Myśleli, że śpię i cicho rozmawiali na podwórku pod jabłonią. Blady świt wpełzał mgłą przez okno. Wyobraziłam sobie myszkę. Malutką szarą myszkę, którą zauważyłam wczoraj przy drewutni. Myszka obudziła się. Wylazła z norki i przebierając łapkami przecięła podwórko. Zimne krople rosy błyszczały na źdźbłach trawy jak wilcze łzy. Jasne futerko na brzuszku przemokło i pozlepiało się, myszka stanęła słupka, trzymając w powietrzu różowe łapki i zaczęła nasłuchiwać. Ja słuchałam wraz z nią.
– Len, oni sobie z nas kpią. Ludzie zawsze nas nienawidzili.
– Ale nie magowie.
– Magowie też są ludźmi.
– Nie podnoś głosu. Obudzisz.
– Kogo przysłali na pomoc? Najpierw bakałarza magii teoretycznej. Potrzebowaliśmy praktyka, młodego i silnego, a przyjechał szacowny staruszek w okularach. I co on niby miał zrobić, skoro ta poczwara przed nim zeżarła trzech praktyków i nawet się nie zakrztusiła?
– Sam zdecydował, że zostanie.
– Powinniśmy byli go przekonać. Teraz ta dziewczyna! Nawet nie bakałarz. Adeptka… Zielone jabłuszko. Odrzut z uczelni. I zdecydowali, że odsiew odbędzie się w taki oto sposób…
– Rekomendował ją mój stary przyjaciel.
– Len, jeśli ona zginie, już nie będziesz miał przyjaciół wśród ludzi. Spróbuj najszybciej jak się da odesłać ją do domu. Nie rozumiesz, czy jak? Zniszczą nas. Zetrą Dogewę z powierzchni ziemi.
– Lepiej, żeby zrobił to potwór?
– Jeśli on nie zostawi Dogewy w spokoju, zawsze możemy przenieść się do Arlissu albo Lesku. A ludzie znajdą nas wszędzie. Żadna z dwunastu dolin nie wytrzyma ataku hordy uzbrojonych fanatyków. Nie chodzi nawet o wojnę. Na wojnie bierze się więźniów i oszczędza dzieci. A ludzie nie potrzebują nas nawet w charakterze niewolników. Len, to będzie masowa rzeź. Powstrzymaj ją, póki nie jest za późno.
Len milczał przez dłuższą chwilę. Mysz opadła na cztery łapki i zaczęła węszyć.
– Dobrze. Dziś odjedzie.
– Mam nadzieję.
Odłączyłam się, pozwalając myszce na powrót do norki. Jak zwykle nic dobrego o sobie nie usłyszałam. “Zielone jabłuszko". A może jestem wcześnie dojrzewającą odmianą? A że trochę kwaskowa, to tym lepiej – może potwór zejdzie z powodu kolki w brzuchu. Ale niechby to! Starszym jednak udało się przeciągnąć Lena na swoją stronę. Przynajmniej przekonałam się, że potwór naprawdę istnieje, a wszystkie przypisane mu straszne czyny faktycznie miały miejsce.
Oczywiście pod warunkiem, że nie był to spektakl odegrany specjalnie dla mnie.
Znowu zasnęłam, ponieważ pokój zdążył przesiąknąć apetycznym zapachem naleśników, zdolnym podnieść z grobu truposza. Sennie wyplątałam rękę z odmętów kołdry, pstryknęłam palcami i moje ubranie jak gromadka niechlujnych ptaszków uniosło się z krzesła, przeleciało przez pokój i opadło na pościel. Naciągając koszulę, przypominałam sobie podsłuchaną rozmowę. Ciekawe, poczekają do wieczora, czy wykopią mnie z Dogewy zaraz po śniadaniu?
W kuchni czekała zarumieniona Kryna, która właśnie kończyła myć dzieżę od ciasta. Chętnie podtrzymawszy rozmowę o dobrej pogodzie i spróbowawszy naleśników ze śmietaną, z trudem podniosłam się z ławy, stłumiłam syte beknięcie, uprzejmie podziękowałam gospodyni i wyszłam na dwór.
Stokrotka, osiodłana i niezadowolona, stała przy ganku przytrzymywana za uzdę przez chudego wyrostka w wieku około trzynastu lat. Zaczął okrężnie. Przyznałam, że spałam doskonale, jadłam jeszcze lepiej i w ogóle bardzo mi się tu u nich podoba. Chłopak obdarzył mnie szczerbatym uśmiechem i obiecał, że przy następnej wizycie też się nie rozczaruję. W tajemnicy zdradziłam mu, że zamierzam pozostać w Dogewie do końca życia i nawet wybrałam miejsce, gdzie mnie pochowają – o, pod tamtą osiką.
