– A Len powiedział, że nie minęło – nalegałam.
Poufałe odwołanie się do władcy Dogewy ich dobiło. Zlizałam z dolnej wargi słoną kroplę. O, znalazłam źródło krwawego posmaku. Tak się zdenerwowałam w oczekiwaniu na ugryzienie, że sama się pogryzłam!
Pokonani Starsi próbowali jeszcze nieśmiało bąkać, że niby Len przesadza, co jest charakterystyczne dla młodości (sami wyglądali na jakieś trzydzieści-trzydzieści pięć), a tak naprawdę wszystko jest w porządku i się samo ułoży (“Do grobu" – dodałam złośliwie, lekko już pijana i rozluźniona), czyż nie tak, jaśnie władco?
Len niewyraźnie wzruszył ramionami, przekonując mnie ostatecznie, że coś tu było nie tak.
Z uprzejmości wypiwszy zawartość kielicha i wykończywszy schabowego, pożegnałam się. Nikt mnie nie zatrzymywał – wszyscy mieliśmy o czym myśleć, a jeśli myślenie odchodzi na jeden temat, ale z różnych punktów widzenia, to znacznie lepiej idzie w samotności.
Oczywiście ktoś pomógł mi się podnieść, zostałam odprowadzona do drzwi, obsypana komplementami, otrzymałam życzenia dobrej nocy, dobrego zdrowia i innych bzdur. Erius wyrwał się z pomysłem odprowadzenia mnie, ale odmówiłam i po drodze prawie że rozbiłam głową świerk na zakręcie ścieżki. Oczywiście poszłam sobie nie od razu – przez chwilę stałam, podsłuchując pod drzwiami, ale wampiry pogasiły świece i przeszły na dramatyczny szept, w związku z czym dolatywały mnie tylko syczące i świszczące dźwięki. Musiałam więc udać się do domu, po drodze macając rękoma świerki, bo szczęśliwie chmury rozpierzchły się i wyjrzał księżyc. Ciemny las, skaczące cienie i skrzypiące gałęzie mnie nie przerażały – po prostu nie zauważałam ich, zatopiona w ciężkich myślach. A w ogóle, czego niby miałabym się bać w mieście wampirów?
Tylko co to była za komedia, którą próbowali przede mną odegrać?
Chyba znalazłam odpowiedź albo przynajmniej coś co wyglądało dość prawdopodobnie.
Bali się mnie bardziej niż monstrum. Bali panicznie oczekując z mojej strony jakiegoś wrednego numeru a ja ich nie rozczarowałam, tylko sama nie wiem, kiedy i jak. Za każdym razem, gdy miałam coś powiedzieli albo o coś zapytać, zamierali jak myszy na widok żmii. Wszyscy, oprócz władcy. Ale jeśli już jestem Starszym tak bardzo niemiła, to czemu nie zwalili rozmowy ze mną na Lena? I niechaj by on mnie częstował, a nie ten upasiony Mordarius, znaczy się Erius. Wtedy nawet wbrew wola musiałby brać bardziej aktywny udział w rozmowie. Ale posadzono mnie w dalekim rogu stołu. Mało prawdopodobne, żeby chcieli mnie poniżyć. Równie mało jak to że dogewska etykieta zabraniała cudzoziemcom siedzenia u szczytu stołu. Dobra, podejdźmy od przeciwnej. strony. Niechaj bym siedziała obok Lena. Komu mogę przeszkodzić? W ogóle, co takiego paskudnego można wykombinować, siedząc obok władcy?
Zabić go.
Czy oni naprawdę uznali, że przyjechałam do Dogewy i jako najemny zabójca? Kto rozkazał uzbroić mnie w osinowy kołek? Co takiego było w liście mistrza? I czemu Len jest dla Dogewy tak ważny? Czemu nazywają władcą jasnowłosego chłopaka, który całymi dniami włóczy się, nie wiadomo gdzie? Z jego słów wynika, że stwór jest prawdziwym biczem na Dogewę, ze słów Starszych – że jest mniej groźny od owieczki. A paskudnym Złym Wilkiem jestem właśnie ja. I jednak wyglądało na to, że Len był po mojej stronie, bo w przeciwnym razie by się wtrącił. Podsumowując, same “by" i “dlaczego", a “ponieważ" pogrążone w mrokach tajemnicy.
Zatopiona w myślach nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do swojego domku. Przy ganku drzemał szary pies z naderwanym uchem. Na mój widok podniósł głowę, ale do tego się ograniczył. Gdy tylko przekroczyłam próg i pociągnęłam drzwi, jakiś lekki cień prześlizgnął się pomiędzy drzewami i rozpłynął w nocy. Mogłabym przysiąc, że to mój nieszczęsny przewodnik.
Śledzili mnie.
Kryna spała. W progu pozbyłam się butów, na palcach j przekradłam się do pokoju, zamknęłam drzwi i zapaliłam świece. Wychodząc, zostawiłam okno otwarte na oścież i teraz na belce pod sufitem wisiał duży nietoperz – tłusty, włochaty i paskudny, z delikatnym nosem w kształcie liścia i ostrymi zębami. Powitał mnie bardzo nieprzyjaźnie, zaczął wiercić się i ćwierkać, machać skórzastymi skrzydłami.
