Nikt nie przejdzie obojętnie obok tak pięknej kobiety, nawet ten napuszony kardynał.
Pierwsi goście pożegnali się po dziewiątej. D’Alaqua wychodził w towarzystwie Aubry’ego i obydwu kardynałów, towarzyszył im też profesor Bolard i dwaj inni naukowcy.
Zanim wyszedł, odszukał Sofię, która rozmawiała z Valonim i z Guido Bonomim.
– Dobranoc państwu, Sofio, Guido, panie Valoni…
– Gdzie jesz dzisiaj kolację, Umberto? – zapytał profesor Bonomi.
– W willi Jego Eminencji.
– A więc spotkamy się jutro, mam nadzieję, że w towarzystwie pani doktor…
Sofia poczuła, że się czerwieni. Nie uszło to uwagi D’Alaquy.
– Oczywiście. Skontaktuję się z panią. Do jutra.
Sofia i Valoni pożegnali się z kardynałem i ojcem Yvesem.
– Dobrze się państwo bawili? – zapytał kardynał.
– Tak, dziękuję, Wasza Eminencjo – odparł Valoni.
– Umówili się już państwo z naszym komitetem naukowym? – dopytywał się ksiądz Yves.
– Tak, jutro przyjmie nas doktor Bolard – odpowiedział Valoni.
– Yves, może zabierzesz państwa na kolację?
– Z przyjemnością. Jeśli państwo chwilę zaczekają, zarezerwuję stolik w Vecchia Lanterna. Odpowiada?
– Proszę nie robić sobie kłopotu…
– To żaden kłopot, panie Valoni, chyba że nie chce pan jeść ze mną kolacji z powodu tego krawata…
***
Po północy ksiądz pożegnał ich w drzwiach hotelu. Spędzili przyjemny wieczór. Śmiali się beztrosko, rozmawiając o głupstwach, jedząc wyśmienitą kolację w jednej z najelegantszych i najdroższych restauracji w Turynie.
– Wyczerpuje mnie to życie towarzyskie! – westchnął Valoni, kiedy kierowali się do baru, by wymienić się wrażeniami.
– Było bardzo miło – przyznała Sofia.
– Jesteś urodzoną księżniczką, więc czułaś się wśród tych ludzi jak ryba w wodzie. Ja zaś jestem prostym gliniarzem i byłem tam służbowo – zaznaczył Valoni.
– Marco, nie jesteś żadnym prostym gliniarzem, masz dyplom z historii, a o sztuce nauczyłeś mnie więcej niż uniwersytet.
– Nie przesadzaj. Stary Bonomi cię uwielbia.
– To genialny wykładowca, poza tym, że primadonna wśród krytyków sztuki. Zawsze był dla mnie bardzo życzliwy.
– Wydaje mi się, że się w tobie podkochiwał.
– Co ty wygadujesz! Byłam po prostu dobrą studentką, zaliczałam na celujący wszystkie przedmioty. Przyznaję, byłam kujonem.
– Dobrze, dobrze. A co powiesz o panu D’Alaquie?
– Sama nie wiem… Trochę przypomina księdza Yvesa. Obaj są inteligentni, dobrze wychowani, uprzejmi, przystojni i… nieosiągalni.
– Nie wygląda na to, by D’ Alaqua był dla ciebie nieosiągalny, zwłaszcza że nie jest księdzem.
– Nie, nie jest, ale ma w sobie coś… wygląda, jakby był z innego świata, jak gdyby szykował dla wszystkich jakiś wielki plan… Budzi we mnie dziwne odczucia, jak by to ująć…
– Zauważyłem, że przypadłaś mu do gustu.
– Nie bardziej niż inni. Chciałabym móc powiedzieć, że ten mężczyzna się mną interesuje, ale to nieprawda. Marco, nie będę się oszukiwała, jestem dorosła i wiem, kiedy się komuś podobam.
– Co ci powiedział?
– Przez tę krótką chwilę, kiedy zostaliśmy sami, wypytywał mnie o śledztwo. Starałam się nie zdradzać, że przeprowadzamy tu operację. Powiedziałam, że chciałeś poznać ludzi, którzy opiekują się całunem.
– Co sądzisz o Bolardzie?
– To ciekawe, ale to ten sam typ człowieka co D’Alaqua i ksiądz Yves. Teraz już wiemy, że to dobrzy znajomi, co zresztą było do przewidzenia.
– Wiesz, mnie też się wydaje, że to dość specyficzni ludzie. Nie wiem jeszcze, co mi się w nich nie spodobało, ale mam złe przeczucia. Emanują potęgą, pozwalając innym odczuć swoją wielkość. Może to ich wygląd, elegancja, pewność siebie… Są przyzwyczajeni do wydawania rozkazów i posłuchu. Nasz gaduła, profesor Bonomi, zdradził mi, że ten Bolard żyje tylko nauką i dlatego jest zatwardziałym starym kawalerem.
