— Myśli pan, że po prostu uciekam.
— Nie, myślę, że dobrze panu zrobi zmiana otoczenia. To jakby sprawiło mu ulgę.
— Tak, naprawdę się cieszę. To znaczy, to szaleństwo, jeszcze nigdy nigdzie nie byłem, pomijając wakacje w Disneylandzie z mamą i tatą. I raz byłem na nartach, ale tylko złamałem sobie nogę. A teraz od razu lecę do Izraela. Ale wie pan co? Naprawdę się cieszę.
— Wierzę.
— Przede wszystkim chcę się dowiedzieć, jak to jest w takich antycznych historycznych miejscach — mówił dalej chłopak, z coraz większym entuzjazmem. — Wie pan, moja mama miała takie powiedzenie. Mówiła zawsze: Historia jest zapisana w książkach. W rzeczywistości nie czujesz wichru dziejów, gdy ciebie owiewa. Chcę sprawdzić, czy to prawda.
Raptem powietrze wokół nich zaczęło pryskać bąbelkami niczym szampan. Eisenhardt zobaczywszy, że oczy Stephena robią się nienaturalnie wielkie wiedział już, że dobrze zapamiętał jego opowieść o treści drugiej kartki listu. Filiżanka w dłoni pisarza nagle stała się jakby nierealna, jakby miała się rozpłynąć.
— Zrobiłem jeszcze coś szalonego. — Jasnowłosy mężczyzna dźwignął swoją torbę na ladę baru, mówił coraz szybciej. — Kupiłem sobie kamerę wideo, specjalnie na tę podróż, nowiutką. To znaczy, jeszcze nigdy w życiu nie kupiłem sobie nic nowego, w każdym razie nic takiego — zawsze tylko używane samochody, sprzęt stereo z drugiej ręki, telewizor na pchlim targu… A teraz daję cztery tysiące dolców za taką obłędną rzecz, MR-01 SONY. Słyszał już pan o tym?
— Tak — odpowiedział Stephen głosem, w którym zabrzmiał jakby żal. — Słyszałem.
— Najnowsza z nowych, powiedział sprzedawca. Superjakość. Dziecinnie łatwa obsługa. Jestem ciekaw. Och, zdaje się, że jedzie autobus.
Na zewnątrz zatrzymał się w tym momencie wielki i srebrny autobus linii Greyhound, piszcząc i sapiąc jak lądujący smok. Ludzie wysiadali, a w całej restauracji wstawali inni ludzie, pakowali swoje walizki, plecaki, torby i pośpiesznie szli do wyjścia. Chłopak zarzucił na ramię swoją torbę i chwycił worek, jeszcze raz kiwnął im głową na pożegnanie i też poszedł. Drzwi otwarły się i zamknęły za nim z cichym skrzypieniem, potem jeszcze przez chwilę huśtały się na zawiasach.
Eisenhardt odstawił filiżankę. Rozległ się głośny stuk. Znów była zupełnie normalną filiżanką. Tak, jak ta chwila była zupełnie normalną chwilą, jakich wiele składa się na ludzkie życie.
— Hej — powiedziała cicho Judith.
Spojrzeli po sobie, wielkimi oczyma. Potem, jakby się umówili, obrócili się do okna. Blondyn trzymał już w dłoni bilet. Stał na końcu kolejki.
Nie trzeba było słów. Wstali, poszli za nim, na zewnątrz, przez wahadłowe drzwi, które teraz znów cicho zaskrzypiały. Jedno obok drugiego szli po piachu, chrzęszczącym pod podeszwami, jak zwykle chrzęści pod butami piach. Szli szybciej, w końcu biegli, żeby zdążyć jeszcze spotkać chłopca, nim wsiądzie do autobusu.
— Hm! — chrząknął Stephen i wyciągnął dłoń. — Szczęśliwej podróży! Chłopak z torbą na ramieniu odwrócił się, zdziwiony.
— Dziękuję.
— Chciałem tylko powiedzieć… Nazywam się Stephen Foxx. Życzę panu wszystkiego dobrego.
— Ja nazywam się John — odpowiedział chłopak i po raz setny odgarnął z oczu kosmyki. — Dziękuję.
— John — a jak dalej?
W oczach chłopca przez moment zamigotała nieufność.
— To przecież nieważne — powiedział. — Po prostu John, okay? — Jeszcze raz uniósł dłoń w pozdrowieniu i wsiadł.
Widzieli go przez przyciemniane szyby autobusu, jak idzie na tył, podczas, gdy przednie drzwi zamykały się z głośnym sykiem i ogromny, cuchnący spalinami autobus powoli ruszał, warcząc silnikiem diesla. Patrzyli za nim, aż znikł za horyzontem.
— Nie wiem, co myśleć — powiedział Eisenhardt. Stephen Foxx spojrzał na niego z boku spłoszonym wzrokiem.
— To był on, prawda?
Horyzont migotał, jakby krzywił się w grymasie drwiącego uśmiechu. Nic nie było już rzeczywiste. Gdyby oderwał wzrok od małego, srebrnego punktu w oddali, świat przestałby istnieć i nastąpiłby koniec czasu. Tak pewnie czują się obłąkani. Gdy ziemia usuwa im się spod stóp. Lub gdy poczuje się ją po raz pierwszy naprawdę.
— Tak — pokiwał głową. — Historia się rozpoczyna.