Aż podskoczyłem.
— Jak to sam?
Przez jego twarz przeleciała błyskawiczna fala drgań, ramiona uniosły się i opadły.
— Nie ma słów powiedział. Kiedy chcę — latam…
— No więc poleć! — wyrwało mi się.
— Teraz nie chcę — powiedział niecierpliwie. — Teraz dla mnie przyjemność — z wami. — Zerwał się na nogi. — Chcę się bawić! — oznajmił. — Gdzie?
— Pobiegnijmy do statku — zaproponowałem.
Mały wydał z siebie przerażający okrzyk i echo nie zdążyło jeszcze zamrzeć wśród wydm, kiedy jak na wyścigi — pędziliśmy przez krzaki. Na Majkę ostatecznie machnąłem ręką — niech robi, co chce.
Mały śmigał między krzakami jak promień światła. Według mnie nie potrącił nawet jednej gałązki i ani razu nie dotknął stopą ziemi. Ja, zamotany w podgrzewaną elektrycznością dochę, przedzierałem się przez zarośla jak czołg pustynny. Próbowałem dogonić Małego, ale bez przerwy zbijały mnie z tropu fantomy, które zostawiał za sobą. Na skraju zarośli Mały przystanął, poczekał na mnie i powiedział:
— U ciebie też tak bywa? Budzisz się i wspominasz, że przed chwilą coś widziałeś? Czasami to jest dobrze znane. Na przykład jak latam. Czasami zupełnie nowe, czego nigdy nie widziałeś.
— Owszem, bywa odparłem łapiąc powietrze. — To się nazywa sen. Śpisz i widzisz sny.
Poszliśmy wolniej. Gdzieś z tyłu przez krzaki przedzierała się Majka.
— Skąd się to bierze? — zapytał Mały. — Co to takiego — sny?
— Niezwykłe kombinacje zwykłych wrażeń — wyrecytowałem.
Mały oczywiście nie zrozumiał i trzeba było zrobić mu jeszcze jeden wykład o tym, czym są sny, jak powstają, po co są potrzebne i jak źle byłoby ludziom, gdyby nie było snów.
— Cheshirski kot! Ale ja ciągle nie rozumiem, dlaczego widzę we śnie to, czego nigdy nie widziałem.
Majka dogoniła nas i w milczeniu poszła razem z nami.
— Na przykład? — zapytałem.
— Czasem mi się śni, że jestem wielki, ogromny, że rozmyślam, że pytania przychodzą do mnie jedno za drugim, olśniewające pytania, zupełnie niezwykłe i że ja znajduję odpowiedzi, niezwykłe odpowiedzi i że bardzo dobrze widzę, jak z pytania powstaje odpowiedź. To największa przyjemność, kiedy wiesz, jak z pytania powstaje odpowiedź. Ale kiedy się budzę, nie pamiętam ani pytań, ani odpowiedzi. Pamiętam tylko przyjemność.
— Ta-ak powiedziałem wymijająco. Interesujący sen. Ale nie umiem ci go wytłumaczyć. Zapytaj Komowa. Może on będzie umiał.
— Komowa… Co to takiego — Komow?
Musiałem mu wytłumaczyć nasz system imion. Już bagno zostało za nami, mieliśmy przed sobą statek i pas startowy. Kiedy skończyłem mówić, Mały nagle odezwał się ni z tego, ni z owego.
— Dziwne. Nigdy jeszcze tak ze mną nie było.
— Jak?
— Żebym czegoś chciał dla siebie i nie mógł.
— A czego ty chcesz?
— Chcę się rozdzielić na pół. Teraz jestem jeden, a chcę żeby było dwa.
— E, bracie — powiedziałem. — Nie masz nawet co się starać. To niemożliwe.
— A gdyby możliwe? Dobrze czy źle?
— Źle, oczywiście — powiedziałem. — Niezbyt dokładnie rozumiem, co chcesz powiedzieć… Można rozerwać się na pół. To bardzo źle. Można zachorować, to się nazywa rozdwojenie jaźni. To też źle, ale można poprawić.
— Boli? — zapytał Mały.
Weszliśmy już na pas. Tom sunął nam na spotkanie tocząc przed sobą piłkę i radośnie migając światełkami sygnalizacyjnymi.
— Daj sobie z tym spokój powiedziałem. — W całości też jesteś dobry.
— Nie. Niedobry — zaprzeczył Mały, ale w tym momencie nadjechał Tom i zaczęła się zabawa.
Jak grad posypały się pytania. Nie nadążałem z odpowiedziami. Tom nie nadążał z wypełnianiem poleceń. Piłka nie nadążała dotykać ziemi. Tylko Mały nadążał ze wszystkim.
