciu zobaczyliśmy wyraźny, wypukły ślad dłoni z rozcapierzonymi palcami.
— Och, ty mój świerszczyku za kominem — odezwał się głęboki baryton.
— Słoneczko! — zawtórował głos kobiecy.
Zapłakało dziecko.
Ślad dłoni gwałtownie uskoczył w bok i zniknął. Teraz na ekranie widzieliśmy nagie zbocze — poorany szczelinami granit, stare osypiska, kruszywo ostrych kamieni o połyskujących, strzaskanych krawędziach, kępki suchotniczej twardej trawy, głębokie, czarne szczeliny. Mały wspinał się na zbocze, spychany żwir sypał się w dół ekranu, słychać było równomierny głośny oddech, a potem ruch stał się płynny i szybki, zaczęło mi migać przed oczyma, zbocze nagle oddaliło się, spadając gdzieś w bok, w dół i usłyszeliśmy, ostry, chrapliwy, natychmiast urwany śmiech Małego. Mały leciał w powietrzu — co do tego nie mogło być wątpliwości.
Na ekranie błyszczało szaroliliowe niebo, a z boku pulsowały jakieś mętne na wpół przezroczyste strzępy, jak kawałki zakurzonego muślinu. Powoli w poprzek ekranu przepłynęło oślepiające liliowe słońce, zakurzony muślin zasłonił wszystko i nagle przepadł.
Daleko w dole zobaczyliśmy płaskowyż zasnuty fioletową mgiełką, straszliwe szramy przepastnych wąwozów, nieprawdopodobnie ostre szczyty pokryte wiecznymi śniegami — posępny, lodowaty świat uchodzący za horyzont, martwy, spękany, najeżony. I zobaczyliśmy potężne, lśniące, jakby polakierowane kolano Małego wiszące nad otchłanią i jego czarną dłoń mocno wczepioną w zmaterializowaną nicość.
Jeśli mam być szczery, w tym momencie przestałem wierzyć własnym oczom i spojrzałem w bok, żeby sprawdzić czy nagrywanie trwało. Ale Van der Hoose również miał niepewną minę, a Majka z niedowierzaniem mrużyła oczy i kręciła szyją, jakby ją uwierał kołnierzyk. Tylko Komow był idealnie spokojny i nieruchomy — siedział oparty łokciami o pulpit, brodę trzymał na splecionych palcach.
A Mały już spadał. Pędziła na nas kamienna pustynia, z lekka obracała się wokół niewidzialnej osi i było jasne, dokąd uchodziła ta oś — w czarną szczelinę, która rozłupała bure, zawalone odłamkami skał pole. Pęknięcie rosło, rozwierało się, oświetlona przez słońce jego krawędź wydawała się idealnie pionowa, a o tym, żeby zobaczyć dno, nie mogło być nawet mowy, panowała tam absolutna ciemność. I w tę ciemność gwałtownie śmignął Mały. Obraz znikł, Majka wyciągnęła rękę i dała powiększenie, ale i przy powiększeniu niczego nie można było zobaczyć oprócz spływających po ekranie niewyraźnych, szarych pasów. Następnie Mały wydał z siebie przeraźliwy krzyk i obraz znieruchomiał. „Rozbił się!” — pomyślałem z przerażeniem. Majka z całej siły wbiła mi paznokcie w nadgarstek.
Na ekranie widniały jakieś nieokreślone, nieruchome plamy, wszystko było szare i czarne, rozlegały się jakieś dziwne dźwięki — jakieś bulgoty, chrapliwe krakanie, syczenie. Pojawił się znajomy zarys dłoni z rozcapierzonymi palcami, zniknął. Niewyraźne plamy popłynęły jedna po drugiej przez ekran, krakanie i bulgotanie stawało się to głośniejsze, to cichsze, zapaliło się i zgasło pomarańczowe światełko, potem jeszcze jedno, jeszcze jedno… Coś krótko zaryczało i odezwało się zwielokrotnione echo. „Daj podczerwone” — przez zęby powiedział Komow. Majka złapała gałkę podczerwonego wzmacniacza i przekręciła ją do oporu. Ekran od razu pojaśniał, ale ja nadal nic nie rozumiałem.
Читать дальше