– …i załatwiają się pod siebie – dorzuciła szybko kobieta, a potem odetchnęła głośno, jakby pokonała jakąś przeszkodę.
Ewa wzdrygnęła się. Należała do osób, którym na widok wymiotującego pijaka robiło się niedobrze, a do publicznych toalet nawet nie próbowała wchodzić. Już w ciąży nie była pewna, czy będzie zdolna przewinąć dziecko. Adam, śmiejąc się pogodnie, jak to on, obiecał jej do pomocy pielęgniarkę.
– Nie martw się, to niecały rok, może krócej. Inteligentne dzieci szybko się tego uczą, a chyba nie wątpisz, jakie będzie nasze?
Wtedy nie wątpiła. Tymczasem kobieta mówiła dalej:
– Czasem trwa to do czwartego, niekiedy aż do szóstego roku życia. Zdarza się, że i dłużej. Te dzieci nie umieją albo nie chcą w porę zawołać. Nie sposób je tego nauczyć. I można różnie trafić. Mam na myśli przedszkolanki. One od biedy zmienią pampersa, ale gdy moja Elżbietka… pani wie…
– Wiem – powiedziała brutalnie Ewa. – Gdy Elżbietka nawaliła kupę do majtek, to co?
– …telefonowały po mnie. Nawet gdy byłam w pracy, gdy miałam pilne zajęcia, telefonowały, żebym natychmiast przyszła i zrobiła porządek. Dawały do zrozumienia, że one nie są od tego. Że to kłopot. I że się brzydzą. To było upokorzenie.
Ewa pomyślała, że w życiu nie odda dziecka do przedszkola. Nie chciała dodatkowych upokorzeń. Wystarczało jedno: narodziny tego niemowlęcia. “Zaraz, zaraz… Do jakiego przedszkola? Ono nie pójdzie do przedszkola, zostaje tutaj”, przypomniała sobie.
– Ma już osiem lat i jest urocza – powiedziała znowu Anna i ponownie podsunęła Ewie zdjęcie. Elżbietka uśmiechała się radośnie: śmieszna, okrągła buźka. Gdyby nie te oczy…
– Jest wrażliwa i ufna. Taki mały niedźwiadek – uśmiechnęła się czule kobieta. – Bardzo ją kochamy. Mówiłam już pani, jak się mówi na takie dzieci: Dar Pana…
– To niech Pan weźmie ją z powrotem – powiedziała twardo Ewa.
Oczekiwała ze strony Anny oburzenia, pouczeń, urazy. Nawet, w jakiś paradoksalny sposób, tego pragnęła. Lecz Anna spojrzała na nią z niepojętym zrozumieniem:
– Tak. Wiem. Prawie wszystkie mamy taki moment, gdy myślimy, że lepiej, by umarło. Potem, gdy i uśnie i patrzymy, jak się bawi, śmieje, jak umie kochać i jak bardzo jest ufne, wtedy każdego dnia, w każdej minucie wstydzimy się “tej myśli. Ja wstydzę się jej do dziś. Choć niejeden raz ta myśl do mnie wracała. Ale już nie wraca. Nigdy.
Ewa pomyślała, że została jej odebrana możliwość bycia brutalnie szczerą. Nawet w tym nie była oryginalna. Była typowa.
– Niech pani wyjdzie – powiedziała do Anny chłodno i stanowczo.
– Wrócę, jeśli pani zechce – szepnęła kobieta, kładąc na stoliku swoją wizytówkę -Proszę mi tylko pozwolić wziąć ją na ręce.
– Po co? – spytała nieufnie Ewa.
– Chcę pani dziecku dać to, czego nie umiałam dać własnemu, gdy się narodziło.
– To znaczy?
– Radość z jego przyjścia na świat.
Marysia, Migotka, Misia, Myszą – taką drogą wędrowało imię Myszki, nim otrzymała to najwłaściwsze. Ewa już wiedziała, że dzieci z zespołem Downa nazywane są muminkami. Domyślała się, skąd to literackie skojarzenie: istoty, wymyślone przez Tove Jansson, przedstawiano na rysunkach jako pulchne, bezkształtne, choć pełne wdzięku stworzonka. A właśnie bezkształtność była typową cechą tych dzieci. Ich tułowie były mniej foremne, ręce i nogi poruszały się w sobie tylko wiadomy, nie skoordynowany sposób, a ich mali właściciele nie umieli nad nimi zapanować. Malutka Myszka potrafiła tak mocno chwycić dłoń Ewy, że nie sposób było rozewrzeć jej palce. I choć dziewczynka miała wtedy raptem rok, to Ewie wydawało się, że ten rozpaczliwy uścisk jest wyrazem świadomego i równie rozpaczliwego szukania bezpieczeństwa, a nie brakiem ruchowej koordynacji. Od czasu gdy Myszka, przez przypadek, schwyciła w ten sposób rękę Adama i przyciągnęła do swoich zawsze półotwartych ust, mocząc ją banieczkami śliny, Adam jak ognia unikał zbliżenia.
