– Pewnie będzie kosztowała tyle co moja miesięczna pensja – mruczy oddziałowa.
– Marcin cię zaprosił? – cieszy się Paweł.
Mówił o kwiatach na przeprosiny, ale może zdecydował się na kolację. Ciekawe za co? W tym momencie Paweł przypomina sobie, że przecież Marcin wyjechał, i jego szeroki uśmiech gaśnie.
– Ciekawe za co? – odparowuje Teresa, nie dopuszczając zakłopotanej Oli do głosu. – Chyba może umawiać się, z kim chce.
– Otóż to – włącza się oddziałowa. – Ma nosić żałobę po twoim fiśniętym bracie?
Przy tylu rozgadanych kobietach Paweł nie ma szans. Wymyka się z pokoju i schodzi do bufetu, mając nadzieję, że w popołudniowym tłumie odwiedzających napije się herbaty. W spokoju.
Ola podchodzi do niewielkiego lusterka wiszącego nad umywalką. Z rozpuszczonymi włosami i delikatnym makijażem zmieniła się w pełną ciepła kobietę o łagodnym, miękkim spojrzeniu. Zapewne matce nie spodobałyby się loki spływające swobodnie do ramion, ale czy w trzydziestym piątym roku życia trzeba jeszcze zastanawiać się nad reakcją matki?
Dlatego Ola nie myśli o zasznurowanych dezaprobatą ustach starszej pani Pankiewicz. Intensywnie zastanawia się, czy ta nagła odmiana nie zrazi Aleksandra. Bo Aleksander…
No tak. Cała Ola. Niepewna niczego, dopóki ktoś jej nie powie, że dobrze zrobiła. To jakiś cud, że z takim uposażeniem psychicznym doskonale radzi sobie jako spokojny i zdecydowany anestezjolog. A może nie cud. Może norma: w tej szufladzie uporządkowane życie zawodowe, a do drugiej lepiej nie zaglądać – totalny bałagan.
Elżbieta siedzi przy komputerze. Jest bardzo zajęta, w każdym razie stara się sprawiać takie wrażenie. Artur zaglądał już parę razy do pokoju, ale za każdym razem demonstracyjnie nie odrywała oczu od ekranu. W końcu wszedł i usiadł za sąsiednim biurkiem. Najwyraźniej postanowił ją przetrzymać, bo właśnie wyczerpała bogaty repertuar oznak straszliwego zapracowania.
– Elu?
– Artur, nie teraz i nie tutaj.
– A kiedy i gdzie? Co się dzieje?
– A co to, teleturniej? – Elżbieta wzrusza ramionami.
– Elu, powiedziałem Małgorzacie o wszystkim. – Ręce Elżbiety zawisają nad klawiaturą jak w stopklatce. – Właściwie sama się domyśliła.
– Taka inteligentna z niej bestia?
– Nie, to znaczy tak. To znaczy… – Artur bierze głęboki oddech. – Gdybyś nie robiła cyrku z powodu balkonu, z którego nie miałaś zamiaru korzystać, nie przysłaliby mi do domu zawiadomienia, że uwzględniają twoją reklamację.
– O kurwa! Ale numer! – Elżbieta wydaje się bardziej rozbawiona niż zaniepokojona.
– Średni, mówiąc szczerze. – Artur wzrusza ramionami. -Wolałbym, żeby to się stało inaczej.
– Co za różnica? To nawet dobrze, że już wie. Odpada połowa problemów z umawianiem się.
– Myślę, że teraz twój ruch, Elu.
– Kotku – Elżbieta udaje po mistrzowsku albo naprawdę nie rozumie, o co chodzi. – Jest nawet parę ruchów, które miałabym ochotę teraz wykonać – gładko przechodzi do uwodzicielskiego mruczenia.
– Jakich? – Artur natychmiast podejmuje grę. Chyba naprawdę zapomniał, po co tu przyszedł.
– Na przykład… takich. – Elżbieta błyskawicznym ruchem podnosi zapiętą pod szyję, oficjalną bluzkę. Nieduże, ale pełne piersi przez chwilę ukazują się w całej okazałości, by natychmiast zniknąć jak gdyby nigdy nic pod bluzką.
– Strasznie szybkie te twoje ruchy. – Artur uśmiecha się nieco kpiąco, ale jest oczywiste, że uwielbia tę zabawę. – Wolałbym nieco powolniejsze. Przynajmniej na początku.
– To zajmuje bardzo dużo czasu – szepcze Elżbieta.
– Na przykład cały dzień?
Elżbieta kiwa głową, zagryzając wargi z domyślnym uśmiechem.
– Pojutrze? – proponuje Artur.
