Młoda śliczna szatynka stoi przed drzwiami domu Pawła. To Basia z kwiaciarni na Zwycięzców. Sprawdza jeszcze numer domu z kartką zerwaną ze słupa. Przy jej nodze stoi pies. Tak, to nasz Flesz. Chyba po przejściach, bo zachowuje się grzecznie uwiązany na prowizorycznej smyczy.
Dziewczyna niecierpliwie naciska kilka razy dzwonek. Nie ma odpowiedzi. Rozgląda się. Spogląda na zegarek. W końcu idzie z psem do sąsiedniego domu. Dzwoni do furtki. Alicja otwiera niemal natychmiast, jakby stała za drzwiami.
– Pani Basia? Proszę, niech pani wejdzie – zaprasza dziewczynę do domu.
– Dziękuję, ale muszę wracać do kwiaciarni. Przyprowadziłam tylko zgubę – odsuwa się, odsłaniając Flesza.
– Tak, sąsiadowi zginął pies – potwierdza Alicja.
Schodzi ze schodów i otwiera swoją furtkę. Ubrana jest w dżinsową sukienkę i dżinsowe klapki. Sukienka u góry wykończona jest suwakiem, lekko rozchylonym, Basia widzi więc nawet rąbek stanika wykończonego materiałem w kolorze indygo. Wygląda świetnie, ale Basia z dziewiętnastoletnią bezceremonialnością orzeka w duchu, że Alicja jest na ten strój po prostu za stara. Nieco zażenowana tą myślą proponuje szybko:
– Nie ma nikogo w domu i pomyślałam, że może poczeka u pani na powrót właściciela.
– Tylko że ja właśnie wychodzę i nie będzie mnie parę godzin. To chyba nie najlepszy pomysł, żeby został sam w zupełnie mu nieznanym miejscu. Z tego, co wiem, to trochę nieobliczalny zwierzak – wymiguje się Alicja, rozdarta między oczywistym pretekstem do wieczornej wizyty Pawła a żywą niechęcią do zostawienia w domu obcego zwierzaka w charakterze pana na włościach. Gdyby chociaż miała drzwi do kuchni! Przecież nie zamknie psa w piwnicy. – Proszę go zatrzymać jeszcze przez parę godzin. Dopilnuję, żeby właściciel zgłosił się po niego natychmiast po powrocie z pracy.
Tak lepiej. Jest pretekst, by się zobaczyć, a i beżowa wykładzina w salonie pozostanie beżowa. Musi tylko zostawić Pawłowi kartkę ze wspaniałą nowiną w drzwiach. Cudownie, że dowie się o odnalezieniu psa od niej. Może przy okazji coś się wyjaśni, wyklaruje. Na plus. Dzięki, dzięki, Flesz, że wróciłeś.
Basia odchodzi z posłusznie drepczącym przy jej nodze kaukazem. Już wie, że tej nocy będą jej się śniły dżinsowe klapki Alicji na niewysokim koturnie, stylizowane na japonki. Basia jest za młoda, by pamiętać czasy, gdy można było wybierać tylko pomiędzy gumowymi japonkami a gumowymi motylkami. Dziewczęta tworzyły twarde frakcje „japonek" i „motylek". Jej mama, dziś właścicielka kwiaciarni, należała do „japonek", ale skąd Basia może o tym wiedzieć?
Piękne są długie czerwcowe wieczory. Piękne są Łazienki w czerwcu, kiedy park kipi zielenią jeszcze niezszarzalą od kurzu, niewymęczoną słońcem. Krzyk pawi niesie się długo w nieruchomej ciszy tuż po zachodzie słońca. Zakłóca szepty zako chanych par ukrytych przed wścibskimi oczami pod dyskretnymi konarami starych drzew.
Alejką obok przechodzi hałaśliwa grupa wizytowo ubranych młodych ludzi. Wyglądają na tegorocznych maturzystów z pobliskiego liceum.
Najfajniejsze lekcje w Batorym i najlepsze wagary odbywały się w Łazienkach. Każdy absolwent zna ten piękny park tak samo dobrze jak szkolne korytarze. W „Źródełku", kafejce za Myśliwiecką, tuż obok liceum i Trasy Łazienkowskiej, zdarzały się nawet dyrektorskie naloty, szczególnie wiosną. Aleksander wagarował wiele razy, bardziej dla fasonu i pięknej pogody niż z potrzeby serca. Ale sentyment do Łazienek ma taki sam jak do własnej młodości.
– Olu, gdzie chodziłaś do liceum? – pyta, bo uświadomił sobie, że nawet tego o niej nie wie.
– Tu niedaleko. Mama tam pracowała.
Ola nienawidzi opowiadać o swoim liceum. Była córką nielubianej nauczycielki i wzorową uczennicą. Przez cztery lata nie miała ani jednej koleżanki, chociaż dawała odpisywać prace domowe i pisała ściągi na klasówkach. Cokolwiek by robiła i tak „najlepsza z anglistek" przebijała to prędzej czy później jakimś numerem. Pewnie dlatego najlepiej pamięta wstyd, upokorzenia na korytarzu, szkolne piekiełko.