– Dziwi mnie jego oddanie całunowi, przecież wie, że badanie izotopu I4C datuje tkaninę na okres średniowiecza.
– Tak, zastanawiałem się nad tym. Zobaczymy, co uda nam się jutro z niego wycisnąć. Chcę, żebyś była na tym spotkaniu. A co to za historia z kolacją u Bonomiego?
– Naciskał na D’Alaquę, żeby zabrał mnie do opery, a potem przyprowadził do niego do domu, bo wydaje kolację, by uhonorować kardynała Visiera. D’Alaqua nie mógł się wymigać, musiał zgodzić się na moje towarzystwo. Nie wiem, czy powinnam iść…
– Owszem, powinnaś pójść i nadstawiać ucha. To polecenie służbowe. Wszyscy ci poważani i wpływowi ludzie trzymają trupy w szafie. Zastanawiam się, czy któryś nie wie czegoś o naszej katedrze.
– Marco, proszę! To absurd! Nie możesz myśleć, że wszyscy mają coś wspólnego z pożarami i niemowami…
– Wiem co mówię. Rozmawiasz z policjantem. Nie ufam grubym rybom. Żeby dojść tam, dokąd doszli, musieli wdepnąć w niejedno gówno i ściąć wiele głów. Pozwól sobie przypomnieć, że za każdym razem, kiedy rozbijamy szajkę złodziei dzieł sztuki, okazuje się, że kradzież zlecił jakiś ekscentryczny milioner, który śni o tym, by w swojej prywatnej kolekcji zgromadzić całe dziedzictwo kulturowe ludzkości. Ty jesteś urodzoną księżniczką z bajki, ale masz do czynienia z rekinami, które pożerają wszystko, co napotykają na swojej drodze. Nie zapomnij o tym jutro, ani w operze, ani na kolacji u Bonomiego. Ich dobre maniery, elokwencja, cały ten zbytek, to tylko fasada. Mam do nich mniej zaufania niż do kieszonkowców z Trastevere.
– Znowu muszę sobie kupić jakiś ciuch…
– Kiedy wrócimy, poproszę, by przyznano ci zwrot kosztów związanych ze śledztwem. Tymczasem, księżniczko, postaraj się omijać Armaniego szerokim łukiem, w przeciwnym razie zostawisz u nich całą miesięczną pensję.
– Postaram się, ale nie obiecuję.
***
Zarumieniona panna młoda przyjmowała życzenia, nie widząc końca kolejki gości, którzy przyszli na jej wesele. Sala była pełna. Addai pomyślał, że ślub bratanicy Bakkalbasiego to doskonała okazja, by spotkać się w Berlinie z większością braci.
Podróżował z Bakkalbasim, jednym z ośmiu biskupów wspólnoty, oficjalnie zamożnym kupcem z Urfy.
Zebrawszy siedmiu zwierzchników wspólnoty z Niemiec i drugie tyle z Włoch, skierował się do spokojnego kąta sali, gdzie panowie sięgnęli po długie cygara. Jeden z siostrzeńców Bakkalbasiego stał nieopodal, pilnując, by nikt im nie przeszkadzał.
Addai wysłuchał raportów swoich ludzi, którzy szczegółowo zdali mu relację z życia wspólnoty na tych barbarzyńskich ziemiach.
– W przyszłym miesiącu Mendibh wyjdzie na wolność.
Naczelnik więzienia wiele razy rozmawiał przez telefon z szefem policjantów, którzy prowadzą tę sprawę. Niedawno kuratorka skarżyła się naczelnikowi więzienia, że nie wypada odgrywać takiego przedstawienia przed więźniem. Przypomniała, że już od dawna radzi, by wysłać Mendibha do specjalnego ośrodka, że jest święcie przekonana, że on nie rozumie, co się do niego mówi, i że urządzanie cyrku, w którym ona ma się rzekomo opowiedzieć za wypuszczeniem go na wolność tylko po to, by sprawdzić, czy rozumie, co mówią, uważa za oburzające i niegodziwe. Dała mu do zrozumienia, że nigdy więcej nie weźmie udziału w podobnym przedstawieniu.
– Kto jest twoim łącznikiem w więzieniu? – zapytał Addai.
– Moja bratowa, sprzątaczka. Od lat sprząta biura i niektóre części samego więzienia. Tak się przyzwyczaili do jej obecności, że traktują jąjak powietrze. Kiedy rano przychodzi naczelnik, a ona jest zajęta pracą, daje jej znak, by sobie nie przeszkadzała, gdy on tymczasem załatwia jakiś telefon lub rozmawia z pracownikami. Ufają jej. To starsza kobieta, kto by mógł podejrzewać o złe zamiary siwą panią z wiadrem i ścierką.
Читать дальше