– Powiem.
– Nie ośmielisz się!
– Zobaczymy!
Gdybym była bryłą lodu, stopiłabym się pod jego spojrzeniem. A potem odwrócił się gwałtownie i odszedł, nie oglądając się za siebie. I tak przy pełnym braku aprobaty ze strony władzy wewnętrznej i zewnętrznej Dogewa znalazła się całkowicie w moim władaniu.
A dzień dopiero się zaczynał, w związku z czym można było spędzić go z jak największym pożytkiem!
Tak więc, skoro już wpakowałam głowę w paszczę wampira, co przeszkadza mi przeliczyć jego zęby? Innymi słowy, pozbawiona możliwości przysłużenia się społeczeństwu, postanowiłam zająć się samokształceniem.
I póki mnie nikt nie rusza, zebrać materiały do pracy zaliczeniowej.
Zaczęłam od podstawowych prawd. “Krwiopijcy" Idora zostali wykorzystani jako poradnik praktyczny. Sumiennie przestudiowałam księgę od deski do deski, podkreśliłam kluczowe ustępy i udałam się, by je zanegować.
Jako pierwszy i podstawowy domowy środek obrony przed wampirami w książce wymieniono czosnek. Najuważniej jak mogłam przekopałam się przez rozdział, ale nigdzie nie znalazłam określenia jego rodzaju. Czy powinien być zimowy czy letni? Wyhodowany z ząbka, czy z odroślą? Czy do obrony nada się zielona nać? A niedojrzałe różowawe główki i kwiaty? Dla czystości eksperymentu wzięłam klasyczną ciężką i soczystą główkę zeszłorocznego czosnku z przypalonymi korzeniami. Pozostało tylko oszacować stopień efektywności oraz promień działania i tym właśnie się zajęłam, wybrawszy w charakterze wampira doświadczalnego moją gospodynię. Zajrzawszy przez okno od podwórka, zobaczyłam ją przy piecu w otoczeniu dymiących kociołków i posiekanych warzyw. Schowawszy główkę do lewej kieszeni kurtki, w milczeniu przedefilowałam obok Kryny, patrząc dokładnie obok niej na leżący koło lustra grzebień.
Żadnego efektu. Uczesawszy się dla niepoznaki, skomplikowałam doświadczenie, przesunąwszy czosnek do ręki. Widocznie trzymałam go niewłaściwie, bo znowu nie podziałał. Na podwórku dokładnie obejrzałam sobie leczniczą bulwę. Nie miała żadnych zewnętrznych wad, w związku z czym coś się chyba zepsuło od wewnątrz.
Wybrałam najbardziej podejrzany ząbek, rozpłaszczyłam obcasem i obejrzałam sobie smętny wynik. Hm, czosnek lepszej jakości mi się w życiu nie trafił. Może na wampiry działa właśnie tłuczony czosnek? Złożywszy się na ołtarzu nauki, dokładnie przeżułam jeden ząbek, po czym nawiedziło mnie straszne podejrzenie, że jedynym wampirem w Dogewie jestem ja. Zalatując czosnkiem i próbując nie wąchać wydychanego powietrza, podeszłam do Kryny i niewinnie patrząc jej w oczy spytałam, czy szanowna gospodyni doświadczalna nie potrzebuje przypadkiem mojej skromnej pomocy.
Potrzebowała i to bardzo. Sos do mięsa po dogewsku już się gotował, a o czosnku do niego zapomniała, teraz więc próbowała rozerwać się pomiędzy piecem i deską do krojenia, na której rozłożone były ząbki.
Cóż, wynik negatywny to też jakiś wynik. Nie bez trudu pozbyłam się posmaku czosnku w ustach i przeszłam do drugiej serii doświadczeń. Tym razem w dziedzinie optyki. Czy wampiry odbijają się w lustrach? W pokoju na drzwiach szafy wisiało średniej wielkości lustro w drewnianej ramie, ale nigdy nie widziałam, żeby Kryna się w nim przeglądała. Może powieszono je właśnie w oczekiwaniu na mój przyjazd? Zdjęłam lustro z gwoździa. Na drzwiach pozostała ciemna okrągła plama. Znaczy, jednak jest tu od dawna. Ale po co? Żeby malować niewidzialne wargi? Skubać niewidzialne brwi? Siadłam plecami do kuchni i postawiłam lustro na kolanach. Przeważającą część błyszczącego owalu zajmowało moje smętne oblicze ze śladami pełnego uciech życia. Przesunęłam lustro trochę wyżej, jednocześnie odchylając się na bok i na tafli pojawił się róg pieca. Po długich wysiłkach, prawie że wykręcając sobie rękę i szyję, zdołałam złapać w pole widzenia całą kuchnię. Czosnek leżał na stole. Drzwiczki pieca były otwarte i z półokrągłego otworu wydobywał się biały słodkawy dym. Poczułam ssanie w żołądku. Kryna rzeczywiście nie odbijała się w lustrze. Nie odwracając się, słyszałam, jak kręci się po kuchni, szeleszcząc fartuchem i cicho nuci rytmiczną piosenkę. Zrobiło mi się jakoś nieswojo (to bardzo przerażające – znajdować się w pokoju z kimś niewidocznym) i ukradkiem obejrzałam się przez ramię. To, co zobaczyłam, wywołało we mnie atak paniki. Kuchnia była pusta, a śpiew i szelest nie cichły nawet na chwilę. Zastygłam z lustrem w objęciach, jak bazyliszek, któremu zdarzyło się zobaczyć swoje odbicie.
