A Komow też jest dobry, sunie jak czołg, nikogo się nie poradzi, nic nie wytłumaczy… Nie-e, nie doczekacie się, żebym jeszcze kiedyś brał udział w kontaktach! Jak tylko skończy się to całe zawracanie głowy, natychmiast zgłaszam się do realizacji projektu „Arka-2”… Już przeżywałem w wyobraźni cudowne życie przy projekcie,Arka-2”, już widziałem, jak pracujemy z Tanią, z Wadikiem, z genialną Ninon wreszcie. Będę pracować jak koń, bez żadnej tam filozofii, będę myśleć tylko o pracy. Żadnych kontaktów!
Niepostrzeżenie zasnąłem i spałem niczym suseł, jak zwykł mawiać mój pradziadek. W końcu z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin przespałem nie więcej niż cztery. Van der Hoose ledwie się mnie dobudził. Pora była na wachtę. — A Majka? — zapytałem niezupełnie obudzony, ale natychmiast ugryzłem się w język. Zresztą Van der Hoose udał, że nie dosłyszał.
Wziąłem natrysk, ubrałem się i poszedłem na mostek. Ogarnęło mnie znowu nieprzyjemne uczucie. Nie miałem ochoty nikogo widzieć. Van der Hoose zdał wachtę i poszedł spać, oznajmiwszy mi, że wokół statku nic się nie dzieje i że za sześć godzin zmieni mnie Komow.
Była dokładnie dwudziesta druga zero-zero według czasu pokładowego. Na ekranie zapalały się zorze nad górami, wiał silny wiatr od oceanu, rwał w strzępy czapę mgły nad gorącą topielą, przyciskał nagie krzaki do przemarzłego piasku, rzucał na plażę ochłapy błyskawicznie zamarzającej piany, a na pasie startowym, lekko pochylony pod wiatr, tkwił samotny Tom. Wszystkie jego światła sygnalizacyjne zawiadamiały, że jest bezrobotny, że nie ma do wykonania żadnych zadań i że w każdej chwili gotów jest wypełnić dowolne polecenie. Bardzo smutny widok. Włączyłem zewnętrzne mikrofony, z minutę słuchałem wycia oceanu, świstu wiatru, stukania lodowatych kropli po pancerzu statku i wyłączyłem się znowu.
Spróbowałem wyobrazić sobie, co teraz robi Mały, przypomniała mi się gorąca mgła niczym plaster miodu, rozmazane zgęszczenia światła — a ściślej nie światła oczywiście, tylko ciepła, i to równomierne lśnienie wypełnione kaszą dziwacznych dźwięków, zagadkowe szeregi lustrzanych odbić, które nie były odbiciami… No cóż, tam mu jest na pewno ciepło, przytulnie, swojsko i ma, och, ma nad czym porozmyślać. Ukrył się na pewno w jakimś kamiennym kącie i ciężko przeżywa krzywdę, którą mu wyrządziła Majka. („Mam-ma…” — „Tak, słoneczko” — przypomniałem sobie.) Z punktu widzenia Małego to wszystko musiało wyglądać wyjątkowo nieuczciwie. Ja bym na jego miejscu już nigdy tu nie wrócił… A przecież Komow tak się ucieszył, kiedy Majka założyła Małemu swoją przepaskę. „Brawo!” — powiedział. To niezła szansa, ale ja bym nie zaryzykował… Zresztą wszystko jedno i tak by nic z tego nie wyszło. Konstruktorzy TN mogli się lepiej popisać. Na przykład obiektyw powinien być stereo… chociaż z drugiej strony, TN jest przewidziany do zupełnie innych celów… Ale coś niecoś udało się podpatrzyć, mimo wszystko się udało. Powiedzmy — jak Mały lata. Tylko — w jaki sposób lata, dlaczego lata, na czym lata? I ta scena przy roztrzaskanym „Pielgrzymie”… Planeta niewidzialnych. Niewątpliwie można by tu zaobserwować wiele ciekawych rzeczy, gdyby Komow pozwolił wypuścić wartownika-zwiadowcę. Może teraz pozwoli? Zresztą nawet nie jest konieczny wartownik-zwiadowca. Na początek wystarczy się przejechać lokatorem-próbnikiem po horyzoncie…
Zaśpiewał sygnał wywoławczy. Podszedłem do radiostacji. Nieznajomy głos bardzo uprzejmie, powiedziałbym nawet — nieśmiało, poprosił Komowa.
— Kto będzie mówić? — zapytałem niezbyt serdecznie.
— Jeden z członków Komisji Do Spraw Kontaktów, moje nazwisko Gorbowski. — Aż usiadłem. — Bardzo chciałbym mówić z Giennadijem Juriewiczem. Ale może on śpi?
— W tej sekundzie — wymamrotałem. — W tej chwili… — Pośpiesznie włączyłem radio wewnątrzpokładowe. Komow na mostek. Pilne wezwanie z Bazy.
— Nie takie znowu pilne — zaprotestował Gorbowski.
— Przy mikrofonie Leonid Andriejewicz Gorbowski! — uroczyście zameldowałem w mikrofon, żeby Komow nie marudził zbyt długo.
— Młody człowieku! — powiedział Gorbowski.
— Na wachcie Stanisław Popow, technik-cybernetyk! — zameldowałem. — W czasie mojej wachty nic szczególnego nie zaszło!
