– O której… – wydusiłem.
– Koło wpół do dziewiątej, kiedy znalazłam się w biurze. – Spojrzała na zegarek. – Teraz jest za piętnaście jedenasta.
Czternaście godzin, pomyślałem tępo. Musiałem tu leżeć przez przynajmniej czternaście godzin.
– Cóż, pojechałam do domu Fincha – ciągnęła. – Miałam trochę trudności ze znalezieniem drogi, a kiedy w końcu dotarłam, panował tam niesamowity rozgardiasz. Jakaś młoda sekretarka chodziła po całym biurze i płakała. Ludzie pytali, co się dzieje… a twoja dziewczyna, Jossie, była wręcz oniemiała. Zapytałam, czy ciebie widziała. Powiedziałam, że podejrzewam, iż możesz być w poważnych tarapatach. Spytałam, gdzie mieszka Trevor King. Namówiłam ją, żeby pojechała ze mną i pokazała mi drogę. Usiłowałam jej powiedzieć, co robił jej ojciec i jak ciebie porwał, ale nie chciała w to wierzyć.
– Nie.
– No i potem przyjechałyśmy tutaj i znalazłyśmy ciebie.
– Jak weszłyście?
– Tylne drzwi były szeroko otwarte.
– Szeroko…?
Nagle stanął mi przed oczyma Trevor mówiący, że idzie do kuchni po pieniądze. Żeby otworzyć drzwi. Żeby dać mi przynajmniej jakąś szansę. Biedny Trevor.
– Ta koperta, którą ci dałem – powiedziałem. – Ze wszystkimi kserokopiami. Spalisz ją, kiedy przyjedziesz do domu?
– Jeśli tego chcesz.
– Mhm.
Wróciła Jossie i rozwaliła się na fotelu, przerzucając nogi przez poręcz.
– Przykro mi – odezwała się nagle.
– Mnie też.
– Naprawdę im pomogłeś – powiedziała.
– Czyń dobro tym, którzy złośliwie ciebie wykorzystują – rzuciła Hilary.
Spojrzałem na nią.
– Wystarczy już tego.
– O czym ty mówisz? – zapytała Jossie.
Hilary potrząsnęła głową, uśmiechając się, i udała się na poszukiwanie aspiryny. Pomyślałem, że bardziej by się przydał butazolidin. Czułem już się nieco lepiej, siedziałem na krześle, ale będzie musiało upłynąć jeszcze dużo czasu, żebym poczuł się dobrze.
– Zostawił mi list – odezwała się znowu Jossie. – Mniej więcej taki jak twój.
– O co ci chodzi?
– Droga Jossie. Przepraszam. Kocham Cię. Tata.
– A.
– Powiedział, że jedzie do Francji… – Urwała i zaczęła wpatrywać się przed siebie. Na jej twarzy malował się smutek. – Życie będzie niewypowiedzianie parszywe, prawda? – powiedziała. – Przez długi czas, co?
– Mhm.
– Co ja mam robić?
Pytanie to było retorycznym jękiem, ale odpowiedziałem na nie.
– Naprawdę chciałem ciebie ostrzec – powiedziałem. – Ale nie mogłem… przed rozmową z twoim ojcem. Naprawdę chciałem, żebyś zamieszkała w moim domu. Gdybyś doszła do wniosku… że mogłabyś.
– Ro… – rzuciła to ledwo słyszalnym szeptem.
Siedziałem obolały i ponuro myślałem o telefonie do Nantucketów i chaosie, z którym będę musiał się uporać w biurze.
Jossie odwróciła głowę w moją stronę i obrzuciła mnie długim spojrzeniem.
– Wyglądasz na mięczaka – rzekła. W głosie jej czuć już było nutkę ironii tak dla niego charakterystyczną; jeszcze lekko drżał, ale perspektywy były świetne. – I powiem ci coś jeszcze. – Zamilkła i przełknęła ślinę. – Kiedy tata wyjechał, zostawił mnie, ale wziął ze sobą okropną Lidę.
To wystarczyło, aby z nadzieją patrzyć w przyszłość.
***