Niechby to raczej było oko.
Brukselka w chrupiącym cieście. Trzy dni temu akurat strułam się kapustą w kiepskiej gospodzie, i teraz robiło mi się niedobrze na samą myśl o niej. A tu – w ustach… Zgodnie z zasadami dobrego wychowania podniosłam do ust serwetkę, dyskretnie wyplułam na nią wspaniałe danie, zmięłam i rzuciłam do specjalnej urny pod oknem.
– Czy mogłabym prosić o szklankę wody? – spytałam, odsuwając talerz.
Sąsiad chętnie sięgnął po kryształową karafkę i do szklanki obfitym strumieniem lunęło coś czerwonego, gęstego i stanowczo pochodzenia arterialnego.
– Dz… dziękuję – wykrztusiłam z trudem, zaglądając do kielicha. A co to za cholera? Przypadkiem nie skrzepnie? Wychyliłam się trochę do przodu i zauważyłam lekki uśmiech na twarzy władcy. Len mrugnął do mnie pokrzepiająco i uciekł spojrzeniem. Nieśmiało pociągnęłam łyk ze szklanki. Do niczego niepodobne, jakiś sok j niby rosół, tylko czerwony. I można tylko mieć szczerą nadzieję, że posmak hemoglobiny mi się tylko przywidział. Odwróciłam się z powrotem w kierunku Lena, ale zasłonił go nachylający się nad stołem wampir, z namaszczeniem grzebiący widelcem w półmisku parujących schabowych.
Tymczasem na stole pojawiła się opleciona butla z szyjką z ciemnego szkła, zamknięta szerokim korkiem. Machinalnie poszukałam spojrzeniem otwieracza, ale jeden z wampirów wsadził w korek parę długich, lekko wygiętych białych kłów z górnej szczęki. Weszły jak nóż w masło. Pewne problemy pojawiły się przy uwalnianiu korka, ale i tu poradził sobie z obojętnością zawodowca, od niemowlęctwa mającego do czynienia zarówno z szyjkami panien, jak i butelek. W pobliżu stały delikatne pękate kielichy na wysokich nóżkach i butelka zabulgotała melodyjnie, pozbywając się zawartości. Mnie poczęstowano jako pierwszą, a potem napełniono kielichy, zaczynając od przeciwnego krańca stołu, przy którym siedzieli władca i Starsi.
Kielich rzucał na obrus rubinowy cień. Len podniósł go w dłoniach jak pąk pąsowej róży.
– Wolho, pani zdrowie. Niech będzie ono tak samo mocne jak pani panowanie nad sobą.
Wampiry wypiły moje zdrowie z zatrważającym wręcz entuzjazmem. Wino okazało się gęste, cierpko-słodkie, z posmakiem liści wiśni i czarnej porzeczki. I krwi.
Starsi rzucali Lenowi gniewne spojrzenia. Krótkość toastu graniczyła ze zniewagą, a rozumieć go można było na różne sposoby. Ja sama usłyszałam zawoalowany przytyk. Przytyk sprawiedliwy. Starczy tego myślenia o krwiopijstwie, precz z wegetarianami!
– Panie Eriusie, czy mogłabym prosić o podanie mi kawałka tamtej wspaniałej szynki? I jeszcze trochę sałatki, bardzo proszę.
– Panno Wolho, wiem, że to niestosowne pytanie… Ale ile pani ma lat? – zapytał niebieskooki Starszy.
– Eee… Dwadzieścia. – Nie skłamałam. Zaokrągliłam.
Ktoś gwałtownie zakasłał, zakrztusiwszy się moją szczerością.
– A dlaczego pan pyta? – rzuciłam obojętnie, zagryzając sałatkę kromką chleba.
– Jest pani jeszcze bardzo młoda – ostrożnie powiedział Starszy.
– Rzecz ulotna, zestarzeć się zawsze zdążę.
Był to żart, ale chyba nie najlepszy, bo epidemia kaszlu wybuchła już w trzech miejscach.
– Tak, oczywiście – mruknął Starszy, wymieniając z kolegami z Rady wiele znaczące spojrzenia.
– Dla maga najważniejszy jest nie wiek, a wrodzone zdolności – ogłosiłam dumnie, przełykając odrobinę nalewki hemoglobinowej.
– Mało prawdopodobne, by się pani tutaj przydały.
– Jak mam to rozumieć? A potwór?
– Jaki potwór? – sztucznie zdziwił się Starszy.
– Właśnie to zamierzam sprawdzić.
– Nie rozumiem, o czym pani mówi. – Starszy opuścił oczy i teraz wodził nożem po talerzu, krojąc schabowy na kawałki. Zapatrzyłam się na niego jak na ożywionego trupa, z toporem tkwiącym w czole, przekonującego mnie o swoim doskonałym samopoczuciu. Starszy nie zadowolił się rozdrobnieniem kotleta wzdłuż i w poprzek i dalej rytmicznie piłował nożem, rozmazując włókna po talerzu.