Gorbowski milczał chwilę, potem powiedział niepewnie:
— Spocznij…
Usłyszałem pośpieszne kroki i na. mostek szybko wszedł Komow. Zmizernial, spojrzenie miał szklane, pod oczami ciemne kręgi. Wstałem i ustąpiłem mu miejsce.
— Komow słucha — powiedział. — To ty Leonid?
— To ja, dzień dobry… — odezwał się Gorbowski. — Słuchaj, Giennadij, czy nie można czegoś zrobić, żebyśmy się widzieli? Tu są jakieś guziczki…
Komow tylko spojrzał na mnie i moje ręce same sięgnęły do pulpitu i włączyły wizję. My, radiotelegrafiści, zwykle mamy wizję wyłączoną. Z różnych powodów.
— Aha — z zadowoleniem powiedział Gorbowski. — Teraz zaczynam cię widzieć.
Na naszym ekranie też pojawił się obraz — twarz znana mi z portretów i opisów, wydłużona i jakby lekko zapadnięta, twarz Leonida Andriejewicza. Co prawda na portretach przypominał raczej antycznego filozofa, a teraz miał minę nieco smętną, rozczarowaną, a na jego szerokim kaczym nosie ku mojemu zdumieniu widniało zadrapanie — moim zdaniem całkiem świeże. Kiedy obraz stał się dostatecznie ostry, cofnąłem się i cichutko usiadłem w fotelu wachtowego. Miałem fatalne przeczucie, że za moment zostanę wyrzucony, i dlatego w skupieniu oddałem się obserwacji szalejącego huraganu.
Gorbowski powiedział:
— Po pierwsze, chciałem ci ogromnie podziękować, Giennadij. Przejrzałem wszystkie twoje materiały i muszę ci powiedzieć, że to coś zupełnie unikalnego. Niezwykle interesujące. Pomysłowe, znakomite…
— Miło mi — powiedział krótko Komow. — Ale?
— Dlaczego „ale”? — zdziwił się Gorbowski. — „I” chcesz powiedzieć. I większość członków Komisji jest tego samego zdania. Trudno uwierzyć, że taka kolosalna praca została wykonana w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
— To nie moja zasługa — sucho powiedział Komow. — Sprzyjający zbieg okoliczności, to wszystko.
— No, nie — żywo zaprzeczył Gorbowski. — Musisz przyznać, że z góry wiedziałeś, z kim będziesz miał do czynienia. To nie takie proste — wiedzieć z góry. A poza tym twoje zdecydowanie, intuicja… energia…
— Czuję się pochlebiony — powiedział Komow odrobinę podnosząc głos.
Gorbowski zamilkł i nagle bardzo cicho zapytał:
— Giennadij, jak sobie wyobrażasz dalsze losy Małego?
Przekonanie, że natychmiast, w tejże sekundzie, w mgnieniu oka, błyskawicznie i bez żadnych ceregieli poproszą mnie o opuszczenie mostka, przerodziło się w złowieszczą pewność. Skuliłem się i wstrzymałem oddech.
Komow powiedział:
— Mały będzie pośrednikiem między Ziemią a tubylcami.
— Rozumiem — powiedział Gorbowski. — To byłoby cudownie. A jeśli kontaktu nie będzie?
— Słuchaj — powiedział Komow twardo — porozmawiajmy szczerze. Powiedzmy głośno to, o czym obaj teraz myślimy i to, czego boimy się najbardziej. Ja staram się przekształcić Małego w narzędzie Ziemi. W tym celu wszystkimi dostępnymi mi środkami i bez żadnego miłosierdzia, jeśli tak można powiedzieć, staram się odrodzić w nim człowieka. Cała trudność polega na tym, że ludzka psychika, ludzki, ziemski stosunek do świata są w najwyższym stopniu obce tubylcom, którzy wychowali Małego. I tym stosunkiem do nas przepojona jest cała podświadomość Małego. Na szczęście czy też na nieszczęście tubylcy zostawili Małemu dostatecznie wiele ludzkich cech, żebyśmy mieli możność opanowania jego świadomości. Sytuacja, która powstała obecnie, to sytuacja krytyczna. Świadomość Małego należy do nas. Podświadomość do nich. Konflikt jest bardzo trudny i ryzykowny, świetnie zdaję sobie z tego sprawę, ale ten konflikt można rozwiązać. Trzeba mi jeszcze dosłownie kilku dni, żeby przygotować Małego. Wyjaśnię mu faktyczny stan rzeczy, wyzwolę jego podświadomość i Mały ostatecznie i do końca zostanie naszym współpracownikiem. Musisz przecież rozumieć, jaką wartość przedstawia dla nas taka współpraca… Przewiduję wiele trudności. Na przykład podświadome odtrącanie nas teoretycznie może się przerodzić — kiedy już wyjaśnimy mu faktyczny stan rzeczy — w świadome pragnienie bronienia przed nami swego „domu”, swoich zbawców i piastunów. Być mo-może powstaną nowe niebezpieczne napięcia. Ale pewien jestem, iż zdołamy przekonać Małego, że nasze cywilizacje są równorzędnymi partnerami, razem ze swoimi wartościami i niedostatkami, i że w takim razie on jako pośrednik będzie mógł przez całe życie czerpać zarówno od jednej, jak i od drugiej strony, nie lękając się ani o jednych, ani o drugich. Mały będzie dumny ze swojej niezwykłej pozycji, jego życie będzie intensywne i szczęśliwe… — Komow zamilkł. — Musimy zaryzykować. To nasz obowiązek. Podobny przypadek więcej nigdy się nie zdarzy. Taki jest mój punkt widzenia.
Читать дальше