– Masz na myśli całodniowe szkolenie firmowe? – żartuje Elżbieta, przeciągając się. – Ten szef nas nie rozpieszcza, nie sądzisz?
– Gdzie? – śmieje się Artur.
– Tam, gdzie było najlepiej.
Artur kiwa głową i wychodzi. Po drodze muska niepostrzeżenie pierś opartej o fotel Elżbiety, która sięga po telefon.
– Adam, kochanie? – szczebiocze po chwili. – Mam marną wiadomość. Znowu nas szkolą, niech ich świnia powącha!
Artur już w drzwiach parska śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem czy może podziwem.
Ta mogłaby być. Może jeszcze jedna próba? Nie. Już późno. Długa, ale głęboko rozcięta ciemnoniebieska sukienka bez rękawów. Super. Włosy? Nie, włosy w porządku, nie ma po co się ulizywać.
Gdyby ktoś powiedział Małgorzacie miesiąc temu, że wyjdzie z pracy na spotkanie i po drodze wpadnie do domu, by się przebrać, roześmiałaby mu się w nos. Tak, tato, otóż jestem próżną kobietką, która czasami woli się wystroić, niż obezwładniać intelektem. O, tak! Przygląda się sobie z sympatią i chętnie wypróbowałaby jeszcze ten śmieszny dwuczęściowy komplet w kolorze gorzkiej czekolady, ale wtedy już z całą pewnością się spóźni.
Wybiega z domu, zostawiając rozbebeszoną szafę. Spieszy do metra, zerkając po drodze na swoje odbicie w witrynach sklepowych. Menele oblegający ławkę przy śmietniku gwiżdżą z uznaniem jak jeden mąż. Jaka szkoda, że w dzisiejszych czasach nie wypada przyznawać się do tego, że takie ostentacyjne wyrazy uznania sprawiają przyjemność i bardzo poprawiają nastrój. Jaka szkoda, że już tylko menele mogą sobie na nie pozwolić. Gwizdów reszty mężczyzn nie słychać, stłumił je atłasowy knebel politycznej poprawności.
Małgorzata uśmiecha się jednak delikatnie, ale w tym momencie przypomina sobie, po co właściwie umówiła się z Wiktorem, i uśmiech znika jak wytarty gąbką.
Ogródek „Starlight" przy „Multikinie" pęka w szwach. Kolorowy tłum młodzieży, ale nie tylko, widać rodziny z dziećmi i ludzi, którzy wpadli tu po drodze z pracy. Wiktor czeka już, nieco skryty pod parasolem. Na widok Małgorzaty zrywa się z miejsca z szerokim uśmiechem.
– Witam panią – całuje ją w rękę, po czym odsuwa się odrobinę i nie puszczając ręki, przygląda się Małgorzacie z prawdziwą lub świetnie udaną mieszaniną podziwu i zaskoczenia. -Wspaniale pani wygląda.
– Dziękuję bardzo – Małgorzata bez trudu dostosowuje się do nieco ceremonialnego stylu Wiktora. – Mówiąc szczerze, wolałabym, żebyśmy spotkali się z jakiegoś przyjemniejszego powodu.
– Ja również -Wiktor dyskretnym gestem przywołuje kelnerkę. – Ale cieszmy się z tego, co jest, a to miejsce – rozgląda się – nadzwyczajne. Tak rzadko bywam na Ursynowie, cały czas wydaje mi się, że to ta sama pustynna sypialnia jak w latach osiemdziesiątych. Kto by pomyślał…
– Prawda? To niesamowity widok, kiedy takie martwe miejsca nagle rozkwitają. Pamiętam, jak to wyglądało jeszcze sześć, siedem lat temu – dzikie parkingi i bazar jako główna atrakcja okolicy.
Chwilę jeszcze gawędzą, czekając, aż kelnerka przyniesie zamówioną kawę i lody. Wiktor upija łyk kawy i zapada się w fotelu.
– A więc chce pani dowiedzieć się, jak wygląda procedura rozwodowa?
– To też, ale właściwie…
– Cześć, mamo!
Maja w swoim szałowym komunijnym stroju macha ręką, przechylając się przez barierkę oddzielającą ogródek od ulicy. Małgorzata zrywa się jak oparzona.
– Co ty tu robisz, dziecko?
– Jest ze mną. – Matka Artura omiata nieprzyjaznym spojrzeniem odmienioną Małgorzatę. No tak, próba przed Bożym Ciałem. -To raczej ja powinnam spytać, co ty tu robisz. Mąż tyra po godzinach, a ty wysiadujesz po kawiarniach. Idziemy, Maju, bo spóźnimy się do kościoła.
Читать дальше