Doprowadziwszy mnie do stanu przedzawałowego, gospodyni wyszła zza pieca, pewnym chwytem trzymając patelnię. Z ciekawością zajrzałam w mroczne odmęty lustra. I tak oto rozwiał się kolejny wspaniały mit o wampirach.
Z ulicy dobiegł mnie radosny dziecięcy pisk, wysoki kobiecy głos rzucający wyjątkowo twórcze przekleństwa, po czym od razu kilka głosów, dorosłych i dziecięcych, nierównym chórem wykrzyczało moje imię. Rzuciłam lustro na łóżko i przez okno wyskoczyłam na dwór.
Moja bezcenna, wybredna kobyłka z apetytem przeżuwała jakąś szmatę, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozchełstaną kobietę, która przekleństwami dowodziła swojego prawa do owej rzeczy, z jakiegoś powodu bardzo drogiej jej sercu. Z poszczególnych wrzasków dowiedziałam się, że niecałe pięć minut temu szmata była odświętnym fartuchem i świeżo wyprana wisiał na sznurku koło domu sąsiadów. Za diabła nie wiem, co takiego ujrzała w niej Stokrotka. Do tego dnia nie zauważyłam, by tak gorącą namiętnością pałała do wypranej bielizny. Była właścicielka fartucha zobaczyła mnie i przeniosła swój sprawiedliwy gniew z końskiej głowy na ludzką. Zgadza się, źle przywiązałam kobyłę. Zgadza się, nie karmiłam jej od rana. Ale po co od razu kląć?
Na mój widok Stokrotka wypluła fartuch z takim spojrzeniem, jakby zaczęła cały ten spektakl wyłącznie po to, by mnie ukarać. Sąsiadka obejrzała smętne resztki, rzuciła fartuchem prosto w moją twarz i nie przebierając w słowach, poinformowała, jak bardzo niepowetowaną stratę poniosła z powodu mojej pustej głowy. Pogładziłam fartuch dłonią, szepcząc formułę i zwróciłam właścicielce cały i nienaruszony. Ale okazało się, że pogodzenie się z utratą straty było dla niej trudniejsze, niż ze stratą jako taką. Jednak, jak to się mówi, jest trochę dobrych wampirów na tym świecie i w mojej obronie wystąpili sąsiedzi, którzy śledzili rozwój wydarzeń. Awanturnica zgarnęła fartuch i oddaliła się, nadal mrucząc coś pod nosem.
– Dziecko, nie zwracaj na nią uwagi – poradziła ściągnięta hałasem Kryna. – Ona jest półkrwi. Pół wampir, pół troll. Sama wiesz, jacy oni są zrzędliwi.
Zgadza się, większych krzykaczy niż trolle faktycznie by trzeba ze świecą szukać. Mogą się z nimi równać chyba tylko ludzkie przekupki. Ale tym niemniej trolle uważa się za istoty znacznie mniej groźne niżeli wampiry, a po szkole w tajemnicy, pod ławkami, wędruje sobie z rąk do rąk “Mały słownik przekleństw trolli". I tenże “Mały" słownik zawiera więcej przekleństw niż ludzki “Wielki". Bo taki też istnieje. Czytałam. Ponieważ los często rzuca praktykujących magów w miejsca, których mieszkańców naprawdę trudno jest zrozumieć bez uprzedniej lektury tych dwóch tomów.
– Zabrałabyś ją, dziecko, do tabunu – ze współczuciem powiedziała Kryna, patrząc na moją zasmuconą twarz. – Środek miasta to nie miejsce dla koni.
– A to gdzie?
– Piąta ścieżka na północnym ramieniu krzyża.
Читать дальше