Pozdrowiłam go uprzejmie i z niecierpliwością zaczęłam oczekiwać, aż zmieni się w człowieka, a raczej wampira. Ale nietoperz się nie spieszył – może się krępował! Znalazł sobie wygodniejszą pozycję, owinął się skrzydłami i nieprzyjaźnie obejrzał mnie od stóp do głów. W jego wzroku było tyle dumy i pogardy, że wybici na monetach królowie nie dorastali mu do pięt.
Dawno już marzyłam o obejrzeniu transformacji pozwalającej wampirom na przyjmowanie postaci nietoperza i powrót do ludzkiej formy. Ciekawiła mnie ona wyłącznie z naukowego punktu widzenia – mogłam, przyjąć, że przy pewnych stratach z wampira można zrobić nietoperza, ale jak zmienić nietoperza w wampira? Chyba zamiana muchy w słonia byłaby łatwiejsza. I co się dzieje z ubraniem? Jeszcze nikt nigdy nie widział nagiego wampira – cnotliwy krwiopijca niezmiennie skrywał swoje wdzięki pod czarnym płaszczem z czerwona podszewką.
Tymczasem skrzydlaty posłaniec do reszty zapomniał o powierzonej mu misji, ziewnął, pomlaskał i zamknął oczy, godząc się z moją obecnością w pokoju. Zakasłałam delikatnie. On ożywił się, przeszył mnie zabójczym spojrzeniem i niechętnie, jakby z łaski, narobił na podłogę. Poseł raczej nie pozwoliłby sobie na takie zachowanie, złapałam ręcznik, zwinęłam i rzuciłam w delikwenta, który zerwał się z belki i zatrzepotał skrzydłami, miotając się po pokoju w poszukiwaniu wyjścia. Podniosłam ręcznik i zaczęłam groźnie kręcić nim nad głową, spychając nietoperza w kierunku okna, przez które po krótkiej walce opuścił pokój, piskliwie przeklinając moją rodzinę na kilka pokoleń wstecz.
Przymknęłam okno, błyskawicznie zrzuciłam z siebie ubranie i wślizgnęłam się pod kołdrę. W wiejskich chałupach z glinianą polepą pościel w ciągu zaledwie paru godzin robi się wilgotna, a bliżej ranka stęchłe powietrze ciśnie pierś jak płyta nagrobna. Wampiry, mieszkające w takich samych warunkach, znalazły jakiś sposób na walkę z tym cholerstwem. Czyste i świeże prześcieradło kusząco szeleściło pod moim umęczonym ciałem. Pachniało jaśminem. Z drugiej strony – ludzcy wieśniacy trzymają w izbach kury i świnie, po ławkach co rano stepują sobie koźlątka, a tu izby są mniejsze, ale za to wiele czystsze i bardziej przytulne. Brakowało tylko kociego mruczenia pod bokiem. Ale w całej Dogewie chyba nie było kotów.
Jeszcze bardziej spodobał mi się całkowity brak niechcianych sąsiadów, takich jak pchły, myszy, pluskwy i karaluchy. Nic nigdzie nie skrobało, nie piszczało, nie gryzło i nie trzeba było wstawiać nóg łóżka do miednic z wodą. Mimo obcego otoczenia nawał wrażeń i długa droga ukołysały mnie w parę minut.
Już zaczynałam drzemać, gdy jeden z czworonogich mieszkańców Dogewy zdecydował się wynagrodzić mi brak kociego mruczenia i zawył długo i tęsknie, tak że natychmiast pokryłam się gęsią skórką jak cieplarniany ogórek. Pies starannie wyciągał jękliwe pasaże, naśladując wiatr, któremu zdarzyło się zaplątać w szyjce butelki od piwa. Miałam nadzieję, że po zakończeniu solówki się zamknie, ale jego bracia uznali za niezbędne podchwycić cichnącą nutę, wprowadzić element wielogłosu i dać mi okazję delektowania się śpiewem chóralnym. Im dłużej słuchałam, tym większe podejrzenia budziły we mnie ich umiejętności zawodowe. Ani razu nie zerwali melodii, nie ucięli pianissima, nie zniżyli się do wulgarnego szczekania. Śpiewali. Wyraziście. Z talentem. Tak jak mogły śpiewać tylko wilki czystej krwi. Przypomniałam sobie milczące psy, niechętnie schodzące z drogi Stokrotce, ich tęskne żółte oczy, szare jasnobrzuche futra i schowałam się pod kołdrę z głową. Lubię wilki. Fascynuje mnie ich wycie. Ale słuchanie go pod otwartym oknem jest ćwiczeniem dla ludzi o wyjątkowo mocnych nerwach. Co prawda panowie wilcy lepiej ode mnie wiedzieli, kogo mają zjadać, a komu śpiewać kołysanki. Wkładali w śpiew całą duszę i moja własna dusza koniec końców poczuła przypływ odwagi, zebrała się w sobie, wyniosła z pięt i rozpełzła po całym ciele, tak jak powinna.
Читать дальше