Wystarczyłby jeden e-mail, jeden sms czy telefon do któregoś z tych oferujących jej pomoc i zrozumienie mężczyzn, by za pół godziny móc im się zwierzać wprost do ucha w zaciszu jakiejś przytulnej restauracji czy pokoju hotelowego.
Ale Ewa nie miała aż takiej odwagi. Bała się. Nie chciała, by to, co zaczęła wokół siebie tworzyć, ta sieć czułych wyznań nabrzmiałych podnieceniem i pożądaniem, została odkryta przez jej męża, odkryta przez kogokolwiek ze wspólnych znajomych. Nie miała natomiast najmniejszych wątpliwości, że chce dalej brnąć w tę nieznaną przygodę. Potrzebowała jedynie ostrożności i cierpliwości, by to, co sobie zamierzyła, stało się namacalne. Wiedziała bowiem dobrze, że było nieuniknione.
Bistro na Krakowskim Przedmieściu, noszące szumną nazwę Czardasz, było raczej barem niż restauracją i mieściło się w piwnicy pod pasażem sklepowym. Lichtarze na ścianach, stoły z surowego oheblowanego drewna, ściany do połowy wysokości otoczone wiklinową matą, ozdobne elementy na ścianach imitujące głazy, to wszystko nadawało temu miejscu iście średniowieczny klimat.
Na dwóch z gości siedzących przy jednym ze stołów klimat ten nie zdawał się robić najmniejszego wrażenia. Byli tu dziś pierwszymi i jak na razie jedynymi klientami. Pora była zbyt wczesna, by lokal ożył wesołym gwarnym życiem.
– Jak to, odgrażała się? – Tomek nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od przyjaciela.
– Nawarzyłeś niezłego bigosu, Tomku – powiedział Andrzej.
– Twoja żona jest inteligentną kobietą. I bardzo zdesperowaną. Gdybyś widział, z jakim błyskiem w oku mówiła, że ci się odwdzięczy pięknym za nadobne… Człowieku, nigdy nie wierzyłem bardziej kobiecie.
– Musiałeś coś pokręcić. Ewa nie byłaby zdolna do takich rzeczy.
– Tomek bardzo chciał, by tak było. – To typ domowej kurki. Jest zbyt pochłonięta pracą i zaabsorbowana domem, by mieć czas na jakieś skoki w bok.
– A te jej studia?
– Studia! – obruszył się Tomek. – Wiem, że łazi po warszawskich barach i dyskotekach, ale robi to z koleżankami. Zawsze mówi mi o tych wypadach. Owszem, to możliwe, że mogłaby kogoś poznać, ale ja znam ją bardzo dobrze. Każda, tylko nie Ewa.
– Sam mówiłeś, że ostatnio się zmieniła.
– Fakt, przesiaduje dłużej w pracy, chodzi jakaś zamyślona, ale wiem, jaka jest tego przyczyna. W piątek w jej firmie ma się odbyć jakaś certyfikacja i to jest dla Ewy bardzo ważne. Pracowała nad tym przez rok i teraz ktoś tam przyjeżdża i ma kontrolować tę pracę. Rozumiem, że…
– Nie chodzi o pracę zawodową – przerwał mu Andrzej. – Mówiłeś, że to w stosunku do ciebie jest inna, nieufna i wrogo nastawiona.
– Tak, tylko… to raczej ja jestem powodem jej zachowania. Bardzo dotknęło ją to wszystko, ta nieszczęsna historia z Sylwią… Staram się zrozumieć Ewę, a już na pewno współczuję jej jak cholera. Nie mam pojęcia, jak ja bym zachowywał się na jej miejscu. Niewesoła sytuacja. Gdybym umiał jakoś do niej dotrzeć…
– Sam jesteś wszystkiemu winien. Na miejscu Ewy wychlastałbym cię po mordzie i dał kilka potężnych kopów. Szkoda mi kobiety. Jeśli wpieprzy się przez ciebie w jakąś kabałę z facetami, to wcale jej to nie pomoże. Ani jej, ani wam obojgu. Moim zdaniem, nie zasłużyła na takie traktowanie z twojej strony. Zachciało ci się ogiera zgrywać przed małolatą!
– To może porozmawiaj z Ewą. Jeśli nie chce słuchać mnie, to może dla ciebie zrobi wyjątek. Zawsze bardzo wysoko ceniła twoje zdanie…
– Próbowałem. Ale mówię ci, Tomku, ona jakoś tak podejrzanie wyglądała. Wcale nie żaliła mi się, nie była zagubiona czy załamana. Zachowywała się jak bardzo pewna siebie kobieta. Odniosłem nawet wrażenie, że specjalnie mi to mówi, bo domyśla się, że ci wszystko odpowiem.
