Wszystko wypełniała fosforyzująca mgła. Co prawda nie całkiem zwyczajna mgła, można było się w niej domyśleć jakiejś struktury — jakby wycinek żywej tkanki pod źle ustawionym mikroskopem — w tej mgle można było się dopatrzeć fragmentów jaśniejszych oraz ugrupowań ciemnych, pulsujących ziarenek, a wszystko to jakby wisiało w powietrzu, czasami niespodziewanie znikało i zjawiało się znowu, a Mały szedł przez tę mgłę, jak przez pustkę, szedł wyciągając przed siebie świecące ręce z rozcapierzonymi palcami, a palce te wibrowały i drgały w skomplikowanym wyraźnym rytmie, a wokół bulgotało, chrypiało, burczało i dźwięcznie tykało.
Mały szedł długo i nie od razu zauważyliśmy, że rysunek struktury blednie, rozpływa się i oto na ekranie pozostało już tylko mleczne podświetlenie i ledwie dostrzegalne zarysy rozcapierzonych palców Małego. A wtedy Mały stanął. Zrozumieliśmy, że stoi, ponieważ dźwięki przestały się przybliżać i oddalać. Te same dźwięki. Cała lawina, cała kaskada dźwięków. Chrapliwe pogłosy, basowe mamrotanie, zduszone piski… Coś pękło z cmoknięciem i rozleciało się na dźwięczne okruchy… bzykanie, skrzypy, uderzenia w miedziane gongi… A potem w równomiernym blasku przesiąknęły ciemne plamy, dziesiątki ciemnych plam, dużych i maleńkich, nabierały coraz wyraźniejszych kształtów, stawały się coraz bardziej podobne do czegoś zdumiewająco znajomego i nagle domyśliłem się, co to takiego. To było absolutnie niemożliwe, ale już nie mogłem odpędzić od siebie tej myśli. Ludzie. Dziesiątki, setki ludzi, cały tłum ustawiony w szeregach i widziany jakby trochę z góry… I wtedy coś się stało. Na jakiś ułamek sekundy obraz stał się zupełnie jasny. Na zbyt krótko zresztą, żeby można było zobaczyć cokolwiek. Następnie usłyszeliśmy rozpaczliwy krzyk, obraz przekręcił się i wszystko znikło. I w tej samej chwili wściekły głos Komowa zapytał:
— Dlaczego to zrobiłaś?
Ekran był martwy. Komow stał nienaturalnie wyprostowany, zaciśnięte pięści oparł o pulpit. Patrzył na Majkę. Majka była blada, ale spokojna. Również podniosła się z fotela i teraz stała przed Komowem twarzą w twarz. Milczała.
— Co się stało? — ostrożnie zapytał Van der
Hoose. Widocznie podobnie jak ja nic nie rozumiał.
— To albo chuligaństwo, albo… — Komow przerwał. — Usuwam cię z grupy kontaktu. Zabraniam ci opuszczać statek, wchodzić na mostek i na stanowisko DSB. Proszę stąd wyjść.
Majka, nadal bez słowa, odwróciła się i wyszła. Bez chwili namysłu ruszyłem za nią.
— Popow! — ostro powiedział Komow. Zatrzymałem się.
— Proszę natychmiast przekazać nagrania do Centrum. Jako pilne.
Patrzył mi prosto w oczy i poczułem się nieswojo. Takiego Komowa jeszcze nigdy nie widziałem. Taki Komow miał niewątpliwie prawo rozkazywać, zamykać w areszcie domowym i w ogóle dusić wszelki bunt w samym zarodku. Miałem uczucie, że zaraz rozerwę się na pół. — Jak Mały — przeleciało mi przez mózg
Van der Hoosc odkaszlnął i powiedział:
— E… Giennadij. Może jednak nie do Centrum? Gorbowski jest już przecież w Bazie. Może jednak do Bazy, jak sądzisz?
Komow nie patrzył na mnie. Jego zwężone oczy wyglądały jak kawałeczki lodu.
— Ach, tak, oczywiście — powiedział, zresztą absolutnie spokojnie. — Kopię do Bazy, dla Gorbowskiego. Dziękuję ci, Jakub. Popow, bierz się do pracy.
Nie pozostawało mi nic innego jak się stąd zabrać. Ale byłem niezadowolony. Gdybyśmy nosili wojskowe czapki jak w dawnych czasach, przekręciłbym ją daszkiem do tyłu. Ale nie miałem na głowie czapki, więc poprzestałem na tym, że wyjmując z rejestratora kasetę zapytałem z wyzwaniem:
— A co się właściwie stało? Co ona takiego zrobiła?
Przez czas jakiś Komow milczał. Już z powrotem siedział w swoim fotelu i przygryzając wargę stukał palcem po poręczy. Van der Hoose wichrząc bokobrody też patrzył na Komowa wyczekująco.