Z boku wyglądało to na pewno bardzo wesoło. Zresztą naprawdę było nam wesoło, nawet Majka w końcu jakoś się wpiągnęła. Zapewne robiliśmy wrażenie podrostków, którzy zwagarowali z lekcji i pobiegli na brzeg oceanu. Początkowo czuliśmy jeszcze skrępowanie, przeszkadzała nam świadomość, że to nie jest zabawa, tylko praca, że każdy nasz ruch jest śledzony, że między nami a Małym legło coś ciężkiego, niedopowiedzianego, ale potem jakoś to wszystko poszło w niepamięć. Została tylko piłka lecąca ci prosto w twarz, entuzjazm po udanym rzucie, została złość na niezgrabnego Toma, zostało dzwonienie w uszach od dziarskiego pohukiwania i ostry, urywany śmiech Małego — pierwszy raz usłyszeliśmy wtedy jego śmiech, nieopanowany, zupełnie dziecinny…
To była dziwna zabawa. Mały sam na poczekaniu wymyślał jej zasady. Okazał się nieprawdopodobnie wytrzymały i zawzięty, nie przepuszczał żadnej okazji, żeby nam zademonstrować swoją przewagę fizyczną, narzucił nam współzawodnictwo, i jakoś tak samo przez się wyszło, że grał sam jeden przeciwko naszej trójce, a myśmy ciągle przegrywali. Najpierw Mały wygrywał, ponieważ chcieliśmy, żeby wygrał. Potem wygrywał, ponieważ nie rozumieliśmy jego zasad. Potem zrozumieliśmy zasady, ale Majce i mnie przeszkadzały dochy. Potem doszliśmy do wniosku, że Tom jest zbyt niezgrabny i wyrzuciliśmy go z gry. Majka wpadła w zapał i zaczęła grać na pełny regulator, ja również robiłem, co w mojej mocy, ale nadal traciliśmy punkt za punktem. Nic nie mogliśmy zrobić z tym błyskawicznym diabełkiem, który odbierał każdą piłkę, sam bił bardzo mocno i precyzyjnie, wrzeszczał z oburzeniem, jeśli piłka zatrzymywała się w naszych rękach ponad sekundę, i zbijał nas z pantałyku swoimi fantomami albo co gorsze, umiejętnością błyskawicznego znikania i równie błyskawicznego pojawiania się w zupełnie innym miejscu. Naturalnie nie poddawaliśmy się, para buchała z nas jak z lokomotyw, spływaliśmy potem, traciliśmy oddech, wymyślaliśmy sobie, ale walczyliśmy do ostatniego tchu. I nagle wszystko się skończyło. Mały stanął, odprowadził wzrokiem piłkę i usiadł na piasku.
— To było dobrze — powiedział. — Nigdy nie wiedziałem, że może być tak dobrze.
— Co? — zawołałem zdyszany. — Zmęczyłeś się, Mały?
— Nie. Przypomniałem sobie. Nie mogę zapomnieć. Nie pomaga. Żadna przyjemność nie pomaga. Więcej mnie nie wołaj do zabawy. Źle mi, a teraz jeszcze gorzej. Powiedz mu, żeby myślał szybciej. Ja się rozerwę na pół, jeśli on szybko nie wymyśli. Wszystko mnie w środku boli. Ja chcę się rozerwać, ale się boję. Dlatego nie mogę. Jeśli będzie bardzo bolało, przestanę się bać. Niech on myśli szybko.
— No, co z tobą, Mały? — zapytałem rozstrojony. Niedokładnie rozumiałem, co z nim się dzieje, ale widziałem, że naprawdę jest mu źle. — Przestań o tym myśleć! Po prostu nie przyzwyczaiłeś się do ludzi. Trzeba się częściej spotykać, więcej bawić się razem…
— Nie — powiedział Mały i wstał. — Więcej nie przyjdę.
— Ale dlaczego? — krzyknąłem. — Przecież było dobrze! Będzie jeszcze lepiej Są jeszcze inne zabawy, nie tylko piłką, kółkiem, skrzydłami!
Mały powoli odchodził od nas.
— Są jeszcze szachy! — mówiłem pośpiesznie do jego pleców. — Wiesz, co to są szachy? To najwspanialsza gra, liczy sobie tysiące lat!
Mały stanął. Z natychmiastowym pośpiechem zacząłem mu tłumaczyć, czym są szachy — zwykłe szachy, trójwymiarowe szachy, n-wymiarowe szachy…
— Tak — odezwał się wreszcie Mały. — Ja przyjdę.
I już nie zatrzymując się więcej powlókł się noga za nogą w stronę grzęzawiska. Jakiś czas patrzyliśmy w ślad za nim, a potem Majka krzyknęła,Mały!” zerwała się z miejsca, dogoniła go i dalej poszli razem. Podniosłem z ziemi swoją dochę, ubrałem się, znalazłem dochę Majki i niezdecydowanie ruszyłem za nimi. Czułem w duszy jakiś nieprzyjemny osad, ale nie rozumiałem dlaczego. Niby wszystko skończyło się dobrze — Mały obiecał wrócić, to znaczy, że mimo wszystko przywiązał się do nas, to znaczy, że bez nas jest mu znacznie gorzej niż z nami… Zobaczyłem, że Majka stanęła, a Mały powlókł się dalej. Majka zawróciła, objęła dłońmi ramiona, pobiegła mi na spotkanie. Podałem jej dochę i zapytałem:
Читать дальше