– No tak – ucieszył się Tomek – a więc moja słodka żona próbuje mnie nastraszyć, a żeby było śmieszniej, udało się jej wmanipulować również ciebie w swoją intrygę.
Andrzej spojrzał na przyjaciela bez przekonania.
– No nie wiem, stary. Na twoim miejscu miałbym się na baczności.
Jeśli Tomek miał dotąd jakieś wątpliwości w wierność swojej żony, teraz znikły one zupełnie. Ewa była silną kobietą. Jeśli obojętność i odgrażanie się mężowi miały jej przynieść ulgę w cierpieniu, on był skłonny czekać jak najdłużej. Był pewien, że z czasem wszystko między nimi wróci do normy.
Gdy w poniedziałek zadzwonił telefon, Ewa znowu nie wiedziała z kim rozmawia. Jej rozmówca przedstawił się wprawdzie, ale w biurze panował zwyczajowy zgiełk i nie dosłyszała w ferworze pracy imienia mężczyzny. Poza tym dzwoniący mówił bardzo szybko.
– To co porabiasz dzisiaj, lasko z Internetu? W Warszawie leje jak z cebra. Nie chce się nosa wyściubiać z domu, a zaraz idę do pracy. Odebrałem wczoraj twego maila i miło, że piszesz tak bezpośrednio i szczerze.
Zaczerpnęła tchu by odpowiedzieć.
– Cóż, pracuję – bąknęła. Jednocześnie jej myśli jak błyskawice przelatywały przez głowę.
Kto to mógł być? Maciek? Miał jakby nieco głębszy głos, choć i ten rozmówca mówił silnym, pewnym siebie głosem. Komu jeszcze dawała swój numer telefonu? Tadeusz? Andrzej? Nie, Andrzej był chyba z Poznania… To raczej Maciek. Któż inny mógłby dzwonić do niej z samego rana? Nie była do końca przekonana, ale przecież nie wypadało zapytać wprost.
– Coś niewyraźnie odpowiadasz, moja Hotwoman – zauważył jej rozmówca.
– No bo… trochę tu zgiełk w biurze. Wiesz, burzliwe dyskusje, takie tam…
– No to wyjdź na zewnątrz.
Posłusznie usłuchała polecenia.
– No to jeszcze raz – powiedziała wyszedłszy z pomieszczenia. – Z kim mam przyjemność?
Śmiech w słuchawce był rozbrajający.
– A co? Tak wielu masz adoratorów, że nie wiesz komu dawałaś numer?
– Maciek? – odetchnęła z ulgą.
– Przykro mi, kotku, ale Maciek może zadzwoni do ciebie nieco później. Z tej strony Leszek. Przecież przedstawiłem ci się na początku rozmowy. Jestem z Warszawy, gdybyś nie pamiętała i wymieniliśmy się ze sobą kilkoma mailami.
Poczuła się głupio. I czy on musiał tak paplać jak najęty?
– Skąd, po prostu czekam na telefon od kumpla. Piszemy razem jedną taką pracę zaliczeniową i…
– Dobra, mała, przestań ściemniać. Nic się nie stało, nawet jeśli wzięłaś mnie za kogoś innego. Pytanie jest takie, czy nie przeszkadza ci, że zadzwoniłem?
– No co ty… – przez chwilę szukała w pamięci jego imienia – Leszku. Cieszę się, tylko jakoś głupio wyszło na samym początku.
– Nie przeżywaj, mała – lekki ton jego głosu świadczył, że chyba nie ma do niej żalu o tę pomyłkę. – Pisałaś, że studiujesz w Warszawie. Ja tam mieszkam, choć pracuję w Toruniu i w Warszawie spędzam tylko weekendy. Kiedy będziesz w stolicy? Moglibyśmy się spotkać i wypić parę piw.
– W ten weekend mam zjazd – wygadała się, ale po chwili pożałowała szczerości. Jeśli miała umówić się z Maćkiem, to przecież nie znajdzie już czasu dla Leszka. – Ale nie przyjadę do Warszawy, ponieważ mam w piątek certyfikację systemu jakości i weekend poświęcę na odpoczynek i świętowanie, jeśli będzie co świętować.
– Chodzi o ISO? – nieoczekiwanie zapytał jej rozmówca.
– Tak. Orientujesz się w tym?
– Trochę. Kupa biurokracji i papierzysk, a wszystko po to, by certyfikat jakości ładnie wyglądał na ścianie.
– Dokładnie – zaśmiała się. – Skąd wiesz?
– Moja firma też to przerabiała. Poszło gładko, więc pewnie i tobie się uda.
Читать дальше