– Wszystkie niemowlęta się ślinią – Ewa usiłowała usprawiedliwić Myszkę, ale obrzydzenie na twarzy męża było wymowniejsze niż słowa:
– Ona już nie jest niemowlęciem.
Z punktu widzenia estetyki, a organizowała ona prawie całe życie Adama, hołdującego jej zasadom, rytuałom i niezmienności – Myszka była stworzeniem wyjątkowo nieestetycznym i Ewa musiała się z tym pogodzić. Pewnego dnia, gdy walczyła w niej miłość do dziecka z pragnieniem zachowania miłości męża – i zwyciężało to drugie uczucie – Ewa, widząc, jak Adam omija łukiem pełzającą po podłodze Myszkę, wyszeptała bezwiednie:
– Te dzieci żyją krócej niż inne…
I właśnie wtedy, gdy dotarł do niej cały sens tych słów (bo sama myśl błądziła co jakiś czas po jej głowie, tak jak przewidywała Anna; ale czymś innym są błądzące myśli, a czymś zupełnie innym – ostatecznym i nieodwracalnym – głośno wypowiedziane słowa), pochwyciła dziewczynkę w objęcia, podnosząc ją z podłogi, i powiedziała na jednym oddechu:
– Marysia, Migotka, Misia… Myszka… Migotka była postacią z baśni Tove Jansson, Misia była prostym skojarzeniem z ociężałością dziewczynki.
Mówiąc “Myszka”, Ewa miała wrażenie że przydaje córeczce tego, czego jej najbardziej brakowało: zwinności i wdzięku. Ale naprawdę Ewa nie wiedziała, czego Myszce brakuje. Wiedziała za to, czego ma za dużo: chromosomów.
Półka z książkami w pokoju Ewy – który miał być ich małżeńską sypialnią, ale Adam przeniósł się do gabinetu – zaczęła wypełniać się nowymi lekturami. Początkowo, gdy jeszcze urządzali ten dom, Ewa kupowała tylko takie książki, jakie chciał Adam: miały pasować do wnętrza. To dekorator, za niemałe pieniądze, określił, co pasuje, a co nie.
– Proszę kupować książki w podobnych formatach, inaczej okładki będą brzydko wystawać. Nie powinny mieć jaskrawych okładek, bo zepsują kompozycję. Pasują kolory rozbielone, minimalizm kolorystyczny, pani wie…
Ewa nie wiedziała, ale w księgarniach posłusznie szukała dzieł uzupełniających kompozycję wnętrz. Tylko czasem zwracała uwagę na tytuł, niekiedy na autora, zdarzało się, że do wnętrza pasowała książka, którą przeczytała z przyjemnością, ale częściej to, co naprawdę i chciała czytać, chowała pod poduszkami obszernej kanapy (z rozbielonym błękitem obicia), bo okładka zakłócała harmonię.
Adam i Ewa budowali swoje życie według starannie ustalonych reguł. “Nasz mały, rodzinny biznesplan”, śmiał się Adam. Najpierw musieli się upewnić, że zawodowo on idzie w górę, a potem, że stał się cenny dla headhunters, łowców głów w branży informatycznej, i że nic tylko będzie w zarządzie, ale ma szansę zostać wiceprezesem. A może prezesem, jeśli Amerykanie mu zaufają?
Gdy wartość Adama wzrosła, mogli nie tylko zmienić samochód, ale i zacząć budowę domu. Dom był “pod klucz”, wykonany przez godną zaufania firmę, ale to oni decydowali o rozkładzie wnętrz. Duży hol, wspólna sypialnia, pokój dzienny, pokój dla niespodziewanych gości, jadalnio-kuchnia, gabinet Adama, salon, dwie łazienki – i pokój dla dziecka. Piwnica i strych. Parter, piętro i poddasze.
Pojawiła się mistrzyni feng shui, i to ona – także za spore pieniądze – przesądziła, że w prawym górnym rogu domu będzie sypialnia, co zagwarantuje długie i szczęśliwe pożycie, a w lewym gabinet Adama, co wywrze pozytywny wpływ na jego pracę zawodową i interesy.
Читать дальше