Nie trzeba było przysyłać chłopaczka z tak wyrazistą mimiką. Kolejno zademonstrował zdziwienie, strach i zamieszanie, a potem nieśmiało powiedział, że powinnam pojechać sobie dobrowolnie albo będzie musiał mnie do tego… skłonić.
Byłam najedzona i w dobrodusznym nastroju, więc nie zamieniłam Bogu ducha winnego dziecięcia w ropuchę. Po prostu strzeliłam z oczu parą bardzo efektownych błyskawic, a następnie złośliwym tonem zaproponowałam, żeby spróbował.
Chłopak wykazał się zdrowym rozsądkiem i zwiał. Ja głaskałam Stokrotkę i niecierpliwie czekałam na ciąg dalszy.
Niedługo przed obliczem mojej skromnej osoby pojawiła się Rada Starszych w pełnym składzie, w liczbie sztuk trzech i na trzy głosy zaczęła czynić aluzje, że tak w ogóle to miło było i tak dalej, ale wszystko co dobre się kiedyś kończy. Ja stawiałam opór jak cnotliwa mniszka do której próbuje się dobierać trójka rozpustników. Nie, nie wyjadę z Dogewy. A jeśli spróbują wyrzucić mnie siłą to najpierw będą musieli wykopać osikę (tę właśnie, która tak bardzo spodobała mi się w charakterze przyszłego nagrobka), ponieważ uczepię się jej rękoma i nogami i będę się drzeć. By nie wątpili w powagę moich zamiarów, mocniej objęłam drzewko, odkaszlnęłam i niezbyt głośno (na próbę) śpiewnie krzyknęłam długie “A!".
Dogewa nie miała jeszcze okazji gościć szurniętych adeptek i wcześni przechodnie postanowili obejrzeć sobie ów niesamowity fenomen z bliska. Ale ja zdecydowałam, że co za dużo to niezdrowo, puściłam osikę i udałam, że uderzyłam się w nogę, popierając wrzask paroma odpowiednimi wyrażeniami.
W tym momencie zjawił się władca, który tak naprawdę powinien był cały ten spektakl rozpocząć. Wyglądał tak imponująco, że muszę przyznać, iż się nieco przeraziłam. Na starannie uczesanych włosach lśniła złota obręcz z dużym szmaragdem w kształcie rombu, a w miejscu wyświechtanego ubrania znajdowało się jasne workopodobne coś, przywodzące na myśl odświętną togę mistrza i powiewające nawet bez pomocy wiatru.
– Jesteś dorosłą, mądrą kobietą! – patetycznie zaczął Len, wyraźnie na potrzeby Starszych ze wzruszeniem przysłuchujących się jego przemowie.
(“Ani jedno, ani drugie, ani trzecie" – pomyślałam).
– Powinnaś rozumieć, jakie niebezpieczeństwo ściągasz na siebie i na nasze głowy, pozostając w Dogewie. Ludzie uzbroili się przeciwko wampirom. Jeżeli nie wrócisz do Szkoły cała i zdrowa…
– Tę piosenkę już słyszałam – przerwałam bez najmniejszego szacunku, przykucnęłam i z autentyczną ciekawością pociągnęłam brzeżek samoruszającego się wora. Ku mojemu zachwytowi pod nim odnalazły się wczorajsze wytarte spodnie. Len szybko obciągnął szatę, ukradkiem pokazując mi zaciśniętą pięść.
– W takim razie odjedź.
– Pojadę. Jak będę chciała.
– A czemu nie miałabyś zachcieć już teraz zaraz? -podchwytliwie zaproponował władca.
– Niby po co? Tu mi dobrze, tu mi ciepło – karmią jak tuczne prosię, na noc opowiadają wesołe bajki, z rana pokazują przedstawienia. – Wyprostowałam się i popatrzyłam Lenowi prosto w oczy. Wampir tylko westchnął.
– Wolho, tak będzie lepiej. Nie myśl, że cię wyganiamy, bo nie lubimy. Ale jest dla nas bardzo ważne, by ludzie dowiedzieli się prawdy o Dogewie. My… odpowiednio wynagrodzimy cię za pomoc. – Len popatrzył na mnie znacząco.
– W tej chwili prawda wygląda następująco – oznajmiłam nieprzekupnym tonem rewizora. – Żaden potwór nie istnieje. Wampiry starannie ukrywają, co się stało z zaginionymi magami i mnie wyganiają z Dogewy, żebym nie zdążyła się niczego dowiedzieć.
– Nie powiesz tego! – oburzył się.
Читать дальше