– Mówię o monstrum, które w ciągu ostatniego miesiąca wykończyło czarci tuzin ludzi – oznajmiłam pewnym głosem:
– A, ten potwór – Starszy doznał olśnienia. – Nie warto się przejmować takim głupstwem. Jest pani naszym gościem honorowym i nie zamierzamy spychać na pani ramiona naszych wewnętrznych problemów Proszę odpocząć. Zabawić się. Zrobić sobie nieplanowe wakacje.
– Jakie wakacje? Przyjechałam z zadaniem.
– Jakim zadaniem? – Starsi zastrzygli uszami.
– Nie rozumiem, o czym pan mówi. – Czarująco zatrzepotałam rzęsami.
– Ale powiedziała pani…
– Co powiedziałam?
– Coś o zadaniu – cierpliwie przypomniał niebieskooki.
– O jakim zadaniu? – spytałam z prawdziwą ciekawością.
– Po co przyjechała pani do Dogewy? – nie wytrzymał Starszy.
– W końcu jakieś sensowne pytanie – ucieszyłam się przesadnie. – Już mi się znudziło siedzenie tutaj jak naiwna dzieweczka z prowincji wśród szulerów ze znaczonymi kartami.
“Szulerzy" rozpłynęli się w uśmiechach, krzywych i sztucznych. Gdybyśmy faktycznie grali w karty, złapani za rękę po cichu oddaliby mi pieniądze albo wyciągnęli noże. Dogewscy hazardziści kontynuowali grę, jakby nic się nie stało.
– Ależ nikt nie próbuje się z panią bawić, naprawdę. Po prostu chcemy pomóc, a na pewno pójdzie nam to lepiej, jeśli będziemy wiedzieli, jakiego rodzaju pomoc będzie potrzebna.
– Naprawdę? – Ironicznie podniosłam brew. – A mnie się wydawało, że to właśnie wy potrzebujecie pomocy.
Starsi jeden przez drugiego zaczęli zapewniać mnie, że nie potrzebują mojej bezcennej pomocy. Len milczał, bacznie wpatrując się w swój talerz i z rzadka grzebiąc w nim widelcem. Wyglądało to tak, jakby sałatkę oblazły mu karaluchy.
– W takim razie po co zwróciliście się do Konwentu Magów? – przerwałam bez ceregieli. – Jak w takich wypadkach mówi straż miejska, “proszę wskazać element przestępczy albo zapłacić za niepotrzebne wezwanie"!
Złapany na słowie niebieskooki zaciął się i rzucił bezradne spojrzenie na kolegów z Rady. Biedaczek przypominał psa gończego, którego wysłano do jaskini niedźwiedzia i który właśnie odkrył, że niedźwiedź nie śpi. Biedny piesek nie miał pojęcia, co ma robić dalej, a koledzy niepewnie kłębili się dookoła jaskini, oglądając się na myśliwego całkowicie pochłoniętego sałatką. Len jakoś dziwnie się zachowywał, pozwalając Starszym grać pierwsze skrzypce w rozmowie. Intuicja kobieca ma w sobie coś z telepatii i nie pomyliłam się, dochodząc do wniosku, że Starszy czuł się w roli dyplomaty tak samo nieswojo, jak baran w roli pastucha. Wyglądało na to, że przeze mnie Len pożarł się ze Starszymi i teraz z satysfakcją patrzył z boku na doradców tonących w mokradłach kłamstw i niedomówień.
Starszy podjął jeszcze jedną próbę wyjaśnienia beznadziejnie zaplątanej sytuacji.
– Od ostatniego ataku minęły dwa tygodnie, a przedtem monstrum pojawiało się co dwa-trzy dni. Uważamy, że zagrożenie dla mieszkańców Dogewy minęło.
Głupszego argumentu w życiu nie słyszałam. Że co, oni niby zamierzają oddawać cześć temu stworowi? Znałam jedną zapyziałą wioskę, której mieszkańcy co miesiąc składali ofiary buremu smokowi mieszkającemu w sąsiedztwie i podobno mającemu zbawienny wpływ na plony i płodność. Ale żadna płodność nie mogła skompensować strat w pożartej ludności, w związku z czym wioska opustoszała w przeciągu zaledwie paru lat. Potem smok wykonał nieśmiałą próbę podniesienia płodności Starminu, gdzie jednak nikt jego pomocy nie potrzebował i łaskawcę ostrzelano z balist i katapult. Po otwarciu brzucha gada znaleziono istny skład łańcuchów i kajdan, które skuwały ofiary w chwili zjadania, co wyraziście świadczyło o ich sprzeciwie wobec wioskowej polityki. Niestrawny inwentarz przekazano do więzienia, gdzie bardzo się przydał – zahartowana sokiem żołądkowym smoka stal była odporna nawet na diamentowe pilniki.
Читать дальше