— Zapaliła reflektor — powiedział Komow. Nie od razu go zrozumiałem.
— Jaki reflektor?
Komow bez słowa pokazał palcem wciśnięty klawisz.
— A! — powiedział ze zmartwieniem Van der Hoose.
A ja nic nie powiedziałem. Wziąłem kasetę i usiadłem przy radiostacji. Nie było o czym mówić. Za mniejsze przewinienia ludzie z trzaskiem wylatywali z kosmosu. Majka zapaliła awaryjną lampę błyskową wmontowaną w przepaskę. I można sobie wyobrazić, jak się czuli mieszkańcy groty, kiedy w odwiecznym mroku na mgnienie oka zapłonęło maleńkie słońce. Zwiadowcę, który stracił przytomność, można odnaleźć z orbity nawet na oświetlonej stronie planety, kiedy nastąpi ten błysk… nawet, jeśli zwiadowcę zasypało… Taki reflektor wysyła promienie w diapazonie od ultrafioletu do UKF… Nie było jeszcze wypadku, żeby zwiadowcy nie udało się odstraszyć błyskiem najbardziej krwiożerczego drapieżnika. Nawet tachorga, który nie boi się niczego na świecie… „Zwariowała — pomyślałem z rozpaczą. — Zupełnie się zbiesiła…” Ale na głos powiedziałem (siadając wygodniej):
— Wielka mi historia! Nacisnęła niewłaściwy klawisz, omyliła się…
— Tak, rzeczywiście — poparł mnie Van der Hoose. — Na pewno tak właśnie było. Na pewno chciała włączyć reflektor podczerwieni… Klawisze są obok siebie… Jak sądzisz, Giennadij?
Komow milczał. Coś tam majstrował przy pulpicie. Nie chciałem na niego patrzeć. Włączyłem automat i demonstracyjnie odwróciłem się w drugą stronę.
— Nieprzyjemna historia… — mruczał Van der Hoose. — Rzeczywiście, przecież to może spowodować konsekwencje… Gwałtowny bodziec… Raczej nieprzyjemny… Hm… Ostatnio wszyscy jesteśmy nieco zdenerwowani. Nic dziwnego, że dziewczyna się omyliła… Wiesz, ja sam miałem ochotę coś zrobić… jakoś poprawić obraz… Biedny, Mały! Moim zdaniem to był jego krzyk…
— Proszę — powiedział Komow. — Możesz podziwiać. Trzy i pół klatki.
Było słychać zatroskane sapanie Van der Hoosego. Nie wytrzymałem i obejrzałem się. Nic nie było widać zza ich głów, więc wstałem i podszedłem. Na ekranie było to samo, co dostrzegłem w ostatnim mgnieniu oka, ale czego nie zdążyłem pojąć. Jakość obrazu była pierwszorzędna, ale nadal kompletnie nie rozumiałem, co to takiego. Ludzie, mnóstwo czarnych figurek, absolutnie identycznych, ustawionych jak na szachownicy. Stali, jakby na równym dobrze oświetlonym placu. Przednie figurki były większe, dalsze, zgodnie z prawami perspektywy, mniejsze. Zresztą szeregi wydawały się nieskończone i gdzieś daleko zlewały się w jednolite czarne pasy.
— To Mały — powiedział Komow. — Poznajecie?
Teraz mnie olśniło, rzeczywiście był to Mały, powtórzony niby w nieprzeliczonych lustrach, nieskończenie wiele razy.
— Przypomina wielokrotne odbicie — wymamrotał Van der Hoose.
— Odbicie… — powtórzył Komow, — A gdzie w takim razie odbicie lampy? I gdzie cień Małego?
— Nie wiem — uczciwie przyznał Van der Hoose. — Istotnie, cień powinien być.
— A co ty o tym myślisz, Staszek? — zapytał Komow nie odwracając się.
— Nic — powiedziałem krótko i wróciłem na swoje miejsce.
Ale naprawdę oczywiście myślałem, myślałem tak, aż mi mózg trzeszczał, nic jednak nie mogłem wymyśleć. Jeszcze najbardziej mi to przypominało formalistyczny rysunek piórkiem.
— Tak, niewiele się dowiedzieliśmy — powiedział Komow. — I nawet to ziarno, które nam się trafiło, okazało się nic nie warte.
— Oho-ho… — wymruczał Van der Hoose i wyszedł.
Ja też miałem ogromną ochotę wyjść i zobaczyć, jak tam Majka. Ale spojrzałem na chronometr — do końca nadawania zostało jeszcze z dziesięć minut. Komow szeleścił czymś i krzątał się za moimi plecami. Potem jego ręka wyciągnęła się nad moim ramieniem i położyła na pulpicie błękitny blankiet depeszy.
Читать дальше