– Wy też wagarowaliście w Łazienkach? – Aleksander gładzi Olę po ręce.
Ola wzrusza ramionami. Pewnie, ona i wagary! Zresztą, co ją obchodzą licealne wspomnienia.
– Jutro mam ostateczną rozmowę z profesorem. – Zmienia temat, z rozmachem ciskając resztkę bułki spasionym karpiom w królewskim stawie. – Po prostu powiem mu, że rezygnuję ze względu na stan zdrowia matki, i już.
– Na co właściwie jest chora? – pyta Aleksander.
– Cukrzyca.
– Z tym da się żyć.
Ola wzrusza ramionami.
– Nigdy nie wybaczyłabym sobie, gdyby podczas mojej nieobecności coś się matce stało.
– Mówisz tak, jakby nie istniały samoloty i telefony.
– Przez telefon nie zrobię herbaty ani nie potrzymam za rękę. Sam opowiadałeś, jak się czułeś, nie mogąc nawet przylecieć na pogrzeb. To dla mnie ostrzeżenie od losu.
– Olu, to tylko rok. Z moim ojcem to zupełnie inna historia.
– Jak to?
– Podejrzewam, że żona pomogła mu umrzeć. Ola wrzuca resztki bułki do stawu i siada na ławce.
– Mówiłeś, że matka ma nową rodzinę.
– Druga żona, zbolała wdowa. – Aleksander kopie kamyk, uśmiechając się ironicznie. – Bardzo bogata wdowa.
– Co ty mówisz, przecież to…
Aleksander opowiada Oli o telefonie do ojca, jego złym samopoczuciu, swojej bezradności i o tym, co wynika z dokumentów karetki.
– U kogo się leczył?
– U twojego profesora – wyjaśnia Aleksander, patrząc pod nogi. Nie widzi i nie wyczuwa nagłego zesztywnienia Oli. – Pomyślałem sobie, że mogłabyś mi pomóc. Chciałbym obejrzeć dokumentację choroby, bo tylko tak mogę się dowiedzieć, jaki był stan ojca przed śmiercią.
Przerywa i dopiero wtedy spogląda na Olę, dopiero wtedy dostrzega jej bladą ściągniętą twarz. Milczy, próbując przypomnieć sobie, co takiego powiedział, sam jeszcze wzburzony własną opowieścią o ostatnich chwilach ojca.
Ola nie odrywa od niego oczu. Właściwie powinna wstać i odejść. Pewnie tak zrobiłaby jeszcze tydzień temu. Ale nie ucieka, nie zamyka się w urazie, tylko nadal patrząc mu w oczy, pyta:
– Czy dlatego chciałeś mnie bliżej poznać?
– Wiem, że to może tak wyglądać – mówi Aleksander powoli. – Może tak wyglądać, ale to nie to. Pewnie wtedy jakoś bym to próbował rozgrywać, a tak… Wszystko się zmieniło, bo…
– Bo… – szepcze Ola.
– Bo przy żadnej kobiecie…To znaczy… Całe życie czekałem na kogoś choć trochę podobnego do mnie, z kim mógłbym się porozumieć, niczego nie udając.
– Rozumiem – odpowiada Ola i naprawdę rozumie, bo wczoraj wieczorem wreszcie się dowiedziała, co to znaczy czuć się swobodnie i do niczego się nie zmuszać w towarzystwie mężczyzny. Ciekawe tylko, gdzie jest to podobieństwo. Uśmiecha się, patrząc na swoje nadzwyczaj praktyczne i odporne sandałki „do wszystkiego" i eleganckie półbuty z jasnej skóry na nogach Aleksandra. Po chwili poważnieje i dodaje: – Spróbuję ci pomóc, sama przejrzę tę dokumentację.
Aleksander milczy i patrzy niewidzącym wzrokiem na kasztan po przeciwnej stronie alejki. Milczy, bo czuje, teraz dopiero czuje, że skorupa, w której zatrzasnął się, przyjeżdżając tutaj, opada z niego jak suche łupiny.
Ojciec nie żyje. Umarł, nie pożegnawszy się z nim. Co w tym dziwnego? Przecież sam latami budował mur między nimi. Wszystko przez to, że szesnaście lat temu piękna samotna matka wybrała ojca. Nie jego. Co mógł jej wtedy ofiarować dwudziestoparoletni student? Chyba tylko kolejne dziecko. Zresztą nie przypomina sobie, by cokolwiek jej ofiarował. Wpadał w środku nocy stęskniony i głodny, wyjadał całą lodówkę, ale nigdy nie przyszło mu do głowy zapytać, czy ma za co zrobić zakupy. Czasami za to pożyczał na myjnię, bo bardzo dbał o swój pierwszy samochód, idiota.
Читать дальше