Stephenowi wydawało się, że Judith szczególnie uważnie obserwuje jego reakcję na to pytanie. Czy to może mieć jakieś znaczenie? Zresztą, może to tylko jego pobożne życzenie.
— Czego miałbym żałować? To był punkt zwrotny w moim życiu. Yehoshuah pochylił się ku Judith. Gestykulując, skupił na sobie jej uwagę.
— Na początku było tylko imię, kilka śmiesznych znaczków na monitorze. Wirtualne, jak gra komputerowa. W porządku, prowadziliśmy dyskusję — lecz któż może wiedzieć z kim. Równie dobrze mógł to być sprytny program z jakiegoś laboratorium, tylko udający człowieka. Ale potem przyszedł list, z amerykańskim znaczkiem, ostemplowany w Maine, USA. Stopniowo zacząłem wierzyć, że on istnieje naprawdę, jako realna osoba. A pewnego dnia zadzwonił! Szok! Imię z komputera mówiło do mnie, tak po prostu, prawdziwym głosem, amerykańskim angielskim. Podał datę, godzinę, numer lotu! Całkiem szczerze — do końca uwierzyłem we wszystko dopiero, gdy stanął przede mną ze swoim marynarskim workiem.
Stephen uśmiechnął się. Nie mieli wtedy za dużo czasu; Yehoshuah zawiózł go prosto do obozu, a następnego dnia rano rozpoczęły się wykopaliska.
— Wy, mężczyźni i wasze komputery — skwitowała krótko Udith i odwróciła się w stronę człowieka przy sąsiednim stoliku, który rozpostarł wielką płachtę gazety tak szeroko, że jeden z narożników stale furkotał jej tuż przed lewym okiem i rzuciła mu po hebrajsku kilka trzaskających zdań, aż zbity z tropu poszukał sobie innego miejsca, razem ze swoją gazetą.
Później wrócili na bulwar, szli dalej w kierunku południowym, zanurzając się w coraz bardziej orientalny nastrój. Owionął ich zapach kebabu i prażonych orzechów, osnuły pełne melancholii melodie, dobiegające z małych, tanich tranzystorów w ciasnych, mrocznych spelunkach. Wreszcie, gdy było już całkiem ciemno i widok jaskrawych świetlnych reklam przywiódł Stephenowi na myśl Las Vegas, dotarli do portu — „Stephen, wiedziałeś, że Jaffa to najstarsze handlowe miasto świata? Zbudował je król Salomon, naprawdę!” — i do restauracji, wybranej przez Yehoshuę. Musieli poczekać chwilę, aż zwolnią się ich miejsca i kelner uprzątnie brudne talerze i świeżo nakryje stół, potem mogli wreszcie usiąść i wręczono im jadłospisy, z namaszczeniem, niczym cenne dyplomy. Powietrze było tak gęste, że dałoby się je ciąć nożem, do tego poziom hałasu generowanego przez siedzących gęsto, jeden przy drugim gości, po prostu ogłuszał.
— Wygląda na dość popularną — skwitował Stephen.
— Co mówisz?
— Powiedziałem, że to chyba dość popularne miejsce — powtórzył, podnosząc głos.
— Tak — skinął głową Yehoshuah. — Trzeba rezerwować cztery dni wcześniej.
Złożyli zamówienie u kelnera, który, choć ubrany w coś w rodzaju fraka, sprawiał jednak niezbyt uprzejme wrażenie, jakby próbował ich ponaglać i niemal nie mógł doczekać się, aż wreszcie wypowiedzą wszystkie swoje życzenia i będzie mógł popędzić dalej. Podeszła do nich młoda kobieta, też z widocznym pośpiechem, i nieskoordynowanymi ruchami podała im aperitif, trzy duże sherry. Judith nieustannie drążyła temat znaleziska, przypominając, że obiecał wyjawić tajemnicę dzisiejszego wieczoru, aż Stephen wreszcie dał za wygraną i zaczął opowiadać, mimo że okoliczności wydawały mu się nader niesprzyjające.
— W sektorze czternastym znajdowała się nekropolia osady cmentarz — wyjaśnił zwracając się do Yehoshui, który wprawdzie miał już wielokrotnie do czynienia z profesorem Wilford-Srnithem, lecz nie znał szczegółów dotyczących obecnych wykopalisk. — Wykazały to już zdjęcia satelitarne. Było więc jasne, że spotkamy tam dużą liczbę grobów. Każdy kopacz miał zajmować się jednym grobem, mój był ostatni w rzędzie, poza tym znajdował się w oddzielnym wykopie. Siedziałem więc sam w mojej dziurze, słyszałem innych, jak po drugiej stronie wału rozmawiają, śmieją się i dobrze bawią, pędzelkowałem kości, powoli wyłaniające się z ziemi, po tym, jak usunęliśmy wszystkie kamienie z zawalonego stropu grobowca. To było przedwczoraj około jedenastej. Gdy świat stał jeszcze mocno na nogach. Rodzeństwo pochyliło się mocno do przodu, podobnie jak on, i musiał to być raczej dziwaczny widok — trzy złączone głowy. Stephen łyknął sherry.
— Nie rób takiej sensacji — ponagliła go Judith.
— Wcale nie muszę robić sensacji. To jest sensacja. Zniecierpliwiłem się i chciałem dłonią odsunąć garść ziemi przy kości lewego ramienia, żeby szybciej się z tym uporać, i wtedy natrafiłem na opór. Boże, prawie je zniszczyłem. Wyposażenie grobowe.
— Och — mruknął Yehoshuah z miną wtajemniczonego. — A co dokładnie?
— Płaski woreczek z kruchej tkaniny, chyba len. Dość dobrze zachowany, obszyty wkoło, może tej wielkości — zarysował palcami rozmiar. — Mniej więcej jak zeszyt.
— No i? — spytała Judith.
— Cóż — kontynuował Stephen. — Zaciekawiło mnie, co jest w środku. Więc go rozciąłem.
— Rozciąłeś go? — Tak.
— Po prostu rozciąłeś?
— Po prostu. Szwajcarskim scyzorykiem. Wzdłuż boku.
— Niepojęte — jęknął Yehoshuah, wytrącony z równowagi — To przecież najgorsze… To po prostu grzech śmiertelny dla archeologa!
— Co było w środku? — dopytywała się Judith. Stephen sięgnął po swoją szklaneczkę sherry, wychylił resztkę, która była jeszcze w środku, wysunął do przodu wargi, wciągnął je z powrotem, podniósł oczy do sufitu, a potem przeniósł je od jednego do drugiego.
— Nigdy mi nie uwierzycie — powiedział.
Cały okres helleńsko-rzymski znajduje odwzorowanie w typowych dla obu tych epok formach naczyń. Naczynia E-1 i E-2 pochodzą z I wieku przed Chr. i I wieku po Chr., przy czym występowanie E-1 datuje się od końca I wieku przed Chr. (LAPP 1961, 190:Typ 72,2; TUSHINGHAM 1985, 56;ig.222;28,29;23:5; 24:7,17,18), zaś E-2 zdawał się występować już od początku tego stulecia.
Profesor Charles Wilford-Smith Raport z wykopalisk pod Bet Hamesh
Szli w kierunku białego namiotu, przodem John Kaun, niczym gospodarz oprowadzający gości po swych włościach. Namiot stał na skraju terenu, wyglądającego jak szachownica kwadratowych wykopów, niektóre z nich były tylko lekko zaznaczone, z innych starannie i głęboko wybrano ziemię.
Namiot wzniesiono, jak się zdaje, nad jednym z otworów, przy każdym narożniku rozstawiono wartowników, młodych ludzi uzbrojonych w masywne czarne pistolety maszynowe, rozglądali się wokół twardym spojrzeniem, jakby w każdej chwili spodziewali się ataku wrogiej armii.
Eisenhardt poczuł, że się poci. Nie pojmował, jak przemysłowiec wytrzymuje w granatowej dwurzędowej marynarce, z perfekcyjnie zawiązanym krawatem, spiętym dyskretnie złotą szpilką. Lecz i on nie ustrzegł swoich butów i nogawek przed wszechobecnym żółtym pyłem, nie był więc istotą pełnie nadnaturalną.
Profesor, lekko przygarbiony, szedł za nim. Ile może mieć lat? Na pewno ponad siedemdziesiąt, skoro jego włosy lśnią tak biało. Eisenhardt próbował wyobrazić sobie, jaki może być powód, dla którego ktoś w tym wieku grzebie jeszcze w ziemi w obcych krajach, zamiast siedzieć spokojnie w domu i hodować róże. Doskonale można go było wyobrazić sobie jako hodowcę róż. Miast tego mieszkał na pustyni, od Bóg wie ilu lat, podczas gdy on, Eisenhardt, miał jej już powyżej uszu, choć nie minęło jeszcze nawet pół godziny.
Kaun chwycił płótno namiotu, odchylił je i przytrzymał, żeby Eisenhardt i Wilford-Smith mogli wejść przed nim.
Читать дальше